16.03.2025, 19:13 ✶
Aidan zmarszczył brwi. Oczywiście, że tu nie było lepiej - dlatego powinni się stąd jak najszybciej zabierać. Puścił Eliasa, nie będąc pewnym czy go kojarzył ze szkoły, z knajpy czy po prostu jego twarz nie mignęła mu teraz przez karciane zamieszanie, lecz nie miał zamiaru w tej chwili nad tym rozmyślać. Czuł, jak adrenalina zaczyna wypełniać mu żyły, jak jego ruchy stają się niemalże mechaniczne i odruchowe. Jak umysł powoli się wyłącza, a mięśnie kurczą się i gwałtownie rozprostowują, by sięgnąć po różdżkę. Tłum otarł się o jego plecy i zmusił go do zrobienia kilku kroków.
- Na Pokątną i nad Tamizę - odepchnął jakąś kobietę, która zatoczyła się w ich kierunku. - Połowa z nich jest nawalona, zaraz ktoś wpadnie w ogień.
Rzucił niby to do siebie, niby do Eliasa, który w tej chwili był jego jedynym odbiorcą. Nie miał czasu, by na niego zerknąć, bo rozłożył dłonie tak, by uniemożliwić ludziom przejście przez niezwykle chujową i mierną barierę złożoną z niego i nieznajomego mężczyzny.
- Tam jest Pokątna, wynoście się - warknął, machając różdżką na razie w formie przypomnienia, że udało mu się ją wyjąć. Nie miał zamiaru ciskać zaklęć w kierunku niewinnych ludzi, którzy byli po prostu przerażeni tym, co się działo.
I wtedy coś huknęło. Aidan nie odczuwał strachu, był na to zbyt głupi - ale jednakowoż podskoczył z zaskoczenia. Runęła część drewnianego budynku, który płonął naprzeciwko nich. Ogień nigdy nie był dla niego przeszkodą - być może dlatego odczuwał tak silne więzy krwi z siostrami Lestrange, które po jego ciotce odziedziczyły rzadką umiejętność, że gdy ktoś wjebie cię do ognia: ty nie spłoniesz.
- Nie stój jak widły w gnoju, pomóż mi - strach potrafił przybierać różne oblicza. Dlatego gdy tylko Parkinson zobaczył, że Elias stoi z różdżką w dłoni i nie bardzo wie, co ma zrobić, to w pierwszym odruchu postanowił... Cóż, powinien kazać mu spierdalać, ale jego oczy natrafiły na sylwetkę, ukrytą w kłębach dymu. Lepiej mieć pomoc kogokolwiek, niż samemu pchać się pod walący się budynek, trawiony przez płomienie, prawda? - Tam ktoś jest.
I chuj wie, czy potrzebował pomocy, ale chyba klęczał, więc raczej tak. Sam sobie nie poradzi. Chwycił Eliasa za przegub dłoni i pociągnął za sobą w dym, mając przynajmniej na tyle przyzwoitości, by nie ciągnąć go za blisko płonącego budynku. Po prostu potrzebował kogoś, kto będzie jego drugą parą oczu, gdy on sam będzie próbował rozeznać się w sytuacji.
Do dymu z drewna dochodził kurz i sadza, które wzbiły się w powietrze w chwili gdy część budynku się zawaliła. Widzieli naprawdę niewiele, dym gryzł i szczypał w oczy, wbijał się w nozdrza i przesłaniał im cel, do którego mieli dotrzeć. A celem była klęcząca postać przy płonących fundamentach. Z daleka wyglądało to tak, jakby miała ciało przebite belką, ale widzieli już w zasadzie przez łzy i to wyłącznie same kontury - równie dobrze belka mogła być dobrych kilkadziesiąt centymetrów za postacią albo przed.
Aidan ledwo widział, ale parł dalej, puszczając jednak Eliasa. Zakrył nos i usta rękawem kurtki, zanosząc się jednocześnie paskudnym kaszlem. Nie tylko smród płonącego drewna docierał do ich nosów. To pieczone, płonące ludzkie ciała i włosy. Tej woni nie dało się pomylić z niczym innym.
Postać nie odczuwa strachu dzięki przewadze Odwaga
- Na Pokątną i nad Tamizę - odepchnął jakąś kobietę, która zatoczyła się w ich kierunku. - Połowa z nich jest nawalona, zaraz ktoś wpadnie w ogień.
Rzucił niby to do siebie, niby do Eliasa, który w tej chwili był jego jedynym odbiorcą. Nie miał czasu, by na niego zerknąć, bo rozłożył dłonie tak, by uniemożliwić ludziom przejście przez niezwykle chujową i mierną barierę złożoną z niego i nieznajomego mężczyzny.
- Tam jest Pokątna, wynoście się - warknął, machając różdżką na razie w formie przypomnienia, że udało mu się ją wyjąć. Nie miał zamiaru ciskać zaklęć w kierunku niewinnych ludzi, którzy byli po prostu przerażeni tym, co się działo.
I wtedy coś huknęło. Aidan nie odczuwał strachu, był na to zbyt głupi - ale jednakowoż podskoczył z zaskoczenia. Runęła część drewnianego budynku, który płonął naprzeciwko nich. Ogień nigdy nie był dla niego przeszkodą - być może dlatego odczuwał tak silne więzy krwi z siostrami Lestrange, które po jego ciotce odziedziczyły rzadką umiejętność, że gdy ktoś wjebie cię do ognia: ty nie spłoniesz.
- Nie stój jak widły w gnoju, pomóż mi - strach potrafił przybierać różne oblicza. Dlatego gdy tylko Parkinson zobaczył, że Elias stoi z różdżką w dłoni i nie bardzo wie, co ma zrobić, to w pierwszym odruchu postanowił... Cóż, powinien kazać mu spierdalać, ale jego oczy natrafiły na sylwetkę, ukrytą w kłębach dymu. Lepiej mieć pomoc kogokolwiek, niż samemu pchać się pod walący się budynek, trawiony przez płomienie, prawda? - Tam ktoś jest.
I chuj wie, czy potrzebował pomocy, ale chyba klęczał, więc raczej tak. Sam sobie nie poradzi. Chwycił Eliasa za przegub dłoni i pociągnął za sobą w dym, mając przynajmniej na tyle przyzwoitości, by nie ciągnąć go za blisko płonącego budynku. Po prostu potrzebował kogoś, kto będzie jego drugą parą oczu, gdy on sam będzie próbował rozeznać się w sytuacji.
Do dymu z drewna dochodził kurz i sadza, które wzbiły się w powietrze w chwili gdy część budynku się zawaliła. Widzieli naprawdę niewiele, dym gryzł i szczypał w oczy, wbijał się w nozdrza i przesłaniał im cel, do którego mieli dotrzeć. A celem była klęcząca postać przy płonących fundamentach. Z daleka wyglądało to tak, jakby miała ciało przebite belką, ale widzieli już w zasadzie przez łzy i to wyłącznie same kontury - równie dobrze belka mogła być dobrych kilkadziesiąt centymetrów za postacią albo przed.
Aidan ledwo widział, ale parł dalej, puszczając jednak Eliasa. Zakrył nos i usta rękawem kurtki, zanosząc się jednocześnie paskudnym kaszlem. Nie tylko smród płonącego drewna docierał do ich nosów. To pieczone, płonące ludzkie ciała i włosy. Tej woni nie dało się pomylić z niczym innym.
Postać nie odczuwa strachu dzięki przewadze Odwaga