17.03.2025, 01:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2025, 01:45 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Gdyby tylko pamiętał o tej drobnej zmianie w sytuacji mieszkaniowej, pewnie zaopatrzyłby się co najmniej w wodę kolońską na bazie repelentu na komary. Niestety tego nie zrobił. Był wyjątkowo czysty i pachnący, choć właściwie niemal nigdy nie zdarzało mu się tak naprawdę śmierdzieć. Tak, nie uznawał tamtego wypadu za dzień, w którym śmierdział. W końcu sam szybko przyzwyczaił się do tamtej woni a po prostu chronił wtedy swoje żyły i tętnice.
Teraz musiał być świadomy tego, że niestety nie miał już tej ochrony. Jednakże nie znaczyło to, że słowa Astarotha robiły na nim jakiekolwiek wrażenie. Miał zbyt dobry nastrój, aby traktować te groźby poważnie. Zresztą już raz udało mu się spacyfikować wampira abstrahując od tego, że zrobiła to Geraldine, więc raczej był pewien swego.
- Doskonale się składa, że ty przeszedłeś na dietę płynną - odpowiedział bez większego wysiłku, raczej nie brzmiąc tak, jakby specjalnie przejmował się groźbą tkwiącą w słowach Yaxleya.
Wręcz przeciwnie. Aktualnie był dużo bardziej zaangażowany w przewracanie placków na patelni w taki sposób, aby je zarumienić, ale ich nie spalić aniżeli w prowadzoną rozmowę. Nie zamierzał pozwolić byle szczylowi popsuć mu naprawdę dobrze zapowiadający się dzień. Miał już swoje dużo lepsze plany, które na żadnym etapie nie uwzględniały obecności Astarotha.
Być może musiał lekko je zmodyfikować, bo chłopak sam z siebie pojawił się w kuchni i tym samym już wywrócił do góry nogami część założeń. Naturalną konsekwencją było to, że należało trochę je zmienić, ale to nie było nic, czego nie dałoby się wyklepać. Szczególnie, że już od samego poranka dawał popis tegoż klepania. Ciekawe, na ile wkurwił tym ich trzeciego lokatora, skoro ten ewidentnie był tak niewyspany.
- Do picia krwi z torby nie potrzeba zębów - zauważył bez mrugnięcia okiem, wzruszając ramionami i zsuwając resztę bekonu z patelni.
Całkiem ciężkiej. Żeliwnej. Nieźle leżącej w dłoni i w przeciwieństwie do tej, którą Nora próbowała go bić, wyjątkowo poręcznej. Gdyby nie zmiana narracji, zdecydowanie mógłby zareagować dostatecznie szybko, żeby nie tylko walnąć nią Yaxleya, ale także oparzyć go gorącym tłuszczem. Ciekawe jak skwierczą wampiry.
Oczywiście, brał pod uwagę to, że później obaj musieliby tłumaczyć się przed Geraldine. Zresztą wcale nie nie lubił jej młodszego brata. Po prostu jakoś ostatnio nie byli w stanie dojść do porozumienia. Nawet wtedy, gdy ich rozmowa zaczynała przebiegać całkiem wyśmienicie.
- Robiła - kiwnął głową, jednocześnie zabierając się za wyciąganie talerzy z szafki i (po szybkim spojrzeniu na ich stan) przecieraniu ich szmatką.
Nie był głupi. Oczywiście, że wiedział, do czego mogli zmierzać. Wyłącznie nie spodziewał się, że dojdą do tego tak szybko. Praktycznie od razu. Bez większych ogródek przechodząc do tematu, o którym już został poinformowany. Jednakże to nie znaczyło, że zamierzał tak po prostu o tym teraz mówić.
Zresztą nie zdążył nawet dobrze otworzyć ust zanim do jego uszu dotarł już zdecydowanie bardziej pożądany głos. Ten, który sprawił, że Ambroise praktycznie od razu spojrzał w kierunku drzwi. Mimowolnie ogarnął Geraldine spojrzeniem. Tym razem także znacznie bardziej błyszczącym i uśmiechniętym niżeli w przypadku jej brata, po czym niemal odruchowo wzruszył ramionami.
- Twój brat wyłącznie sugeruje, że bekon szybko stygnie, prawda? - Odparł gładko, wbrew pozorom wcale nie zamierzając bronić Astarotha; no, raczej nie wskazywała na to kpina w głosie, z jaką się odezwał. - Zimny to nie to samo - skwitował gwoli wyjaśnienia, jednocześnie uderzając językiem o podniebienie.
Tym razem całkowicie obrócił się przodem do reszty osób w pomieszczeniu. To także samo w sobie było raczej bardzo wymowne. Dostatecznie dostrzegalne, czego miał pełną świadomość, żeby nie pozostawiać pola do domysłów. Nie zrobił tego, gdy zaczął rozmowę z Yaxleyem. Miał go... ...no cóż... ...prawdopodobnie w dokładnie tej samej dupie, którą tak bezpardonowo mu pokazywał.
Nie miał z tym najmniejszego problemu. Z jego perspektywy ta cała rozmowa szła im całkiem dobrze. A że przy okazji miał pod ręką cały zestaw drewnianych łyżek i mieszadeł, nóż do krojenia warzyw i całkiem ostre szczypce do przewracania bekonu? No tak. To też miało całkiem dużo sensu, dosyć mocno wpływając na to, że był raczej rozluźniony.
Nie musiał mieć ze sobą różdżki. Wyjątkowo nie zabrał jej z sypialni, bo nie miał takiej potrzeby. Czuł się dostatecznie pewnie na pozycji, którą zajmował. To nie tak, że zupełnie nie spodziewał się ataku ze strony Astarotha. W tym momencie, gdy chłopak już się ujawnił, Ambroise zachowywał czujność. Tyle tylko, że nie musiał robić tego całkowicie otwarcie, prawda?
Znaczną część swojej kariery zawodowej opierał na byciu neutralnym. Ze wszech miar profesjonalnym. Opanowanym. Sprawiającym dobre wrażenie, nie wzbudzającym żadnych wątpliwości czy podejrzeń. Umiał udawać. Zachowywać się zupełnie tak, jakby nic go nie ruszało. Czy to jako magomedyk, czy też przy swoich bardziej pokątnych interesach.
Teraz też mógł dawać wrażenie zupełnie bezbronnego. Nieuzbrojonego, pozbawionego różdżki. Tyle tylko, że miał pod ręką dostatecznie dużo akcesoriów, żeby móc zareagować. Nie potrzebował robić z tego wielkiej sprawy. Chcieli zjeść śniadanie czy tam obiad, nie odstawiać szopkę, czyż nie?
Tym bardziej, że mieszkanie nie potrzebowało więcej zniszczeń.
Nie dotarli jeszcze do tego, w jaki sposób zamierzali rozwiązać kwestię spotykania się ze sobą. Czy planowali obrać znaną ścieżkę, czy tu także zmienić stare ustalenia i schematy. Nie mieli okazji poruszyć praktycznie żadnych tematów związanych z tym jak będzie wyglądać ich nowa rutyna. Zresztą niemal zawsze płynęli z prądem, gdy chodziło o tego typu sprawy. Poprzednim razem nic nie ustalali. Wszystko przyszło im samoistnie. Po prostu wiedzieli, w jaki sposób chcą postąpić. Cała reszta sama się ułożyła.
Nie minęło zbyt dużo czasu zanim przeniósł się między mieszkaniem, które wtedy wynajmował przy Pokątnej a tym tutaj. Wyjątkowo szybko zamierzał przy Horyzontalnej. Szczególnie, że nie miał zbyt wielu rzeczy do przeniesienia. Poza tym przeprowadzka z Londynu do Londynu była praktycznie bezproblemowa.
Rzeczy z Doliny Godryka zabierał stopniowo, raczej niespiesznie. Przenosił je przy okazji na długo przed tym zanim oficjalnie zamieszkał z Geraldine. W efekcie po ich wypadzie nad morze praktycznie nie wrócił już do siebie na dłużej. Ani do skrzydła w rodowej posiadłości, ani na Pokątną.
Spędzili tam może jeszcze kilka dni, skacząc między dwoma mieszkaniami. Tylko po to, żeby dojść do niewypowiedzianego na głos wniosku, że na dłuższą metę to miało być dla nich zbyt męczące. Zwłaszcza, że już i tak podświadomie wybrali wspólne miejsce zamieszkania. To logiczniejsze od ciasnej kawalerki czy Doliny Godryka, która nawet przez chwilę nie wchodziła w grę.
Później sprawy potoczyły się dosyć szybko. Któregoś ranka przyszedł do Geraldine po dyżurze, żeby przespać się w tej samej sypialni, z której wyszedł tego ranka. Później spędzili razem kolejne godziny przechodzące w dni. Został na długi weekend, ustawił kilka kwiatków na parapetach, znalazł miejsce na swoje książki, zabrał się za porządkowanie i wyposażanie kuchni.
Dokładnie tej kuchni. Miejsca, które przez lata pozostawało utrzymywane w niemal idealnym porządku. Zupełnie tak jak w przypadku jego gabinetu w Mungu, jakimś cudem udawało mu się nie bałaganić tu tak bardzo jak wszędzie indziej. To było jego miejsce. Nie salon, nie sypialnia, nie gabinet. Kuchnia. Jego kuchnia, więc nie, nie zamierzał czuć się w niej jak intruz.
Jeżeli ktoś nim był to właśnie Astaroth.
Abstrahując od tego, że mówili o jej mieszkaniu, Geraldine była tu zdecydowanie milej widziana. Szczególnie w tym wydaniu, siedząc obok na blacie i prezentując długie nogi. Bez tych cholernych skórzanych spodni. Za to nosząc jego koszulę, co samo w sobie wzbudziło w nim naprawdę dobre wrażenie.
- Mówiłem, że będzie Panienka zadowolona - odmruknął z błyskiem w oku, może odrobinę nazbyt mocno wychylając się w kierunku Yaxleyówny, żeby musnąć wargami jej usta.
Tak. Być może lubił być nieco teatralny w zaznaczaniu swojej obecności, swojej dominacji w tym miejscu. To była jego kuchnia, jego udany poranek, jego powrót do domu. Nikt nie miał mu tego popsuć. Tym bardziej wampir z problemami.
- Poza tym tak - zaczął odzywając się na nowo - zostałem o tym uprzedzony, więc chyba możemy rozmawiać szczerze - nie pytał, stwierdzał, posyłając przelotne spojrzenie w kierunku Riny, po czym przenosząc je na Rotha. - O tym, co faktycznie da się zrobić - nie brzmiał tak, jakby miał odmówić pomocy.
Wręcz przeciwnie. Miał w tym swój cel. Liczył na to, że Geraldine zorientuje się w jego podejściu zanim zaprotestuje. Szczególnie, że sytuacja raczej sprzyjała ich planowi.
Teraz musiał być świadomy tego, że niestety nie miał już tej ochrony. Jednakże nie znaczyło to, że słowa Astarotha robiły na nim jakiekolwiek wrażenie. Miał zbyt dobry nastrój, aby traktować te groźby poważnie. Zresztą już raz udało mu się spacyfikować wampira abstrahując od tego, że zrobiła to Geraldine, więc raczej był pewien swego.
- Doskonale się składa, że ty przeszedłeś na dietę płynną - odpowiedział bez większego wysiłku, raczej nie brzmiąc tak, jakby specjalnie przejmował się groźbą tkwiącą w słowach Yaxleya.
Wręcz przeciwnie. Aktualnie był dużo bardziej zaangażowany w przewracanie placków na patelni w taki sposób, aby je zarumienić, ale ich nie spalić aniżeli w prowadzoną rozmowę. Nie zamierzał pozwolić byle szczylowi popsuć mu naprawdę dobrze zapowiadający się dzień. Miał już swoje dużo lepsze plany, które na żadnym etapie nie uwzględniały obecności Astarotha.
Być może musiał lekko je zmodyfikować, bo chłopak sam z siebie pojawił się w kuchni i tym samym już wywrócił do góry nogami część założeń. Naturalną konsekwencją było to, że należało trochę je zmienić, ale to nie było nic, czego nie dałoby się wyklepać. Szczególnie, że już od samego poranka dawał popis tegoż klepania. Ciekawe, na ile wkurwił tym ich trzeciego lokatora, skoro ten ewidentnie był tak niewyspany.
- Do picia krwi z torby nie potrzeba zębów - zauważył bez mrugnięcia okiem, wzruszając ramionami i zsuwając resztę bekonu z patelni.
Całkiem ciężkiej. Żeliwnej. Nieźle leżącej w dłoni i w przeciwieństwie do tej, którą Nora próbowała go bić, wyjątkowo poręcznej. Gdyby nie zmiana narracji, zdecydowanie mógłby zareagować dostatecznie szybko, żeby nie tylko walnąć nią Yaxleya, ale także oparzyć go gorącym tłuszczem. Ciekawe jak skwierczą wampiry.
Oczywiście, brał pod uwagę to, że później obaj musieliby tłumaczyć się przed Geraldine. Zresztą wcale nie nie lubił jej młodszego brata. Po prostu jakoś ostatnio nie byli w stanie dojść do porozumienia. Nawet wtedy, gdy ich rozmowa zaczynała przebiegać całkiem wyśmienicie.
- Robiła - kiwnął głową, jednocześnie zabierając się za wyciąganie talerzy z szafki i (po szybkim spojrzeniu na ich stan) przecieraniu ich szmatką.
Nie był głupi. Oczywiście, że wiedział, do czego mogli zmierzać. Wyłącznie nie spodziewał się, że dojdą do tego tak szybko. Praktycznie od razu. Bez większych ogródek przechodząc do tematu, o którym już został poinformowany. Jednakże to nie znaczyło, że zamierzał tak po prostu o tym teraz mówić.
Zresztą nie zdążył nawet dobrze otworzyć ust zanim do jego uszu dotarł już zdecydowanie bardziej pożądany głos. Ten, który sprawił, że Ambroise praktycznie od razu spojrzał w kierunku drzwi. Mimowolnie ogarnął Geraldine spojrzeniem. Tym razem także znacznie bardziej błyszczącym i uśmiechniętym niżeli w przypadku jej brata, po czym niemal odruchowo wzruszył ramionami.
- Twój brat wyłącznie sugeruje, że bekon szybko stygnie, prawda? - Odparł gładko, wbrew pozorom wcale nie zamierzając bronić Astarotha; no, raczej nie wskazywała na to kpina w głosie, z jaką się odezwał. - Zimny to nie to samo - skwitował gwoli wyjaśnienia, jednocześnie uderzając językiem o podniebienie.
Tym razem całkowicie obrócił się przodem do reszty osób w pomieszczeniu. To także samo w sobie było raczej bardzo wymowne. Dostatecznie dostrzegalne, czego miał pełną świadomość, żeby nie pozostawiać pola do domysłów. Nie zrobił tego, gdy zaczął rozmowę z Yaxleyem. Miał go... ...no cóż... ...prawdopodobnie w dokładnie tej samej dupie, którą tak bezpardonowo mu pokazywał.
Nie miał z tym najmniejszego problemu. Z jego perspektywy ta cała rozmowa szła im całkiem dobrze. A że przy okazji miał pod ręką cały zestaw drewnianych łyżek i mieszadeł, nóż do krojenia warzyw i całkiem ostre szczypce do przewracania bekonu? No tak. To też miało całkiem dużo sensu, dosyć mocno wpływając na to, że był raczej rozluźniony.
Nie musiał mieć ze sobą różdżki. Wyjątkowo nie zabrał jej z sypialni, bo nie miał takiej potrzeby. Czuł się dostatecznie pewnie na pozycji, którą zajmował. To nie tak, że zupełnie nie spodziewał się ataku ze strony Astarotha. W tym momencie, gdy chłopak już się ujawnił, Ambroise zachowywał czujność. Tyle tylko, że nie musiał robić tego całkowicie otwarcie, prawda?
Znaczną część swojej kariery zawodowej opierał na byciu neutralnym. Ze wszech miar profesjonalnym. Opanowanym. Sprawiającym dobre wrażenie, nie wzbudzającym żadnych wątpliwości czy podejrzeń. Umiał udawać. Zachowywać się zupełnie tak, jakby nic go nie ruszało. Czy to jako magomedyk, czy też przy swoich bardziej pokątnych interesach.
Teraz też mógł dawać wrażenie zupełnie bezbronnego. Nieuzbrojonego, pozbawionego różdżki. Tyle tylko, że miał pod ręką dostatecznie dużo akcesoriów, żeby móc zareagować. Nie potrzebował robić z tego wielkiej sprawy. Chcieli zjeść śniadanie czy tam obiad, nie odstawiać szopkę, czyż nie?
Tym bardziej, że mieszkanie nie potrzebowało więcej zniszczeń.
Nie dotarli jeszcze do tego, w jaki sposób zamierzali rozwiązać kwestię spotykania się ze sobą. Czy planowali obrać znaną ścieżkę, czy tu także zmienić stare ustalenia i schematy. Nie mieli okazji poruszyć praktycznie żadnych tematów związanych z tym jak będzie wyglądać ich nowa rutyna. Zresztą niemal zawsze płynęli z prądem, gdy chodziło o tego typu sprawy. Poprzednim razem nic nie ustalali. Wszystko przyszło im samoistnie. Po prostu wiedzieli, w jaki sposób chcą postąpić. Cała reszta sama się ułożyła.
Nie minęło zbyt dużo czasu zanim przeniósł się między mieszkaniem, które wtedy wynajmował przy Pokątnej a tym tutaj. Wyjątkowo szybko zamierzał przy Horyzontalnej. Szczególnie, że nie miał zbyt wielu rzeczy do przeniesienia. Poza tym przeprowadzka z Londynu do Londynu była praktycznie bezproblemowa.
Rzeczy z Doliny Godryka zabierał stopniowo, raczej niespiesznie. Przenosił je przy okazji na długo przed tym zanim oficjalnie zamieszkał z Geraldine. W efekcie po ich wypadzie nad morze praktycznie nie wrócił już do siebie na dłużej. Ani do skrzydła w rodowej posiadłości, ani na Pokątną.
Spędzili tam może jeszcze kilka dni, skacząc między dwoma mieszkaniami. Tylko po to, żeby dojść do niewypowiedzianego na głos wniosku, że na dłuższą metę to miało być dla nich zbyt męczące. Zwłaszcza, że już i tak podświadomie wybrali wspólne miejsce zamieszkania. To logiczniejsze od ciasnej kawalerki czy Doliny Godryka, która nawet przez chwilę nie wchodziła w grę.
Później sprawy potoczyły się dosyć szybko. Któregoś ranka przyszedł do Geraldine po dyżurze, żeby przespać się w tej samej sypialni, z której wyszedł tego ranka. Później spędzili razem kolejne godziny przechodzące w dni. Został na długi weekend, ustawił kilka kwiatków na parapetach, znalazł miejsce na swoje książki, zabrał się za porządkowanie i wyposażanie kuchni.
Dokładnie tej kuchni. Miejsca, które przez lata pozostawało utrzymywane w niemal idealnym porządku. Zupełnie tak jak w przypadku jego gabinetu w Mungu, jakimś cudem udawało mu się nie bałaganić tu tak bardzo jak wszędzie indziej. To było jego miejsce. Nie salon, nie sypialnia, nie gabinet. Kuchnia. Jego kuchnia, więc nie, nie zamierzał czuć się w niej jak intruz.
Jeżeli ktoś nim był to właśnie Astaroth.
Abstrahując od tego, że mówili o jej mieszkaniu, Geraldine była tu zdecydowanie milej widziana. Szczególnie w tym wydaniu, siedząc obok na blacie i prezentując długie nogi. Bez tych cholernych skórzanych spodni. Za to nosząc jego koszulę, co samo w sobie wzbudziło w nim naprawdę dobre wrażenie.
- Mówiłem, że będzie Panienka zadowolona - odmruknął z błyskiem w oku, może odrobinę nazbyt mocno wychylając się w kierunku Yaxleyówny, żeby musnąć wargami jej usta.
Tak. Być może lubił być nieco teatralny w zaznaczaniu swojej obecności, swojej dominacji w tym miejscu. To była jego kuchnia, jego udany poranek, jego powrót do domu. Nikt nie miał mu tego popsuć. Tym bardziej wampir z problemami.
- Poza tym tak - zaczął odzywając się na nowo - zostałem o tym uprzedzony, więc chyba możemy rozmawiać szczerze - nie pytał, stwierdzał, posyłając przelotne spojrzenie w kierunku Riny, po czym przenosząc je na Rotha. - O tym, co faktycznie da się zrobić - nie brzmiał tak, jakby miał odmówić pomocy.
Wręcz przeciwnie. Miał w tym swój cel. Liczył na to, że Geraldine zorientuje się w jego podejściu zanim zaprotestuje. Szczególnie, że sytuacja raczej sprzyjała ich planowi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down