14.03.2025, 22:07 ✶
Czy nawet książęta są smutni? Robert znał odpowiedź na to pytanie. Miał przecież wszystko, wychowywał się w warunkach, o których inni mogli zaledwie marzyć. Bogacił się i wpływał na losy kraju tylko ze względu na to, że miał więcej szczęścia od innych. Ale książęta też są smutni. Płaczą, myśląc, że może wcale nie mieli tyle wolności, ile się im wydawało. Kiedy królowie tłamszą ich marzenia tak, że sami nawet nie znają ich treści. Książęta się nie rodzą. Oni są tworzeni, lepieni z gliny, jak pierwsi ludzie. A jak nie pasowali, jak występowały defekty... były dwie opcje. Mogły zniszczyć księcia, wykluczyć go... lub zostać zamaskowane. Można je zamalować kolorowymi farbami, zakryć, odwrócić od nich uwagę. Tyle, że zawsze było się ich świadomym.
Robert nie chciał zapalać kolejnej zapałki. Nie wiedział, czego się spodziewać. Zdawał sobie sprawę tylko z tego, że zostanie skrzywdzony tym, co zobaczy. W dodatku ten ból w skroniach, jakby wbijano mu gwoździe w czaszkę i próbowano mieszać mu w mózgu: na żywo i mechanicznie.
To nie on zapalił kolejną zapałkę. To jego ręce, jakby kierowane przez kogoś innego, wzięły następną i po chwili zapłonęła pomarańczowo-niebieskim światłem. Robert nie zdążył poczuć w nozdrzach siarkowego dymu. Wylądował w innym miejscu, o wiele chłodniejszym niż wieża Gryffindoru.
To był jeden z najbardziej nieciekawych korytarzy Ministerstwa Magii. Wyglądał bardziej jak poczekalnia w Mungu. Długi korytarz, krzesła postawione po obu jego stronach. Ludzie traktowali bycie tu jako przykrą formalność. A tak jak w szpitalu umierało ciało, tak tutaj dogasały wszelkie ciepłe uczucia. Żeby znaleźć się tutaj, już musiały być oziębione, lecz tu następowało ostateczne przecięcie. Przynajmniej robili to prywatnie, w dzień, w którym nie było nikogo, kto by się nimi zainteresował.
Dwa krzesła pod dębowymi drzwiami zajmowały dwie osoby. Robert Crouch, młodszy o dobre siedem lat, gapiący się w podłogę, i kobieta piękna jak księżniczka. Vanessa Potter splatała dłonie na własnych kolanach i wpatrywała się w nie, nie chcąc patrzeć na swojego męża. Jej widok wciąż sprawiał mu smutek. Zresztą to on dominował pomiędzy nimi, z perspektywy trzeciej osoby dostrzec to można było jeszcze wyraźniej. Nie mogli tworzyć tego, co zdaniem społeczeństwa tworzyć powinni. Nie potrafili.
– Jesteś tego pewna, prawda? – spytał młody Robert. Brzmiał nieswojo, co jakiś czas przecierał oczy rękawem szybkim ruchem.
Vanessa popatrzyła na niego, w jej oczach również lśniły łzy. Robert pamiętał, jak bardzo ją kochał. Wiedział, jak trudno mu było przestać. Musiał to zrobić, by była szczęśliwa. Co za smutny paradoks...
– Rob... Wiesz, że nie mogę tak żyć – odpowiedziała mu tylko. Pogłaskał ją wtedy po ramieniu, ale ona wzdrygnęła się i odsunęła na dalsze krzesło. – Przepraszam, nie mogę.
– W porządku – szepnął w odpowiedzi, choć wcale w porządku nie było.
– Widzisz? Książęta są smutni, a czasami oni i królewny nie są sobie przeznaczeni – powiedział niby do dziewczynki, lecz tak naprawdę do siebie.
Kiedy urzędnik zaprosił ich do pokoju, zapałka dogasła, a Robert znowu znalazł się w teraźniejszości. Boleśnie przypominano mu, że jego życie nie było bajką. Nie... ono było antytezą słodkiej baśni, bo wszystko robił źle, nie mając nawet pojęcia, jak postępować dobrze.
Robert nie chciał zapalać kolejnej zapałki. Nie wiedział, czego się spodziewać. Zdawał sobie sprawę tylko z tego, że zostanie skrzywdzony tym, co zobaczy. W dodatku ten ból w skroniach, jakby wbijano mu gwoździe w czaszkę i próbowano mieszać mu w mózgu: na żywo i mechanicznie.
To nie on zapalił kolejną zapałkę. To jego ręce, jakby kierowane przez kogoś innego, wzięły następną i po chwili zapłonęła pomarańczowo-niebieskim światłem. Robert nie zdążył poczuć w nozdrzach siarkowego dymu. Wylądował w innym miejscu, o wiele chłodniejszym niż wieża Gryffindoru.
To był jeden z najbardziej nieciekawych korytarzy Ministerstwa Magii. Wyglądał bardziej jak poczekalnia w Mungu. Długi korytarz, krzesła postawione po obu jego stronach. Ludzie traktowali bycie tu jako przykrą formalność. A tak jak w szpitalu umierało ciało, tak tutaj dogasały wszelkie ciepłe uczucia. Żeby znaleźć się tutaj, już musiały być oziębione, lecz tu następowało ostateczne przecięcie. Przynajmniej robili to prywatnie, w dzień, w którym nie było nikogo, kto by się nimi zainteresował.
Dwa krzesła pod dębowymi drzwiami zajmowały dwie osoby. Robert Crouch, młodszy o dobre siedem lat, gapiący się w podłogę, i kobieta piękna jak księżniczka. Vanessa Potter splatała dłonie na własnych kolanach i wpatrywała się w nie, nie chcąc patrzeć na swojego męża. Jej widok wciąż sprawiał mu smutek. Zresztą to on dominował pomiędzy nimi, z perspektywy trzeciej osoby dostrzec to można było jeszcze wyraźniej. Nie mogli tworzyć tego, co zdaniem społeczeństwa tworzyć powinni. Nie potrafili.
– Jesteś tego pewna, prawda? – spytał młody Robert. Brzmiał nieswojo, co jakiś czas przecierał oczy rękawem szybkim ruchem.
Vanessa popatrzyła na niego, w jej oczach również lśniły łzy. Robert pamiętał, jak bardzo ją kochał. Wiedział, jak trudno mu było przestać. Musiał to zrobić, by była szczęśliwa. Co za smutny paradoks...
– Rob... Wiesz, że nie mogę tak żyć – odpowiedziała mu tylko. Pogłaskał ją wtedy po ramieniu, ale ona wzdrygnęła się i odsunęła na dalsze krzesło. – Przepraszam, nie mogę.
– W porządku – szepnął w odpowiedzi, choć wcale w porządku nie było.
– Widzisz? Książęta są smutni, a czasami oni i królewny nie są sobie przeznaczeni – powiedział niby do dziewczynki, lecz tak naprawdę do siebie.
Kiedy urzędnik zaprosił ich do pokoju, zapałka dogasła, a Robert znowu znalazł się w teraźniejszości. Boleśnie przypominano mu, że jego życie nie było bajką. Nie... ono było antytezą słodkiej baśni, bo wszystko robił źle, nie mając nawet pojęcia, jak postępować dobrze.