17.03.2025, 21:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.03.2025, 21:21 przez Anthony Shafiq.)
Chciałby opowiedzieć mu dobrą historię bo był w tym dobry. Mógłby mu opowiedzieć, roztoczyć wizję, zarazić ideą. Mógłby zabawiać go do białego rana anegdotami, wplatając zręcznie jak lśniące wstążki w ciemne pasma włosów myśli i pragnienia, które sprzyjałyby jego własnemu celowi. Mógły tkać, mógły zapraszać, mógłby kusić niczym wąż sunący przez grube konary owocowego drzewa.
Nie mieli na to czasu, a ich gentelmańskie porozumienie nie przewidywało dotąd takich atrakcji. Mieli wspólny cel - potrzebowali konkretów, które sprawią, że pewien szef Urzedu Celnego przestanie być politycznym przeciwnikiem, znaczy się zostanie słusznie i przykładnie ukaranym oczyszczającego się z szumowin Ministerstwa.
Dlatego z przesłoniętych jedwabną chusteczką ust Shafiqa płynęła naczystsza prawda, szczerozłote fakty, które Wąż skutecznie zebrał, aby ułożyć je na talerzu podarunkowym Stróżowi. Tłuste plugawe artefakty piętrzyły, ale Anthony wybrał te najtłustsze, najznamienitsze.
No może ominął jeden czarny wolumin. Nieistotny, zapisany w języku, który był ojczystą mową wymierającego plemienia. Prześlizgnął się po nim ledwie wzrokiem odkładając go zupełnym przypadkiem w miejsce odpowiednio zacienione, a jednocześnie proste do sięgnięcia, gdy będą wychodzić. Któż miałby odnieść o tej zuchwałej kradzieży? No przecież nie właściciel czy stróż tego mistycznego grajdołka.
Anthony odczekał swoje śledząc stalowymi oczyma węszącego Juliana. Lubił obserwować go w pracy, być może przez wzgląd na nie tak popularny acz wciąż przyjemnie emanujący męskością profil, być może przez ciemne orzechowe oczy, które przywodziły mu na myśl kogo innego, kto dzięki wstawiennictwu wszystkich bóstw nie postawił na karierę policyjną, tylko polityczną. Wróci? Nie wróci? To miało się dopiero okazać.
W dośc nieoczekiwanym momencie na zewnątrz rozległy się jakieś kroki. Odgłos stłumionej rozmowy nocnego obchodu dobiegł ich nieco przygłuszony przez blachę magazynu w którym się skryli. Anthony momentalnie rozproszył wszelkie światło i przylgnął bliżej Bletchley'a.
- Świstok na miejsce rozrywek? Chyba obaj zasłużyliśmy na moment wytchnienia. - szepnął mu w jego rodzimym języku wprost do ucha, łapiąc przyjemne tony jego wody kolońskiej, która z takiej odległości w połączeniu z ciepłą skórą skutecznie przebijała się przez czarnomagiczny odór. Wystarczyło jedno skienienie, mocniejsze złapanie za rękę, albo inne soczyste przekleństwo na potwierdzenie i już oni oraz pewna niepozorna książka w czarnej obwolucie przeskoczyli...
.... gdzieś.
Niebo tonęło w zielonej łunie zorzy polarnej a zaduch magazynu został zastąpiony ostrym, mineralnosiarkowym smrodkiem gorącego, wulkanicznego źródła. Anthony momentalnie po przybyciu schował ręce w przepastne kieszenie swojego prochowca i roześmiał się serdecznie. Stali tuż obok niewielkiego drewnianego domku, będącego w sumie sześcianem o dwumetrowej krawędzi. Drzwiczki nie posiadały klamki, ale w końcu obaj byli czarodziejami, żeby sobie z tym poradzić. Pojedynczy leżak stał tuż obok eleganckiej metalowej drabinki prowadzącej wprost w lecznice wody.
- Maseczka... nie jestem pewny, ale dobra wódka z pewnością nas zakonserwuje od środka. Rozgość się proszę. Ręczników podejrzewam będziemy mieli dość - powiedział uprzejmie i przejechał różdżką po drzwiach tak, że te zakwitły przyjemnym inkrustowanym listowiem po czym uchyliły się, ukazując całką zgrabny magazynek zawierający jadło, napitek, szalfroki ręczniki, sól i miód do nacierania oraz wicie ziół i gałęzi, zależnych od potrzeby. Anthony wszedł do środka i odłożył płaszcz na jedno ze stojących krzeseł, obok dokładając kapelusz i niespiesznie rozsupłując krawat. Przypatrywał się ususzonym roślinom, gdy rozpinał guziki koszuli.
-Wybacz takie nieoczekiwane porwanie z mojej strony. Mam nadzieję, że mnie nie skujesz z tego tytułu. błysk rozbawienia pojawił się w ambitnym oku. -Islandia była jedną z opcji, które chciałem Ci zaproponować, ale los dziś zdecydował za nas. Podejrzewam, że surowe warunki Ci nie przeszkadzają. W końcu jesteś... wychowankiem domu Godryka, czyż nie?
Nie mieli na to czasu, a ich gentelmańskie porozumienie nie przewidywało dotąd takich atrakcji. Mieli wspólny cel - potrzebowali konkretów, które sprawią, że pewien szef Urzedu Celnego przestanie być politycznym przeciwnikiem, znaczy się zostanie słusznie i przykładnie ukaranym oczyszczającego się z szumowin Ministerstwa.
Dlatego z przesłoniętych jedwabną chusteczką ust Shafiqa płynęła naczystsza prawda, szczerozłote fakty, które Wąż skutecznie zebrał, aby ułożyć je na talerzu podarunkowym Stróżowi. Tłuste plugawe artefakty piętrzyły, ale Anthony wybrał te najtłustsze, najznamienitsze.
No może ominął jeden czarny wolumin. Nieistotny, zapisany w języku, który był ojczystą mową wymierającego plemienia. Prześlizgnął się po nim ledwie wzrokiem odkładając go zupełnym przypadkiem w miejsce odpowiednio zacienione, a jednocześnie proste do sięgnięcia, gdy będą wychodzić. Któż miałby odnieść o tej zuchwałej kradzieży? No przecież nie właściciel czy stróż tego mistycznego grajdołka.
Anthony odczekał swoje śledząc stalowymi oczyma węszącego Juliana. Lubił obserwować go w pracy, być może przez wzgląd na nie tak popularny acz wciąż przyjemnie emanujący męskością profil, być może przez ciemne orzechowe oczy, które przywodziły mu na myśl kogo innego, kto dzięki wstawiennictwu wszystkich bóstw nie postawił na karierę policyjną, tylko polityczną. Wróci? Nie wróci? To miało się dopiero okazać.
W dośc nieoczekiwanym momencie na zewnątrz rozległy się jakieś kroki. Odgłos stłumionej rozmowy nocnego obchodu dobiegł ich nieco przygłuszony przez blachę magazynu w którym się skryli. Anthony momentalnie rozproszył wszelkie światło i przylgnął bliżej Bletchley'a.
- Świstok na miejsce rozrywek? Chyba obaj zasłużyliśmy na moment wytchnienia. - szepnął mu w jego rodzimym języku wprost do ucha, łapiąc przyjemne tony jego wody kolońskiej, która z takiej odległości w połączeniu z ciepłą skórą skutecznie przebijała się przez czarnomagiczny odór. Wystarczyło jedno skienienie, mocniejsze złapanie za rękę, albo inne soczyste przekleństwo na potwierdzenie i już oni oraz pewna niepozorna książka w czarnej obwolucie przeskoczyli...
![[Obrazek: D50xfgA.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=D50xfgA.jpeg)
.... gdzieś.
Niebo tonęło w zielonej łunie zorzy polarnej a zaduch magazynu został zastąpiony ostrym, mineralnosiarkowym smrodkiem gorącego, wulkanicznego źródła. Anthony momentalnie po przybyciu schował ręce w przepastne kieszenie swojego prochowca i roześmiał się serdecznie. Stali tuż obok niewielkiego drewnianego domku, będącego w sumie sześcianem o dwumetrowej krawędzi. Drzwiczki nie posiadały klamki, ale w końcu obaj byli czarodziejami, żeby sobie z tym poradzić. Pojedynczy leżak stał tuż obok eleganckiej metalowej drabinki prowadzącej wprost w lecznice wody.
- Maseczka... nie jestem pewny, ale dobra wódka z pewnością nas zakonserwuje od środka. Rozgość się proszę. Ręczników podejrzewam będziemy mieli dość - powiedział uprzejmie i przejechał różdżką po drzwiach tak, że te zakwitły przyjemnym inkrustowanym listowiem po czym uchyliły się, ukazując całką zgrabny magazynek zawierający jadło, napitek, szalfroki ręczniki, sól i miód do nacierania oraz wicie ziół i gałęzi, zależnych od potrzeby. Anthony wszedł do środka i odłożył płaszcz na jedno ze stojących krzeseł, obok dokładając kapelusz i niespiesznie rozsupłując krawat. Przypatrywał się ususzonym roślinom, gdy rozpinał guziki koszuli.
-Wybacz takie nieoczekiwane porwanie z mojej strony. Mam nadzieję, że mnie nie skujesz z tego tytułu. błysk rozbawienia pojawił się w ambitnym oku. -Islandia była jedną z opcji, które chciałem Ci zaproponować, ale los dziś zdecydował za nas. Podejrzewam, że surowe warunki Ci nie przeszkadzają. W końcu jesteś... wychowankiem domu Godryka, czyż nie?