14.03.2025, 14:13 ✶
Z jego ust wydostało się ciche, ale niezbyt kontrolowane parsknięcie. Przejaw nagłej wesołości, nie goryczy, któremu towarzyszyło kolejne znaczące łypnięcie w kierunku dziewczyny.
- Lepiej, żebyś nie wiedziała jak bardzo - odmruknął, całkiem świadomy, że właśnie w tej chwili dawał jej to do zrozumienia.
Zrobił to zupełnie celowo. W końcu i tak jednocześnie już zdążył powiedzieć Geraldine o kartach, które trzymała w ręku. Tych, które sam jej dał i dodatkowo w pewnym sensie napomknął, jak powinna nimi grać. Tak, chwilowo miała pole do popisu.
Nie było żadnego najwidoczniej. Nie w tym konkretnym przypadku, ale przecież już to sobie mówili. W przeciągu kilku ostatnich dni nie raz, nie dwa powtarzali słowa o tym, jak bardzo potrafią się jeszcze zaskoczyć. Mogli być ze sobą przez wiele lat. Poznać się praktycznie od każdej strony, zaliczyć niemalże każdy typ relacji. Od tego najlepszego, poprzez stany pośrednie aż do już nie jednego a dwóch okresów, które prawdopodobnie najlepiej byłoby okryć kurtyną zapomnienia.
I tak. W tym wszystkim poniekąd zazwyczaj był w stanie pośrednio przewidzieć to, co Geraldine zamierzała powiedzieć czy zrobić. Był w stanie wyłapać znaczną część małych sugestii. Niemal wszystkie niuanse. Drobne znaki wskazujące na to, czy coś jej odpowiada, czy wręcz przeciwnie. Czy zachowa to dla siebie, czy ciśnie w niego gromem z oczu albo moment później rozpęta się już nie zwykła burza z piorunami a gwałtowny sztorm.
W ostatnim czasie być może trochę pogubił się w tym wszystkim, nie był już tak całkowicie pewien tego, co miało nastąpić chwilę później (mimo że usiłował wciąż sprawiać zupełnie inne wrażenie). Przez to, że mimowolnie przestali trzymać się poprzednich granic, nie respektowali już żadnych reguł zachowania. Wybuchali na siebie w coraz bardziej nieoczekiwanych momentach, praktycznie skakali sobie do gardeł.
Tylko po to, żeby odpuszczać w równie niepasujących chwilach. Wtedy, kiedy mogłoby się zdawać, że (wedle tego nowo przyjętego schematu bez schematu) powinni zabrnąć w to jeszcze głębiej i dalej. Zachowywali się nietypowo i nieprzewidywalnie, nawet jak na nich. Nigdy nie byli najspokojniejsi. Nie potrzebowali zbyt wiele, żeby podpalić krótki lont, ale jeszcze nigdy nie zrobili z tego tak niebezpiecznej zabawy.
Zbyt wiele razy w tym tygodniu byli praktycznie na samym skraju ostatecznego wybuchu i doszczętnego zniszczenia zupełnie wszystkiego dookoła nich. Parę razy wydawało się wręcz, że już to zrobili.
Zdecydowanie mieli setki tematów do poruszenia. Dziesiątki nurtujących ich spraw. Prawdopodobnie nawet takich, o których w ogóle jeszcze nie pomyśleli. Te tematy sięgały bowiem znacznie dalej w przeszłość niż do ostatnich miesięcy. Były zakorzenione głębiej niż te półtora roku, które spędzili osobno.
A jednak poniekąd w pewnym sensie razem, bo przecież nigdy nie przestał o niej myśleć. O ich wspólnej przeszłości, o ich niespełnionej przyszłości, o nich. To nie było odnalezienie w sobie zamierzchłych uczuć. To nie było nawet wzięcie ich z półki w głowie czy w głębi duszy, żeby odkurzyć je magiczną miotełką i rozpalić na nowo.
Przez ten cały czas ział do niej gniewem, bo ją kochał. Przez te wszystkie miesiące praktycznie tak samo żarliwie, tak samo intensywnie. Tyle tylko, że zrobił sobie z tego dużo bardziej destrukcyjne narzędzie niż to, czym w istocie powinni być. Przekuł te wszystkie uczucia w miecz. W pewnym sensie obusieczny, w jeszcze innym skierowany ostrzem głównie we własną stronę.
Podejmował pochopne decyzje. Sięgał po wszystko, co mogłoby sprzyjać narracji, że cokolwiek ich ze sobą dalej łączyło, było niewłaściwe, że zdecydowanie lepiej było im trzymać się od siebie na dystans. W końcu nie na to się pisała. Nie tego chciała. Nie musiała mu o tym mówić.
Ba, nie musiała nawet wiedzieć połowy rzeczy, które doprowadziły do takiego obrotu spraw. Wystarczyło, że on był ich świadomy. Pewien tego, że nikt nie chciałby, nie mógłby żyć w ten sposób na dłuższą metę. Tak? A więc czemu, skoro w teorii zupełnie nic się nie zmieniło, teraz zaczął kapitulować i odpuszczać?
Sam tego nie wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego, że oboje zaczęli coraz bardziej się plątać. Miotali się we wszystkim, co działo się nie tylko między nimi, ale także dookoła nich. Byli dosłownie przemoknięci życiowymi dramatami. Tonęli prawdopodobnie na wszystkich płaszczyznach, na jakich tylko dało się tonąć. I chyba właśnie w tym leżało całe sedno?
Ich osobne życie wcale nie było łatwiejsze. Jego dziewczyna miała wręcz niesamowitą skłonność do ładowania się w problemy również bez niego a jego nie było wtedy przy niej, by jej pomóc. Być może mówili o sojuszu i możliwości przyjścia po wsparcie w każdej możliwej chwili. W środku dnia albo o trzeciej trzydzieści w nocy, jak to miało miejsce wczoraj (a właściwie to dzisiaj) w Mungu. Ale czy naprawdę to coś dawało?
Byli do siebie zbyt podobni, aby w to wierzył. Czemu? Bo on sam by do niej nie przyszedł. Nie, jeśli w dalszym ciągu określaliby swoje stosunki w ten sposób. Nie zrobił tego w najgorszym momencie mającym miejsce przez ostatnie dwa lata. Ani później, gdy teoretycznie też potrzebował jej bardziej niż mógłby powiedzieć. Nie zrobiłby tego, więc ona także pewnie by tak nie postąpiła.
W końcu nawet w sprawę dopplegangera musiał wmieszać się na siłę. O ironio, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co tak naprawdę miało im to przynieść. Nie analizował tego pod tym kątem. Wiedział, że będzie im obojgu cholernie trudno wrócić potem do życia w ten sposób, w jaki żyli już przez prawie dwa lata. Tyle tylko, że nie był pewien, czy miało być jakieś potem, więc odepchnął od siebie tę świadomość.
Czy niesłusznie? Nie sądził. Poniekąd właśnie dzięki temu znaleźli się tu, gdzie teraz byli. I mimo tego, że teoretycznie nie zmieniło się nic, tak naprawdę wszystko zaczęło się zmieniać. Być może byli już przy tym zupełnie innymi ludźmi. Mieli więcej ran, kolejnych drażliwych kwestii, które musieli prędzej czy później poruszyć. Zmienili się nie tylko psychicznie, lecz także fizycznie.
Każda mała rysa na ciele, każda blizna, nowy pieprzyk w miejscu, w którym go nie było. Drobna zmarszczka na twarzy, pajęcza siateczka w kąciku oka, włos pojaśniały nie od słońca a od trudów życia, od upływu czasu, który przez dwa lata przyspieszył niemal do dekady. Ich ostatni tydzień też był bardziej jak rok. Może nawet jak półtora?
Wracali, wracali na właściwe tory. Chyba właściwe, na pewno upragnione. Nie do punktu wyjścia. Do niego nie dało się powrócić, lecz rzeczywiście zrobili kilka kroków ku temu, aby naprawić sytuację. Czasami należało wpierw coś zniszczyć, żeby móc odbudować zupełnie inną, bardziej dostosowaną konstrukcję, prawda?
Stabilniejszą? Czy kiedykolwiek byli tak naprawdę stabilni? Czy w ogóle chcieli tacy być? Wciskanie się na siłę w standardowe kryteria normalności nigdy nie było czymś, co by im odpowiadało. Z zewnątrz mogli mniej lub bardziej udawać takich ludzi, ale wewnątrz czterech ścian?
Nie wydawało mu się, aby chciał to robić. Wystarczyło, że sprawiał wrażenie naprawdę poważnej osoby, zwłaszcza w pracy, co zostało mu już kiedyś wytknięte z rozbawieniem. Opanowany, analityczny, zdystansowany człowiek...
...w tym momencie dający ciągnąć się w miękką pościel, zachłannie ściskając pośladki dziewczyny, z którą zdecydowanie nie zamierzał teraz grzecznie odpoczywać po dyżurze. Tak jak wtedy w Maida Vale, być może sprawiając wrażenie kogoś, kto był w stanie bardzo kulturalnie i właściwie trzymać ją za rękę, nic więcej, w istocie coraz bardziej czekając na powrót do domu. Tu nie musieli, tu nie zamierzali się pilnować.
Chciał ją całą dla siebie. Pożerając dziewczynę wzrokiem, chłonąć wrażenie fali gorąca ogarniającej jego ciało pod wpływem jej dotyku. Coraz zachłanniej smakując miękkie wargi, płacząc ich języki i sunąc dłońmi po znajomym kształcie kręgosłupa. Sięgając ku temu, co im się należało. Byli dobrymi ludźmi, tak? Zasłużyli na swoje zatracenie. Na siebie nawzajem.
Nic nie stało im już na przeszkodzie, aby znaleźć się obok siebie w znacznie bardziej właściwy sposób niż jeszcze wczesnym rankiem. Przekuwając te wszystkie emocje w coś znacznie bardziej słusznego. Choć gdyby o niego teraz chodziło, pewnie nie miałby w sobie aż tyle cierpliwości, by rozpinać sobie guzik koszuli po guziku.
Już teraz zresztą posyłał Geraldine jednoznaczne spojrzenia, starając się zachować zimną krew i pozwolić jej na to wszystko. Na tę nagłą metodyczność, przez którą niemal wrzała mu krew w żyłach. Patrzył na nią, zawieszoną tuż nad nim, rozszerzając powieki i starając się nie oddychać zbyt szybko, choć i tak nawet nie próbował ukrywać tego, co mu teraz robiła. Sama też była tego świadoma. Z pewnością.
- Sadystka - wymamrotał zresztą mniej więcej po dwóch trzecich rozpiętych guzików, wbijając w nią wzrok i odpowiadając na jej spojrzenie.
W przeciwieństwie do wypowiedzianego słowa, wyglądając zupełnie tak, jakby ani trochę nie miał nic przeciwko odroczonej gratyfikacji. W końcu, mimo wielu chwil fizycznej bliskości pomiędzy nimi podczas ostatnich dni, poniekąd robili to od prawie dwóch lat. Słali sobie spojrzenia, emanowali żarliwością, teraz pierwszy raz tak naprawdę wracając do tego, co było dla nich najwłaściwsze.
Niewiele jednak było w nim dalszej cierpliwości. Być może całkiem zgrabnie zsunął z siebie rozpiętą koszulę, zwłaszcza jak na leżenie na łóżku w tej sposób. Natomiast to byłoby mniej więcej na tyle. Nie, nie widziało mu się dbanie o pozostałe części garderoby. Nie, gdy teoretycznie mógł pozbyć się ich znacznie szybciej.
W praktyce wybierając zaś pośrednią drogę. Kilka rozpiętych guziczków i podwinięcie materiału do góry. Podciągnięcie go, podnosząc się na jednym łokciu do półsiadu. Mogli iść trochę na skróty, prawda? To była ich chwila, ich zasady. A on nie do końca miał jeszcze cierpliwość do przeciągania tego w czasie.
- Lepiej, żebyś nie wiedziała jak bardzo - odmruknął, całkiem świadomy, że właśnie w tej chwili dawał jej to do zrozumienia.
Zrobił to zupełnie celowo. W końcu i tak jednocześnie już zdążył powiedzieć Geraldine o kartach, które trzymała w ręku. Tych, które sam jej dał i dodatkowo w pewnym sensie napomknął, jak powinna nimi grać. Tak, chwilowo miała pole do popisu.
Nie było żadnego najwidoczniej. Nie w tym konkretnym przypadku, ale przecież już to sobie mówili. W przeciągu kilku ostatnich dni nie raz, nie dwa powtarzali słowa o tym, jak bardzo potrafią się jeszcze zaskoczyć. Mogli być ze sobą przez wiele lat. Poznać się praktycznie od każdej strony, zaliczyć niemalże każdy typ relacji. Od tego najlepszego, poprzez stany pośrednie aż do już nie jednego a dwóch okresów, które prawdopodobnie najlepiej byłoby okryć kurtyną zapomnienia.
I tak. W tym wszystkim poniekąd zazwyczaj był w stanie pośrednio przewidzieć to, co Geraldine zamierzała powiedzieć czy zrobić. Był w stanie wyłapać znaczną część małych sugestii. Niemal wszystkie niuanse. Drobne znaki wskazujące na to, czy coś jej odpowiada, czy wręcz przeciwnie. Czy zachowa to dla siebie, czy ciśnie w niego gromem z oczu albo moment później rozpęta się już nie zwykła burza z piorunami a gwałtowny sztorm.
W ostatnim czasie być może trochę pogubił się w tym wszystkim, nie był już tak całkowicie pewien tego, co miało nastąpić chwilę później (mimo że usiłował wciąż sprawiać zupełnie inne wrażenie). Przez to, że mimowolnie przestali trzymać się poprzednich granic, nie respektowali już żadnych reguł zachowania. Wybuchali na siebie w coraz bardziej nieoczekiwanych momentach, praktycznie skakali sobie do gardeł.
Tylko po to, żeby odpuszczać w równie niepasujących chwilach. Wtedy, kiedy mogłoby się zdawać, że (wedle tego nowo przyjętego schematu bez schematu) powinni zabrnąć w to jeszcze głębiej i dalej. Zachowywali się nietypowo i nieprzewidywalnie, nawet jak na nich. Nigdy nie byli najspokojniejsi. Nie potrzebowali zbyt wiele, żeby podpalić krótki lont, ale jeszcze nigdy nie zrobili z tego tak niebezpiecznej zabawy.
Zbyt wiele razy w tym tygodniu byli praktycznie na samym skraju ostatecznego wybuchu i doszczętnego zniszczenia zupełnie wszystkiego dookoła nich. Parę razy wydawało się wręcz, że już to zrobili.
Zdecydowanie mieli setki tematów do poruszenia. Dziesiątki nurtujących ich spraw. Prawdopodobnie nawet takich, o których w ogóle jeszcze nie pomyśleli. Te tematy sięgały bowiem znacznie dalej w przeszłość niż do ostatnich miesięcy. Były zakorzenione głębiej niż te półtora roku, które spędzili osobno.
A jednak poniekąd w pewnym sensie razem, bo przecież nigdy nie przestał o niej myśleć. O ich wspólnej przeszłości, o ich niespełnionej przyszłości, o nich. To nie było odnalezienie w sobie zamierzchłych uczuć. To nie było nawet wzięcie ich z półki w głowie czy w głębi duszy, żeby odkurzyć je magiczną miotełką i rozpalić na nowo.
Przez ten cały czas ział do niej gniewem, bo ją kochał. Przez te wszystkie miesiące praktycznie tak samo żarliwie, tak samo intensywnie. Tyle tylko, że zrobił sobie z tego dużo bardziej destrukcyjne narzędzie niż to, czym w istocie powinni być. Przekuł te wszystkie uczucia w miecz. W pewnym sensie obusieczny, w jeszcze innym skierowany ostrzem głównie we własną stronę.
Podejmował pochopne decyzje. Sięgał po wszystko, co mogłoby sprzyjać narracji, że cokolwiek ich ze sobą dalej łączyło, było niewłaściwe, że zdecydowanie lepiej było im trzymać się od siebie na dystans. W końcu nie na to się pisała. Nie tego chciała. Nie musiała mu o tym mówić.
Ba, nie musiała nawet wiedzieć połowy rzeczy, które doprowadziły do takiego obrotu spraw. Wystarczyło, że on był ich świadomy. Pewien tego, że nikt nie chciałby, nie mógłby żyć w ten sposób na dłuższą metę. Tak? A więc czemu, skoro w teorii zupełnie nic się nie zmieniło, teraz zaczął kapitulować i odpuszczać?
Sam tego nie wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego, że oboje zaczęli coraz bardziej się plątać. Miotali się we wszystkim, co działo się nie tylko między nimi, ale także dookoła nich. Byli dosłownie przemoknięci życiowymi dramatami. Tonęli prawdopodobnie na wszystkich płaszczyznach, na jakich tylko dało się tonąć. I chyba właśnie w tym leżało całe sedno?
Ich osobne życie wcale nie było łatwiejsze. Jego dziewczyna miała wręcz niesamowitą skłonność do ładowania się w problemy również bez niego a jego nie było wtedy przy niej, by jej pomóc. Być może mówili o sojuszu i możliwości przyjścia po wsparcie w każdej możliwej chwili. W środku dnia albo o trzeciej trzydzieści w nocy, jak to miało miejsce wczoraj (a właściwie to dzisiaj) w Mungu. Ale czy naprawdę to coś dawało?
Byli do siebie zbyt podobni, aby w to wierzył. Czemu? Bo on sam by do niej nie przyszedł. Nie, jeśli w dalszym ciągu określaliby swoje stosunki w ten sposób. Nie zrobił tego w najgorszym momencie mającym miejsce przez ostatnie dwa lata. Ani później, gdy teoretycznie też potrzebował jej bardziej niż mógłby powiedzieć. Nie zrobiłby tego, więc ona także pewnie by tak nie postąpiła.
W końcu nawet w sprawę dopplegangera musiał wmieszać się na siłę. O ironio, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co tak naprawdę miało im to przynieść. Nie analizował tego pod tym kątem. Wiedział, że będzie im obojgu cholernie trudno wrócić potem do życia w ten sposób, w jaki żyli już przez prawie dwa lata. Tyle tylko, że nie był pewien, czy miało być jakieś potem, więc odepchnął od siebie tę świadomość.
Czy niesłusznie? Nie sądził. Poniekąd właśnie dzięki temu znaleźli się tu, gdzie teraz byli. I mimo tego, że teoretycznie nie zmieniło się nic, tak naprawdę wszystko zaczęło się zmieniać. Być może byli już przy tym zupełnie innymi ludźmi. Mieli więcej ran, kolejnych drażliwych kwestii, które musieli prędzej czy później poruszyć. Zmienili się nie tylko psychicznie, lecz także fizycznie.
Każda mała rysa na ciele, każda blizna, nowy pieprzyk w miejscu, w którym go nie było. Drobna zmarszczka na twarzy, pajęcza siateczka w kąciku oka, włos pojaśniały nie od słońca a od trudów życia, od upływu czasu, który przez dwa lata przyspieszył niemal do dekady. Ich ostatni tydzień też był bardziej jak rok. Może nawet jak półtora?
Wracali, wracali na właściwe tory. Chyba właściwe, na pewno upragnione. Nie do punktu wyjścia. Do niego nie dało się powrócić, lecz rzeczywiście zrobili kilka kroków ku temu, aby naprawić sytuację. Czasami należało wpierw coś zniszczyć, żeby móc odbudować zupełnie inną, bardziej dostosowaną konstrukcję, prawda?
Stabilniejszą? Czy kiedykolwiek byli tak naprawdę stabilni? Czy w ogóle chcieli tacy być? Wciskanie się na siłę w standardowe kryteria normalności nigdy nie było czymś, co by im odpowiadało. Z zewnątrz mogli mniej lub bardziej udawać takich ludzi, ale wewnątrz czterech ścian?
Nie wydawało mu się, aby chciał to robić. Wystarczyło, że sprawiał wrażenie naprawdę poważnej osoby, zwłaszcza w pracy, co zostało mu już kiedyś wytknięte z rozbawieniem. Opanowany, analityczny, zdystansowany człowiek...
...w tym momencie dający ciągnąć się w miękką pościel, zachłannie ściskając pośladki dziewczyny, z którą zdecydowanie nie zamierzał teraz grzecznie odpoczywać po dyżurze. Tak jak wtedy w Maida Vale, być może sprawiając wrażenie kogoś, kto był w stanie bardzo kulturalnie i właściwie trzymać ją za rękę, nic więcej, w istocie coraz bardziej czekając na powrót do domu. Tu nie musieli, tu nie zamierzali się pilnować.
Chciał ją całą dla siebie. Pożerając dziewczynę wzrokiem, chłonąć wrażenie fali gorąca ogarniającej jego ciało pod wpływem jej dotyku. Coraz zachłanniej smakując miękkie wargi, płacząc ich języki i sunąc dłońmi po znajomym kształcie kręgosłupa. Sięgając ku temu, co im się należało. Byli dobrymi ludźmi, tak? Zasłużyli na swoje zatracenie. Na siebie nawzajem.
Nic nie stało im już na przeszkodzie, aby znaleźć się obok siebie w znacznie bardziej właściwy sposób niż jeszcze wczesnym rankiem. Przekuwając te wszystkie emocje w coś znacznie bardziej słusznego. Choć gdyby o niego teraz chodziło, pewnie nie miałby w sobie aż tyle cierpliwości, by rozpinać sobie guzik koszuli po guziku.
Już teraz zresztą posyłał Geraldine jednoznaczne spojrzenia, starając się zachować zimną krew i pozwolić jej na to wszystko. Na tę nagłą metodyczność, przez którą niemal wrzała mu krew w żyłach. Patrzył na nią, zawieszoną tuż nad nim, rozszerzając powieki i starając się nie oddychać zbyt szybko, choć i tak nawet nie próbował ukrywać tego, co mu teraz robiła. Sama też była tego świadoma. Z pewnością.
- Sadystka - wymamrotał zresztą mniej więcej po dwóch trzecich rozpiętych guzików, wbijając w nią wzrok i odpowiadając na jej spojrzenie.
W przeciwieństwie do wypowiedzianego słowa, wyglądając zupełnie tak, jakby ani trochę nie miał nic przeciwko odroczonej gratyfikacji. W końcu, mimo wielu chwil fizycznej bliskości pomiędzy nimi podczas ostatnich dni, poniekąd robili to od prawie dwóch lat. Słali sobie spojrzenia, emanowali żarliwością, teraz pierwszy raz tak naprawdę wracając do tego, co było dla nich najwłaściwsze.
Niewiele jednak było w nim dalszej cierpliwości. Być może całkiem zgrabnie zsunął z siebie rozpiętą koszulę, zwłaszcza jak na leżenie na łóżku w tej sposób. Natomiast to byłoby mniej więcej na tyle. Nie, nie widziało mu się dbanie o pozostałe części garderoby. Nie, gdy teoretycznie mógł pozbyć się ich znacznie szybciej.
W praktyce wybierając zaś pośrednią drogę. Kilka rozpiętych guziczków i podwinięcie materiału do góry. Podciągnięcie go, podnosząc się na jednym łokciu do półsiadu. Mogli iść trochę na skróty, prawda? To była ich chwila, ich zasady. A on nie do końca miał jeszcze cierpliwość do przeciągania tego w czasie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down