16.03.2025, 10:22 ✶
Strach trzymał go za gardło, a jego skronie przebijane były przez potworny ból. Oczy piekły go, łzawiły, a percepcja gubiła się, jakby rozproszona potrzebą natychmiastowej ucieczki. Spojrzał na własną dłoń. Drżała tak, że dopalona zapałka po prostu upadła na ziemię. A przynajmniej powinna była upaść, bo w połowie drogi rozpłynęła się w powietrzu. Kolejna ułuda, halucynacja, zwiastun choroby. A może to wcale nie chodziło o niego samego? Może te omeny poprzedzały zdarzenie o wiele gorsze, dramatyczne w przebiegu i konsekwencjach?
Robert spojrzał na dziewczynkę, bardziej materialną niż wcześniej. To jego ból dawał jej materialność, żerowała na nim jak jakiś pasożyt. A może jej pomagał? Może zabierał cierpienie od niej, przenosił je na siebie w jakimś akcie poświęcenia? A jednak coś w tej istocie było szalenie niepokojące. Terkot jej głosu, nienaturalność. Czy to był kiedyś człowiek czy może dziewczynka stanowiła personifikację jakiejś paskudnej klątwy?
Ciemności zalegały wokół ich dwojga, gęste i nieprzeniknione. Nic nie mogło ich rozświetlić. Nic poza ostatnią zapałką. Robert posłał dziewczynce błagalne spojrzenie. Wiedział, co będzie ostatnim wspomnieniem. Najgorsze, co miało miejsce w jego życiu, jego największe przewinienie. Książęta płakali, mieli złamane serca, ale to nie było najgorsze... Książęta zabijali.
– Błagam... – zdołał wydusić tylko, gdy jakieś niewidzialne zimne dłonie chwytały jego nadgarstki, zmuszając go do zapalenia ostatniej z zapałek.
Oślepiło go blade światło deszczowego dnia, błoto pod jego butami było niemal realne. Stał wśród wielu innych ludzi, a ceremonia trwała. Gdzieś wśród nich słyszał łkanie jakiejś starszej kobiety. Zobaczył wdowę, stała tam obejmowana przez swojego syna. Stali nad grobem, do którego wsypywana była ciemna ziemia. Wszystko działo się powoli, magia sprawiała, że ten proces wyglądał niemal elegancko. Przed miejscem pochówku zaś leżał wieniec opatrzony symbolami Ministerstwa i Wizengamotu. Niech Matka wynagrodzi twą służbę – głosił napis na wstędze.
Robert zwrócił spojrzenie w stronę delegacji Ministerstwa i wtedy zobaczył siebie samego. Odsunął się o kilka kroków, bowiem wiedział gdzie patrzeć. Zdawał sobie sprawę z tego, że wcale nie był to obiektywny ogląd sytuacji, a to, czym była ona dla niego. To sprawiało, że wszystko było oczywiste.
Ten widok był aż dziwaczny: czerwień na tle tej całej szarości. Krew skapywała z jego dłoni, mieszając się z deszczem i błotem. Robert był w końcu powodem śmierci sędziego, którego chowali. To on wysłał Prorokowi ten paskudny, anonimowy paszkwil. Bo co? Bardziej zasługiwał na posadę w Wizengamocie? Przecież wystarczyło poczekać, aż ktoś zakończy kadencję. Nie, on musiał mieć wyniki, tu i teraz. Ojciec twierdził przecież, że Crouch na stanowisku protokolanta to wstyd dla rodziny. Hańba. Jej znamiona nosiło wszystko, co robił, od Hogwartu, aż do teraz. Ile był zdolny zrobić, by zadowolić rodzinę? By przestać sprawiać jej zawód?
– Co chcesz mi powiedzieć? – zwrócił się do dziewczynki. Jego drżące dłonie także pokrywała czerwień, oblepiała je, krzepła na ich powierzchni. Metaliczny zapach uderzał go w nozdrza, a nawet w ustach czuł ten nieprzyjemny smak.
Zapałka tym razem paliła się powoli, nigdzie się nie śpieszyła. Chciała go chyba trochę pomęczyć.
Robert spojrzał na dziewczynkę, bardziej materialną niż wcześniej. To jego ból dawał jej materialność, żerowała na nim jak jakiś pasożyt. A może jej pomagał? Może zabierał cierpienie od niej, przenosił je na siebie w jakimś akcie poświęcenia? A jednak coś w tej istocie było szalenie niepokojące. Terkot jej głosu, nienaturalność. Czy to był kiedyś człowiek czy może dziewczynka stanowiła personifikację jakiejś paskudnej klątwy?
Ciemności zalegały wokół ich dwojga, gęste i nieprzeniknione. Nic nie mogło ich rozświetlić. Nic poza ostatnią zapałką. Robert posłał dziewczynce błagalne spojrzenie. Wiedział, co będzie ostatnim wspomnieniem. Najgorsze, co miało miejsce w jego życiu, jego największe przewinienie. Książęta płakali, mieli złamane serca, ale to nie było najgorsze... Książęta zabijali.
– Błagam... – zdołał wydusić tylko, gdy jakieś niewidzialne zimne dłonie chwytały jego nadgarstki, zmuszając go do zapalenia ostatniej z zapałek.
Oślepiło go blade światło deszczowego dnia, błoto pod jego butami było niemal realne. Stał wśród wielu innych ludzi, a ceremonia trwała. Gdzieś wśród nich słyszał łkanie jakiejś starszej kobiety. Zobaczył wdowę, stała tam obejmowana przez swojego syna. Stali nad grobem, do którego wsypywana była ciemna ziemia. Wszystko działo się powoli, magia sprawiała, że ten proces wyglądał niemal elegancko. Przed miejscem pochówku zaś leżał wieniec opatrzony symbolami Ministerstwa i Wizengamotu. Niech Matka wynagrodzi twą służbę – głosił napis na wstędze.
Robert zwrócił spojrzenie w stronę delegacji Ministerstwa i wtedy zobaczył siebie samego. Odsunął się o kilka kroków, bowiem wiedział gdzie patrzeć. Zdawał sobie sprawę z tego, że wcale nie był to obiektywny ogląd sytuacji, a to, czym była ona dla niego. To sprawiało, że wszystko było oczywiste.
Ten widok był aż dziwaczny: czerwień na tle tej całej szarości. Krew skapywała z jego dłoni, mieszając się z deszczem i błotem. Robert był w końcu powodem śmierci sędziego, którego chowali. To on wysłał Prorokowi ten paskudny, anonimowy paszkwil. Bo co? Bardziej zasługiwał na posadę w Wizengamocie? Przecież wystarczyło poczekać, aż ktoś zakończy kadencję. Nie, on musiał mieć wyniki, tu i teraz. Ojciec twierdził przecież, że Crouch na stanowisku protokolanta to wstyd dla rodziny. Hańba. Jej znamiona nosiło wszystko, co robił, od Hogwartu, aż do teraz. Ile był zdolny zrobić, by zadowolić rodzinę? By przestać sprawiać jej zawód?
– Co chcesz mi powiedzieć? – zwrócił się do dziewczynki. Jego drżące dłonie także pokrywała czerwień, oblepiała je, krzepła na ich powierzchni. Metaliczny zapach uderzał go w nozdrza, a nawet w ustach czuł ten nieprzyjemny smak.
Zapałka tym razem paliła się powoli, nigdzie się nie śpieszyła. Chciała go chyba trochę pomęczyć.