14.03.2025, 21:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2025, 19:04 przez Peregrinus Trelawney.)
Drzwi skrzypnęły przeciągle, witając Basiliusa w progach mieszkania Trelawneyów. W przeciwieństwie do Prewetta Peregrinus nie kłopotał się zadbaniem o prezencję — otworzył mu w byle jakim stroju domowym, miękkich spodniach i wypłowiałej koszuli. Na jego twarzy wciąż błądziły ślady niedawnego wzburzenia.
— Przepraszam, że zerwałem cię o takiej porze. — Widać było jak na dłoni szczere zakłopotanie. Jak ognia unikał nadużywania cudzej życzliwości i jeśli tylko mógł z czymś sobie poradzić sam, zawsze obierał taką drogę. Z tym: nie mógł. — To mama. Nie chciałem narażać jej na godziny kolejek na ostrym dyżurze w Mungu. Źle by to zniosła.
Zaprosił go do środka, zaciągając się szybko i głęboko papierosem; tylko lata praktyki ocaliły go od zakrztuszenia się dymem. Wnętrze mieszkania było przytulne — ciepłe, przygaszone światło lampek rzucało długie cienie na powierzchnie otulone karmazynowymi dywanami i ciężkimi, ochrowymi draperiami. Z regałów wysypywały się życia poprzednich pokoleń Trelawneyów: stosy książek poupychanych w dwa rzędy, rzeźbione kuferki pękające w szwach od nagromadzonych pamiątek, orientalne figurki zwiezione z najdalszych zakątków świata, szklane kule i wystający z którejś szuflady łańcuszek wahadełka. Ktoś był w tym mieszkaniu podróżnikiem, ktoś był w nim jasnowidzem, ktoś był w nim kolekcjonerem. Był, bo wszystkie te życia poprzednich pokoleń zasypano warstwą kurzu i przyduszono ciężkim dymem papierosowym. Peregrinus Trelawney nie miał sił o to dbać.
— Wybacz — mruknął pod nosem wróżbita, orientując się, że Basilowi może przeszkadzać wędrowanie przez wydmuchiwane na bieżąco kłęby jego uzależnienia. Przechodząc przez pokój, zgasił fajkę na komodzie, którą ozdabiało już kilka wypalonych kółek, po czym mimochodem wrzucił niedopałek do ozdobnej wazy w kwieciste ornamenty. — Nie przewidziałem tego, co jej uderzy do głowy. — A powinien. Na co komu jasnowidz, który nie umie wypatrzeć najprostszych wypadków? — Byliśmy tu, w salonie. Zachowywała się jak zawsze. Mam na myśli… stała, bierna. A potem coś się w niej przepięło i zanim zdążyłem zreagować, było po wszystkim.
Byli w salonie. Zachowywała się jak zawsze. Peregrinus czytał w fotelu oddzielony od półmroku pojedynczym snopem światła z lampy za sobą. Wyczuł matczyną obecność dreszczem na karku. Dywany zjadały echa jej kroków, ale i tak potrafił wyczuć, kiedy chodziła po domu, kiedy była blisko.
Stała długo w progu: upiór w białej, pomiętej koszuli nocnej. Nie patrzyła na niego, oczy martwo zawiesiła w jakimś punkcie na drugim końcu pokoju. Mimo to uśmiechnął się do niej blado.
— Zmęczona leżeniem?
Nie odpowiedziała, jak zawsze. Wrócił do czytania.
— W domu jest zatrzęsienie rupieci po ojcu. Nikt tego nie wyrzucał, nie pomyślałem nigdy, żeby to wszystko przejrzeć pod kątem bezpieczeństwa. Większość po prostu sobie leży, nikt tego nie rusza…
Bardzo długo stała przed płaską gablotką, w której skrzyła się mozaika suszonych motyli zastygłych w upiornym spiralnym tańcu wokół poczwarek. Peregrinus kończył rozdział za rozdziałem, a ona nie poruszyła się o centymetr. Jej świszczący oddech wtórował szelestowi stron, przypominając, że wspomnienie tego człowieka jeszcze nie całkiem przeminęło.
Wtem brzęk tłuczonego szkła wyrwał wróżbitę z odmętów lektury. Nim dopadł matki, gablotka leżała już u jej stóp, a sama kobieta ściskała w wychudłej, pokaleczonej dłoni resztki zmumifikowanego kokonu.
Peregrinus wskazał Basilowi kupkę szkła i drzazg pozostałą po gablocie, tu i tam spomiędzy okruchów wystawał płatek kolorowego skrzydełka.
— Coś musiało być w tych poczwarkach i przeszło na nią, gdy je zniszczyła. — Bezwiednie podniósł palce do ust, jakby chciał się zaciągnąć, lecz, nie odnalazłszy wargami papierosa, nerwowym ruchem przetarł usta. — Pielęgniarki mówiły, że ostatnio była niespokojna i pobudzona, miałem ją zabrać na kontrolę do Lecznicy, ale… — Schował na moment twarz w dłoniach i wziął głęboki wdech, żeby rozgonić poczucie winy. — Wiem, że to moja wina. Za dużo siedziałem w pracy, przesuwałem to.
Pracy. Gdyby to była praca, nie czułby się może tak źle. Czy naprawdę do opuszczenia jej wystarczyło, że ktoś żywy obiecał mu swoje uczucie? Tak mało bywał w domu, wypełzł w końcu z trumny, w której był z nią zamknięty ostatnie kilka lat, i od razu zaczęła się mścić? Czy to naprawdę był tylko nieszczęśliwy wypadek, czy świat i ona sama chcieli mu przypomnieć, gdzie jego miejsce?
Otrząsnął się i przeszedł dalej, z sercem podchodzącym do gardła uchylił przed Basiliusem drzwi matczynej sypialni i odsunął się na bok; nie wszedł do środka.
Pokój kontrastował swoją surowością z resztą mieszkania. Ktoś podjął próby, aby urządzić go przytulnie, lecz usunięto z niego wszystko, co mogłoby być zarzewiem nieprzyjemnych incydentów. Kotary zastąpiono prostymi roletami, zdjęto obrazy o kanciastych ramach, powynoszono ozdoby z ostrymi elementami oraz wszystko inne, co dało się łatwo zniszczyć bądź użyć do wyrządzenia sobie krzywdy. Było niemal pusto.
Liche światełka pod sufitem z trudem rozganiały ciemności, ukazując postać skuloną na łóżku pod ścianą. Kwiliła cicho. Jej kościste ramiona oplatała pajęczyna siwych, zniszczonych włosów. W zapadniętych, spuszczonych oczach wciąż odnaleźć można było popłuczyny płytkich błękitnych tęczówek, które przed laty były tonią. Kobieta bujała się w przód i w tył, wyciągając przed siebie drżące białe przedramiona, z których Peregrinus próbował wcześniej zmywać krew, lecz tylko ją rozmazał. Upuszczony ręcznik leżał pod łóżkiem, przypominając, dlaczego został tam porzucony. Pod cienką jak pergamin skórą rąk Aurory coś wyraźnie pełzało.
— Przepraszam, że zerwałem cię o takiej porze. — Widać było jak na dłoni szczere zakłopotanie. Jak ognia unikał nadużywania cudzej życzliwości i jeśli tylko mógł z czymś sobie poradzić sam, zawsze obierał taką drogę. Z tym: nie mógł. — To mama. Nie chciałem narażać jej na godziny kolejek na ostrym dyżurze w Mungu. Źle by to zniosła.
Zaprosił go do środka, zaciągając się szybko i głęboko papierosem; tylko lata praktyki ocaliły go od zakrztuszenia się dymem. Wnętrze mieszkania było przytulne — ciepłe, przygaszone światło lampek rzucało długie cienie na powierzchnie otulone karmazynowymi dywanami i ciężkimi, ochrowymi draperiami. Z regałów wysypywały się życia poprzednich pokoleń Trelawneyów: stosy książek poupychanych w dwa rzędy, rzeźbione kuferki pękające w szwach od nagromadzonych pamiątek, orientalne figurki zwiezione z najdalszych zakątków świata, szklane kule i wystający z którejś szuflady łańcuszek wahadełka. Ktoś był w tym mieszkaniu podróżnikiem, ktoś był w nim jasnowidzem, ktoś był w nim kolekcjonerem. Był, bo wszystkie te życia poprzednich pokoleń zasypano warstwą kurzu i przyduszono ciężkim dymem papierosowym. Peregrinus Trelawney nie miał sił o to dbać.
— Wybacz — mruknął pod nosem wróżbita, orientując się, że Basilowi może przeszkadzać wędrowanie przez wydmuchiwane na bieżąco kłęby jego uzależnienia. Przechodząc przez pokój, zgasił fajkę na komodzie, którą ozdabiało już kilka wypalonych kółek, po czym mimochodem wrzucił niedopałek do ozdobnej wazy w kwieciste ornamenty. — Nie przewidziałem tego, co jej uderzy do głowy. — A powinien. Na co komu jasnowidz, który nie umie wypatrzeć najprostszych wypadków? — Byliśmy tu, w salonie. Zachowywała się jak zawsze. Mam na myśli… stała, bierna. A potem coś się w niej przepięło i zanim zdążyłem zreagować, było po wszystkim.
Byli w salonie. Zachowywała się jak zawsze. Peregrinus czytał w fotelu oddzielony od półmroku pojedynczym snopem światła z lampy za sobą. Wyczuł matczyną obecność dreszczem na karku. Dywany zjadały echa jej kroków, ale i tak potrafił wyczuć, kiedy chodziła po domu, kiedy była blisko.
Stała długo w progu: upiór w białej, pomiętej koszuli nocnej. Nie patrzyła na niego, oczy martwo zawiesiła w jakimś punkcie na drugim końcu pokoju. Mimo to uśmiechnął się do niej blado.
— Zmęczona leżeniem?
Nie odpowiedziała, jak zawsze. Wrócił do czytania.
— W domu jest zatrzęsienie rupieci po ojcu. Nikt tego nie wyrzucał, nie pomyślałem nigdy, żeby to wszystko przejrzeć pod kątem bezpieczeństwa. Większość po prostu sobie leży, nikt tego nie rusza…
Bardzo długo stała przed płaską gablotką, w której skrzyła się mozaika suszonych motyli zastygłych w upiornym spiralnym tańcu wokół poczwarek. Peregrinus kończył rozdział za rozdziałem, a ona nie poruszyła się o centymetr. Jej świszczący oddech wtórował szelestowi stron, przypominając, że wspomnienie tego człowieka jeszcze nie całkiem przeminęło.
Wtem brzęk tłuczonego szkła wyrwał wróżbitę z odmętów lektury. Nim dopadł matki, gablotka leżała już u jej stóp, a sama kobieta ściskała w wychudłej, pokaleczonej dłoni resztki zmumifikowanego kokonu.
Peregrinus wskazał Basilowi kupkę szkła i drzazg pozostałą po gablocie, tu i tam spomiędzy okruchów wystawał płatek kolorowego skrzydełka.
— Coś musiało być w tych poczwarkach i przeszło na nią, gdy je zniszczyła. — Bezwiednie podniósł palce do ust, jakby chciał się zaciągnąć, lecz, nie odnalazłszy wargami papierosa, nerwowym ruchem przetarł usta. — Pielęgniarki mówiły, że ostatnio była niespokojna i pobudzona, miałem ją zabrać na kontrolę do Lecznicy, ale… — Schował na moment twarz w dłoniach i wziął głęboki wdech, żeby rozgonić poczucie winy. — Wiem, że to moja wina. Za dużo siedziałem w pracy, przesuwałem to.
Pracy. Gdyby to była praca, nie czułby się może tak źle. Czy naprawdę do opuszczenia jej wystarczyło, że ktoś żywy obiecał mu swoje uczucie? Tak mało bywał w domu, wypełzł w końcu z trumny, w której był z nią zamknięty ostatnie kilka lat, i od razu zaczęła się mścić? Czy to naprawdę był tylko nieszczęśliwy wypadek, czy świat i ona sama chcieli mu przypomnieć, gdzie jego miejsce?
Otrząsnął się i przeszedł dalej, z sercem podchodzącym do gardła uchylił przed Basiliusem drzwi matczynej sypialni i odsunął się na bok; nie wszedł do środka.
Pokój kontrastował swoją surowością z resztą mieszkania. Ktoś podjął próby, aby urządzić go przytulnie, lecz usunięto z niego wszystko, co mogłoby być zarzewiem nieprzyjemnych incydentów. Kotary zastąpiono prostymi roletami, zdjęto obrazy o kanciastych ramach, powynoszono ozdoby z ostrymi elementami oraz wszystko inne, co dało się łatwo zniszczyć bądź użyć do wyrządzenia sobie krzywdy. Było niemal pusto.
Liche światełka pod sufitem z trudem rozganiały ciemności, ukazując postać skuloną na łóżku pod ścianą. Kwiliła cicho. Jej kościste ramiona oplatała pajęczyna siwych, zniszczonych włosów. W zapadniętych, spuszczonych oczach wciąż odnaleźć można było popłuczyny płytkich błękitnych tęczówek, które przed laty były tonią. Kobieta bujała się w przód i w tył, wyciągając przed siebie drżące białe przedramiona, z których Peregrinus próbował wcześniej zmywać krew, lecz tylko ją rozmazał. Upuszczony ręcznik leżał pod łóżkiem, przypominając, dlaczego został tam porzucony. Pod cienką jak pergamin skórą rąk Aurory coś wyraźnie pełzało.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie