12.03.2025, 20:18 ✶
Pokój rozjaśnił zielony ogień towarzyszący teleportacji kominkowej, ale czarownica nie odwróciła głowy w jego stronę. Wpatrywała się w martwy punkt, pogrążona w swoich własnych przemyśleniach, balansując pomiędzy światem żywych a tym pełnym wspomnień. Wysłała list w pierwsze lepsze miejsce, nie bardzo zastanawiając się czy go odbierze - po prostu powiedziała do Paula “znajdź go.”, a ptak zrobił to co ptaki pocztowe robią najlepiej - znalazł odbiorcę.
Był moment, gdy nie spodziewała się, że Greyback w ogóle przyjdzie. Może nawet nie chciała, żeby przychodził. Ich rozdział był tak dawno zamknięty; bezpieczny w jej małym pałacu pamięci, za jednymi z wielu drzwi, które przygotowywała na czas, gdy tylko one jej pozostaną. Kiedy ludzka świadomość nareszcie będzie mogła śnić piękne sny i przeżywać swoje życie na nowo w głębi umysłu, pozwalając wilgowronowi spoglądać na realny świat.
- Czy wiedziałeś, że dopiero w 1916 roku wydano nakaz usunięcia żeliwnych krat i drzwiczek z kominków podłączonych do sieci fiuu? Ponoć zbyt często dochodziło do… wypadków.
Rzeczywiście - Lorien siedziała w fotelu przytarganym tuż pod okno. Jednym z niewielu mebli, które nie przykrywały przykurzone płachty materiału. Zasłony były szczelnie zasunięte jakby panią Mulciber mierziła wyjątkowo ładna jak na początek września pogoda. A może chodziło o rozciągający się widok na Regent’s Canal, od którego zdawało się ich dzielić jedynie cienka warstwa szkła i kilka metrów w dół. Przy fotelu ustawiono stolik; nań - kilka pergaminów, oficjalną papeterię Ministerstwa Magii, flakonik z tuszem i… jej własnym piórem, które używała do pisania.
Nie patrzyła na niego, metodycznie wyrywając płatki róży z bogom ducha winnego kwiatka. Jeden po drugim. Jak w dziecięcej zabawie w “kocha, lubi, szanuje” odrywała płatek, po czym zrzucała go na podłogę. Musiała się w pewnym momencie skaleczyć o kolce, bo zapach krwi kleił się do kwiatów.
Dopiero kiedy po róży pozostała sama łodyżka, którą też zresztą wypuściła z rąk, jak niechcianą zabawkę, kobieta podniosła wzrok na swojego towarzysza.
Czy się tak bardzo zmieniła od czasów szkolnych? Lorien lubiła uważać, że nie - w jej ciemnych lokach nadal lśniły złote spinki. Ciemn, ciężki makijaż pozwalał błyszczeć oczom w tym jedynym w swoim rodzaju, kobaltowym odcieniu. Ubrana w czarną szatę, którą sama jeszcze parę dni wcześniej określiła mianem “wdzianka godnego wyuzdanego elfa”. Zachowaniu przyzwoitości nie pomagał nawet półprzezroczysty woal, którym okryła ramiona. Jedynie pojedyncze zmarszczki w kącikach oczu i chorobliwa wręcz bladość przypominały, że Lorien nie miała już siedemnastu lat. Była starsza, wyraźnie o wiele bardziej chora. Nawet jeśli próbowała to ukryć w warstwach miękkich aksamitów i złotych nici, wystarczyło się tylko uważniej przyjrzeć. A jednak emanował od niej dziwny spokój. Jakby mała ptasia dusza pozostawała w uśpieniu, ululana cygańskimi kołysankami i baśniami.
Jeśli ją zaskoczył swoim wyglądem, wszystkimi zmianami, czy nawet tatuażami, których część zdołała dostrzec, to zdołała to sprawnie ukryć. Wyciągnęła ostrożnie szczupłą dłoń, gdy już zaczął iść w jej stronę. Trochę debatowała sama z sobą czy będzie w stanie się podnieść bez większych problemów, ale ostatecznie - udało się. Nie zwracała szczególnej uwagi na różnicę w ich wzroście.
- Hati Greyback we własnej osobie.- Ujęła się pod boki, kręcąc głową. Z każdym ruchem jej złote, długie kolczyki pobrzękiwały cichutko. Zadarła głowę, nawet nie próbując ukryć serdecznego uśmiechu. Takiego, który od lat praktycznie nie gościł na obliczu czarownicy.- Nie wiem co uznać za bardziej bezczelne. To że do mnie kompletnie nie pisałeś, to że wróciłeś czy to że najwyraźniej oświadczasz się korespondencyjnie. Panie Greyback, jestem przyzwoitą wdową. Uważam, że tydzień to minimum jakie przystoi odczekać, nim się zacznie rozglądać za potencjalnymi nowymi kandydatami na męża.
Zaśmiała się serdecznie, zupełnie na przekór swoim słowom. Wskazała jedną dłonią na stolik, na którym poza szpargałami do pisania stało również pudełeczko - to samo, które przysłał z kwiatami parę dni wcześniej.
Był moment, gdy nie spodziewała się, że Greyback w ogóle przyjdzie. Może nawet nie chciała, żeby przychodził. Ich rozdział był tak dawno zamknięty; bezpieczny w jej małym pałacu pamięci, za jednymi z wielu drzwi, które przygotowywała na czas, gdy tylko one jej pozostaną. Kiedy ludzka świadomość nareszcie będzie mogła śnić piękne sny i przeżywać swoje życie na nowo w głębi umysłu, pozwalając wilgowronowi spoglądać na realny świat.
- Czy wiedziałeś, że dopiero w 1916 roku wydano nakaz usunięcia żeliwnych krat i drzwiczek z kominków podłączonych do sieci fiuu? Ponoć zbyt często dochodziło do… wypadków.
Rzeczywiście - Lorien siedziała w fotelu przytarganym tuż pod okno. Jednym z niewielu mebli, które nie przykrywały przykurzone płachty materiału. Zasłony były szczelnie zasunięte jakby panią Mulciber mierziła wyjątkowo ładna jak na początek września pogoda. A może chodziło o rozciągający się widok na Regent’s Canal, od którego zdawało się ich dzielić jedynie cienka warstwa szkła i kilka metrów w dół. Przy fotelu ustawiono stolik; nań - kilka pergaminów, oficjalną papeterię Ministerstwa Magii, flakonik z tuszem i… jej własnym piórem, które używała do pisania.
Nie patrzyła na niego, metodycznie wyrywając płatki róży z bogom ducha winnego kwiatka. Jeden po drugim. Jak w dziecięcej zabawie w “kocha, lubi, szanuje” odrywała płatek, po czym zrzucała go na podłogę. Musiała się w pewnym momencie skaleczyć o kolce, bo zapach krwi kleił się do kwiatów.
Dopiero kiedy po róży pozostała sama łodyżka, którą też zresztą wypuściła z rąk, jak niechcianą zabawkę, kobieta podniosła wzrok na swojego towarzysza.
Czy się tak bardzo zmieniła od czasów szkolnych? Lorien lubiła uważać, że nie - w jej ciemnych lokach nadal lśniły złote spinki. Ciemn, ciężki makijaż pozwalał błyszczeć oczom w tym jedynym w swoim rodzaju, kobaltowym odcieniu. Ubrana w czarną szatę, którą sama jeszcze parę dni wcześniej określiła mianem “wdzianka godnego wyuzdanego elfa”. Zachowaniu przyzwoitości nie pomagał nawet półprzezroczysty woal, którym okryła ramiona. Jedynie pojedyncze zmarszczki w kącikach oczu i chorobliwa wręcz bladość przypominały, że Lorien nie miała już siedemnastu lat. Była starsza, wyraźnie o wiele bardziej chora. Nawet jeśli próbowała to ukryć w warstwach miękkich aksamitów i złotych nici, wystarczyło się tylko uważniej przyjrzeć. A jednak emanował od niej dziwny spokój. Jakby mała ptasia dusza pozostawała w uśpieniu, ululana cygańskimi kołysankami i baśniami.
Jeśli ją zaskoczył swoim wyglądem, wszystkimi zmianami, czy nawet tatuażami, których część zdołała dostrzec, to zdołała to sprawnie ukryć. Wyciągnęła ostrożnie szczupłą dłoń, gdy już zaczął iść w jej stronę. Trochę debatowała sama z sobą czy będzie w stanie się podnieść bez większych problemów, ale ostatecznie - udało się. Nie zwracała szczególnej uwagi na różnicę w ich wzroście.
- Hati Greyback we własnej osobie.- Ujęła się pod boki, kręcąc głową. Z każdym ruchem jej złote, długie kolczyki pobrzękiwały cichutko. Zadarła głowę, nawet nie próbując ukryć serdecznego uśmiechu. Takiego, który od lat praktycznie nie gościł na obliczu czarownicy.- Nie wiem co uznać za bardziej bezczelne. To że do mnie kompletnie nie pisałeś, to że wróciłeś czy to że najwyraźniej oświadczasz się korespondencyjnie. Panie Greyback, jestem przyzwoitą wdową. Uważam, że tydzień to minimum jakie przystoi odczekać, nim się zacznie rozglądać za potencjalnymi nowymi kandydatami na męża.
Zaśmiała się serdecznie, zupełnie na przekór swoim słowom. Wskazała jedną dłonią na stolik, na którym poza szpargałami do pisania stało również pudełeczko - to samo, które przysłał z kwiatami parę dni wcześniej.