16.03.2025, 21:09 ✶
Prawdę mówiąc zapomniał o tym, że nie są tu już całkowicie sami. Zdecydowanie nie spodziewał się tego, czyj słodki głosik dotrze do jego uszu od strony wejścia do kuchni. Niby nie drgnął na jego dźwięk, ale jednocześnie mimowolnie wykrzywił kącik ust w niezbyt zadowolonym grymasie, stojąc tyłem do drzwi.
A. No tak. Astaroth.
Przynajmniej zatrzymał się w pewnej odległości od niego i nie postanowił klepnąć go w dupę, czego Ambroise (w pierwszej chwili, później wyczuł obcą obecność) spodziewał się po kimś wchodzącym do kuchni. Brat Geraldine odezwał się przy tym na tyle szybko, że Roise nie zdążył skierować ku niemu żadnego niewybrednego komentarza. Takiego ze swojego zwyczajowego repertuaru mogącego zgorszyć Yaxleya jeszcze bardziej niż kawałek pleców i krągłe męskie poślady. Wtedy dopiero byłoby niezręcznie.
Astarothowi. Nikomu innemu.
- Śniadanie - odpowiedział tak prosto i bez zająknięcia jak tylko mógł, jednocześnie nawet nie kłopocząc się tym, żeby spojrzeć przez ramię na rozmówcę - tak właściwie to już pewnie wczesny obiad - poprawił się niemalże odruchowo.
W dalszym ciągu tym samym raczej swobodnym tonem. Lekkim i nieskrępowanym. Niespecjalnie poruszonym faktem, że ktoś... ...no... ...niezupełnie ktoś, bo drugi z oficjalnych domowników przyłapał go na smażeniu bekonu i placków w kuchni, która nomen omen należała do niego przez jakąś jedną czwartą życia Astarotha. Jedną czwartą z kawałkiem, bo dzieciak nie miał już dwudziestu lat, ale kto by się przejmował takimi szczegółami? Nie Ambroise.
Roisa w ogóle niespecjalnie cokolwiek obecnie ruszało. Miał naprawdę dobry humor. Lepszy niż jakiegokolwiek innego dnia przez te wszystkie ostatnie tygodnie. Nie była mu go w stanie popsuć nawet ta raczej nieoczekiwana interakcja (choć w gruncie rzeczy chyba powinien się tego spodziewać?), do której podszedł zdecydowanie luźniej niż ostatnim niechlubnym razem.
- O? - Tym razem łypnął w stronę Yaxleya, taksując go wzrokiem.
Spojrzał na niego od góry do dołu, całe szczęście nie napotykając nazbyt niechcianego widoku. Łowcy bywali...
...specyficzni. Dostatecznie dobrze zdał sobie z tego sprawę podczas swojego pierwszego weekendowego pobytu w Snowdonii jako chłopak Geraldine. Już przed laty miał okazję przejść nieoczekiwany chrzest bojowy, wychodząc na teścia, który (w przeciwieństwie do niego teraz) nie miał na sobie spodni od piżamy, bokserek ani nawet slipów.
Natknął się na niego w korytarzu w skrzydle domu, do którego Gerard nie miał powodu zawędrować. I pewnie zresztą najstarszego Yaxleya wcale by tam nie było, gdyby nie fakt, że najzwyczajniej w świecie lunatykował, robiąc cholernie dużo hałasu. Jeszcze więcej niż Ambroise swoimi patelniami. A warto dodać, że nie był wyjątkowo cicho, choć bez wątpienia starał się nikogo nie obudzić.
Zajęty i dający ogarnąć się wrażeniu, że był w miejscu, w którym może sobie na to pozwolić, po prostu nie do końca zwracał uwagę na otoczenie. Błąd. Prawdopodobnie nie powinien bagatelizować faktu, że to już nie jest wyłącznie mieszkanie ich dwojga. On tu już nawet w ogóle nie mieszkał. Jeden z pokojów, które przed laty pozostawały wolne teraz zajmowała osoba, co do której Greengrass miał dwojakie odczucia. Z jednej strony kiedyś lubił małolata. Z drugiej zaś już raz niemal został przez niego wyssany.
Trzecia strona poniekąd też była?
Interakcja w związku z wyprawą na Ścieżki nie pasowała ani do ich wcześniejszych stosunków sprzed czasów, gdy Astaroth został wampirem. Ani do tego nieszczęsnego wieczoru pod koniec czerwca, gdy Ambroise odstawił pijaną Geraldine do domu. Wtedy w bardzo szarmancki sposób (do czasu) nie mając żadnych innych intencji niż zadbanie, aby znalazła się bezpiecznie w swoim łóżku.
Tego dnia sam też się z niego podniósł. Wyplątał się z wymiętej pościeli, ziewnął raz czy dwa, potargał sobie włosy ręką, ponownie wydobył z ust bardzo głośne ziewnięcie i poniekąd odstawił Gerarda Yaxleya w pełnej krasie. Na szczęście dla młodszego potomka wspomnianego rodu, wyłącznie w drodze pod prysznic do pobliskiej łazienki. Wtedy nawet przez myśl mu nie przeszło, że nie powinien tego robić, bo nie są tu całkowicie sami.
Prawdę mówiąc, teraz też nie czuł jakiegokolwiek skrępowania. Założone bokserki i fartuszek po dziewczynie Astarotha najdroższej, najlepszej przyjaciółce brata Geraldine nie miały z tym wiele wspólnego. Prawdę mówiąc, prawdopodobnie nie odczuwałby zażenowania nawet wtedy, gdyby świecił gołą dupą i całkiem opalonymi pośladkami (nie jak dwa księżyce w pełni, co było raczej wymowne w kontekście tego, że musiał jakoś opalać swój czcigodny zad).
Tak czy inaczej, nie odczuwał skrępowania. Nie czuł go również wtedy w Snowdonii. Był uzdrowicielem. Nie był pruderyjny. Nie mógł być. Nie w tym zawodzie, nie prowadząc także prywatną praktykę po domach naprawdę przeróżnych osób. Przy okazji nie dało się ukryć faktu, że i bez tego prawdopodobnie w dalszym ciągu byłby jaki był: cholernie bezpruderyjny.
Tak. Robił śniadanie nie nosząc spodni. Nie. Przecież nie robił tego całkowicie na waleta. Jakiś problem? Nie widział żadnych.
Choć może?...
...może widział? Całkiem duży, prawie dwumetrowy, gapiący się na niego tak, jakby właśnie zobaczył coś naprawdę niesmacznego. A to był tylko talerz placków, sterta bekonu i kawałek pośladka okrytego czarną bawełną. Grubą, dobrej jakości, zdecydowanie nie prześwitującą. No litości.
- Geraldine śpi. Pewnie niedługo wstanie - zdecydował się dopowiedzieć, jednocześnie obracając głowę z powrotem w kierunku patelni.
Nie chciał spalić ostatnich porcji jedzenia. W końcu miał jeszcze jedną dodatkową gębę do łaskawego obsłużenia, tak?
Nie? Być może?
Za chuja nie znał się na wampirach.
A. No tak. Astaroth.
Przynajmniej zatrzymał się w pewnej odległości od niego i nie postanowił klepnąć go w dupę, czego Ambroise (w pierwszej chwili, później wyczuł obcą obecność) spodziewał się po kimś wchodzącym do kuchni. Brat Geraldine odezwał się przy tym na tyle szybko, że Roise nie zdążył skierować ku niemu żadnego niewybrednego komentarza. Takiego ze swojego zwyczajowego repertuaru mogącego zgorszyć Yaxleya jeszcze bardziej niż kawałek pleców i krągłe męskie poślady. Wtedy dopiero byłoby niezręcznie.
Astarothowi. Nikomu innemu.
- Śniadanie - odpowiedział tak prosto i bez zająknięcia jak tylko mógł, jednocześnie nawet nie kłopocząc się tym, żeby spojrzeć przez ramię na rozmówcę - tak właściwie to już pewnie wczesny obiad - poprawił się niemalże odruchowo.
W dalszym ciągu tym samym raczej swobodnym tonem. Lekkim i nieskrępowanym. Niespecjalnie poruszonym faktem, że ktoś... ...no... ...niezupełnie ktoś, bo drugi z oficjalnych domowników przyłapał go na smażeniu bekonu i placków w kuchni, która nomen omen należała do niego przez jakąś jedną czwartą życia Astarotha. Jedną czwartą z kawałkiem, bo dzieciak nie miał już dwudziestu lat, ale kto by się przejmował takimi szczegółami? Nie Ambroise.
Roisa w ogóle niespecjalnie cokolwiek obecnie ruszało. Miał naprawdę dobry humor. Lepszy niż jakiegokolwiek innego dnia przez te wszystkie ostatnie tygodnie. Nie była mu go w stanie popsuć nawet ta raczej nieoczekiwana interakcja (choć w gruncie rzeczy chyba powinien się tego spodziewać?), do której podszedł zdecydowanie luźniej niż ostatnim niechlubnym razem.
- O? - Tym razem łypnął w stronę Yaxleya, taksując go wzrokiem.
Spojrzał na niego od góry do dołu, całe szczęście nie napotykając nazbyt niechcianego widoku. Łowcy bywali...
...specyficzni. Dostatecznie dobrze zdał sobie z tego sprawę podczas swojego pierwszego weekendowego pobytu w Snowdonii jako chłopak Geraldine. Już przed laty miał okazję przejść nieoczekiwany chrzest bojowy, wychodząc na teścia, który (w przeciwieństwie do niego teraz) nie miał na sobie spodni od piżamy, bokserek ani nawet slipów.
Natknął się na niego w korytarzu w skrzydle domu, do którego Gerard nie miał powodu zawędrować. I pewnie zresztą najstarszego Yaxleya wcale by tam nie było, gdyby nie fakt, że najzwyczajniej w świecie lunatykował, robiąc cholernie dużo hałasu. Jeszcze więcej niż Ambroise swoimi patelniami. A warto dodać, że nie był wyjątkowo cicho, choć bez wątpienia starał się nikogo nie obudzić.
Zajęty i dający ogarnąć się wrażeniu, że był w miejscu, w którym może sobie na to pozwolić, po prostu nie do końca zwracał uwagę na otoczenie. Błąd. Prawdopodobnie nie powinien bagatelizować faktu, że to już nie jest wyłącznie mieszkanie ich dwojga. On tu już nawet w ogóle nie mieszkał. Jeden z pokojów, które przed laty pozostawały wolne teraz zajmowała osoba, co do której Greengrass miał dwojakie odczucia. Z jednej strony kiedyś lubił małolata. Z drugiej zaś już raz niemal został przez niego wyssany.
Trzecia strona poniekąd też była?
Interakcja w związku z wyprawą na Ścieżki nie pasowała ani do ich wcześniejszych stosunków sprzed czasów, gdy Astaroth został wampirem. Ani do tego nieszczęsnego wieczoru pod koniec czerwca, gdy Ambroise odstawił pijaną Geraldine do domu. Wtedy w bardzo szarmancki sposób (do czasu) nie mając żadnych innych intencji niż zadbanie, aby znalazła się bezpiecznie w swoim łóżku.
Tego dnia sam też się z niego podniósł. Wyplątał się z wymiętej pościeli, ziewnął raz czy dwa, potargał sobie włosy ręką, ponownie wydobył z ust bardzo głośne ziewnięcie i poniekąd odstawił Gerarda Yaxleya w pełnej krasie. Na szczęście dla młodszego potomka wspomnianego rodu, wyłącznie w drodze pod prysznic do pobliskiej łazienki. Wtedy nawet przez myśl mu nie przeszło, że nie powinien tego robić, bo nie są tu całkowicie sami.
Prawdę mówiąc, teraz też nie czuł jakiegokolwiek skrępowania. Założone bokserki i fartuszek po dziewczynie Astarotha najdroższej, najlepszej przyjaciółce brata Geraldine nie miały z tym wiele wspólnego. Prawdę mówiąc, prawdopodobnie nie odczuwałby zażenowania nawet wtedy, gdyby świecił gołą dupą i całkiem opalonymi pośladkami (nie jak dwa księżyce w pełni, co było raczej wymowne w kontekście tego, że musiał jakoś opalać swój czcigodny zad).
Tak czy inaczej, nie odczuwał skrępowania. Nie czuł go również wtedy w Snowdonii. Był uzdrowicielem. Nie był pruderyjny. Nie mógł być. Nie w tym zawodzie, nie prowadząc także prywatną praktykę po domach naprawdę przeróżnych osób. Przy okazji nie dało się ukryć faktu, że i bez tego prawdopodobnie w dalszym ciągu byłby jaki był: cholernie bezpruderyjny.
Tak. Robił śniadanie nie nosząc spodni. Nie. Przecież nie robił tego całkowicie na waleta. Jakiś problem? Nie widział żadnych.
Choć może?...
...może widział? Całkiem duży, prawie dwumetrowy, gapiący się na niego tak, jakby właśnie zobaczył coś naprawdę niesmacznego. A to był tylko talerz placków, sterta bekonu i kawałek pośladka okrytego czarną bawełną. Grubą, dobrej jakości, zdecydowanie nie prześwitującą. No litości.
- Geraldine śpi. Pewnie niedługo wstanie - zdecydował się dopowiedzieć, jednocześnie obracając głowę z powrotem w kierunku patelni.
Nie chciał spalić ostatnich porcji jedzenia. W końcu miał jeszcze jedną dodatkową gębę do łaskawego obsłużenia, tak?
Nie? Być może?
Za chuja nie znał się na wampirach.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down