18.03.2025, 05:27 ✶
Wszelkie próby zatrzymania się na neutralności zawsze miały spalić na panewce. Prawdopodobnie powinni być tego świadomi. Najpewniej byli. Świadczyły o tym ich pierwsze słowa wypowiedziane tego wieczoru, gdy dopiero pojawili się w Piaskownicy. Później po prostu poplątali się w narracji. Zagubili się, jeszcze bardziej zeszli z kursu, odpłynęli na nieznane wody - jak zwał tak zwał.
Najistotniejsze, że w pierwszej chwili wykluczyli przyjaźń, nie byli skłonni do trwałego sojuszu. Później sprawy potoczyły się dosyć chaotycznie. Zaczęli miotać się na wszystkie strony. Sięgali po te wszystkie zachowania, byleby tylko nie musieć mierzyć się z koniecznością podjęcia ostatecznej decyzji. Tak, aby tylko nie dokonywać niechcianego wyboru.
On im to zrobił. Zdawał sobie sprawę z tego, jaka była jego rola w ich osobistym dramacie. Tym, który wielokrotnie prawie zakończył się tragedią. Osobno wcale nie byli szczęśliwsi. Nie okazali się lepsi. Wręcz przeciwnie. Byli gorzcy, rozgoryczeni. Wystarczyło zaledwie kilka sytuacji, aby Roise zaczął uświadamiać sobie dosyć brutalną prawdę: oboje zaczęli sięgać dna.
Być może w dalszym ciągu uważał, że to jego było dużo płycej położone. Szybciej i łatwiej je osiągnął. Za to było też bardziej muliste, wciągało niczym podwodne bagno. Geraldine nie musiała mu tam towarzyszyć. Wręcz nie powinna. Tyle tylko, że sama też miała swoje własne dno.
Oczywiście, że dostrzegał to, że była coraz bliżej, aby zupełnie się zanurzyć. Nie mógł na to pozwolić. Nadal nie brał za nią odpowiedzialności. Wypierał naprawdę wiele faktów, przemilczał sporo spraw i kwestii. Jednakże bez wątpienia nie był ślepy na to, że byli do siebie zatrważająco podobni.
Nie tylko pod tymi dobrymi względami. Kiedy nie mieli gdzie wracać, do kogo wracać. Gdy tak naprawdę nie istniał już dla nich żaden dom. Wtedy zaczynali jeszcze szybciej tracić grunt pod nogami. Tonęli, topili się. Nie mieli boi, nie mieli punktu oparcia. Nie dostrzegali światła latarni na horyzoncie. Nie mogli odnaleźć drogi do bezpiecznej przystani, skoro żadna nie istniała.
Walczyli z całym światem. Wracali do dawnych nawyków. Pogrążali się w autodestrukcji. Sami byli swoimi najgorszymi wrogami. Zamiast wrócić do tego, co było dla nich dobre. Co w rzeczywistości było dla nich najlepszym możliwym stanem, całkowicie wykluczali tę możliwość. Pogrążali się w niedopowiedzeniach. W rezultacie postępując jeszcze gorzej. Aż do samego szczytu (albo dna?), który osiągnęli kilka miesięcy wstecz.
Nie poruszył z nią tego tematu. Nawet wtedy, kiedy wyrzucali sobie znacznie gorsze rzeczy. Nie posunął się aż tak daleko (albo raczej tak nisko), żeby sięgnąć do tamtego wieczoru. To nie było coś, z czego był dumny, nawet jeśli dotyczyło ich dwojga. A może raczej zwłaszcza przez to, że chodziło o nich? O sposób, w jaki się zachowali, gdy pozwolili sobie na zbyt wiele?
Nie dało się ukryć, że nawet jak na ich bardzo szczególne standardy nie postąpili wtedy zbyt racjonalnie. Nie chodziło wyłącznie o to, że naruszyli strefę zimno-gorącej neutralności. Nie o to, że dali się sobie ponieść. Zrobili coś, co w gruncie rzeczy nie było dla nich niczym szczególnym.
W końcu zawsze tacy byli. Nie do końca potrafili kontrolować się w swojej bliskiej obecności. Raczej szybko zbaczali z kursu. Trzymali go wyłącznie tak długo jak to było konieczne. Zaraz potem znajdowali odpowiednią okazję i dosyć ochoczo z niej korzystali. Tak było od zawsze. Nawet tamtego pamiętnego pierwszego wspólnego dnia w Snowdonii pomiędzy przedpołudniową herbatą a obiadem.
Tyle tylko, że jednocześnie w każdym z takich momentów zawsze byli dla siebie kimś więcej. Nie tylko paroma przelotnymi chwilami zatracenia, lecz tą bardzo konkretną osobą, z którą pragnęli sięgać po spełnienie. To nigdy nie był po prostu fizyczny akt. Za żadnym wcześniejszym razem (teraz chyba mogli stwierdzić, że także za późniejszym) nie sprowadzili tego do czegoś takiego. Tak...
...nieczułego, nawet jeśli mieli wobec siebie tyle tłumionej czułości. Tak dużo uczuć i emocji. Przecież w tamtym momencie także w dalszym ciągu się kochali. To było jasne, ale zarazem nie dało się ukryć tego, że tamtego wieczoru brakowało im tych wszystkich drobnych gestów, które czyniły ich z nich.
Mieli sobie naprawdę dużo do powiedzenia. Musieli zmierzyć się z koniecznością przeprowadzenia wielu trudnych rozmów. Poruszenia tematów, o których woleliby nie mówić, ale ten jeden...
...o nim mogli zapomnieć, prawda? Nic im to nie szkodziło. Mogli w dalszym ciągu udawać, że do niczego między nimi nie doszło. Zwłaszcza, gdy okoliczności raczej temu sprzyjały. Nie potrzebowali ekshumować tamtych wspomnień. Szczególnie, że były takie bezosobowe, niepełne, niewłaściwe, nie ich.
Nie łudził się. Oboje doskonale pamiętali o wszystkim, do czego wtedy doszło. Nie wymazały tego niebotyczne ilości alkoholu, barwne stroje, przebieranki sprzyjające byciu kimś innym na jedną jedyną noc. Atmosfera duszności, eteryczności, metafizyczności, tego przeklętego erotyzmu, nad którym zapanowali wiele lat przed tym.
Wtedy nie ulegając chwili, bo byli przyjaciółmi. Popełniając ten błąd niemal dekadę później, kiedy teoretycznie nic ich ze sobą nie łączyło. Zresztą może właśnie o to chodziło? Nie rozmawiali. Nie próbowali rozmawiać. Nie usiłowali być wobec siebie kimkolwiek a bycie nikim okazało się być wyjątkowo podstępne.
Zachowali się niewłaściwe, nawet jak na nich. Zwłaszcza jak na nich, ale skoro powrócili teraz na właściwe tory, nie musieli ponosić konsekwencji. To, że nie poruszyli tego ani razu podczas tych wszystkich kłótni było wyjątkowo wymowne. Nie nazwała go chujem za to, że wtedy wypuścił ją z ramion.
Pozwolił jej odejść. Nie poszedł za nią, nie złapał Geraldine za rękę. Nie spróbował wyjaśnić dziewczynie niczego, co po raz pierwszy padło między nimi dopiero dwa i pół miesiąca później. Tak naprawdę porozmawiali dopiero trzy miesiące po tamtym wieczorze. Wtedy wygładzili ubrania, poprawili elementy garderoby i rozeszli się każde w swoją stronę. Jak gdyby nigdy nic wracając do osobnych grup znajomych.
Nie mieli luk w pamięci. On też mógł wyrzucić Geraldine to, że potraktowała go wtedy jak zupełnie obcego człowieka. Kogoś kto znajdował się pod ręką w chwili, w której potrzebowała tego zapomnienia. A jednak on też postawił twardą granicę. O ironio, bowiem jednocześnie przekroczyli praktycznie wszystkie inne. Nie tą.
O tej nie mówili. Ona nadal stała gdzieś w oddali. Na tak dalekim horyzoncie, że nie musieli zbliżać się do niej na tyle, żeby obawiać się przekroczenia tej linii. Wystarczyło, że wrócili do tego, co było dla nich naturalne.
Nie mieli powtórzyć tego błędu. Nie zrobili tego wtedy, gdy wspólnie pojawili się w Piaskownicy. Zostali u swojego boku. Spędzili ze sobą nie tylko kilka minut, ale wiele godzin. Patrzyli sobie w oczy, zasnęli otuleni ramionami. Wymieniali nie tylko te fizyczne gesty. Od samego początku dawali sobie wszystko, co było im potrzebne, żeby mogli odzyskać choćby namiastkę stabilności.
Potem uderzyli w siebie naprawdę gorzkimi i parszywymi słowami. Zdecydowanie nie myśleli o tym, co mówią, ale wciąż byli bardzo odlegli od zachowania się tak jak tamtego niechlubnego wieczoru. Przede wszystkim rozmawiali.
Kocham padło między nimi już niemalże na samym początku tego tygodnia. Zaledwie po kilku godzinach od znalezienia się w Whitby. Nie ukrywali tego, co czują. Nie zatrzymywali tego wewnątrz. Pozwolili sobie na wyznanie i naprawdę nie sądził, aby kiedykolwiek tego żałowali. On z pewnością nie cofnąłby tamtych słów. Chciał jej to powiedzieć. Pragnął, aby zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy nie przestała być dla niego wszystkim. Nawet, jeśli uważał, że powinni się rozstać.
No cóż. Weryfikacja tego twierdzenia zajęła mu raptem półtora roku. Tydzień, jeśli mieli patrzeć na to w kategoriach faktycznego rozmawiania o wspólnej przyszłości (lub też o braku takowej). Tak czy siak, zapierał się na tyle mocno, że najpewniej musiał pęknąć. Prędzej czy później. Czuł się jak gumka recepturka rozciągana w palcach.
Tak. Wracał do dawnego kształtu. Nie uginał się. Ulegał, dawał się rozciągać, przekraczał granice, które sam ustanowił (jakże miałby tego nie robić? Geraldine zawsze potrafiła sprawić, że zaczynał się uginać). Zaraz potem korzystał z momentu, aby wrócić do poprzedniego stanu. Raz po raz.
Nie liczył kłótni, które odbyli. Zarówno tych wielkich, żarliwych. Jak i mniejszych, małych i drobnych spięć. Nie prowadził także rejestru tych średnich kłótni. Napięcie było między nimi praktycznie przez cały czas. To była tylko kwestia czasu, prawda?
Każdy człowiek, tak jak materiał, miał swoje granice wytrzymałości. Jego zostały przekroczone na długo zanim pokłócili się na dachu szpitala. Szczególnie, że wcale nie chciał tego dla nich. Powinni być szczęśliwi. Zasługiwali na to, aby wieść zupełnie inne życie. Nawet, jeśli nie łatwiejsze to przynajmniej wspólne. Razem zawsze było im lepiej.
Doskonale pod każdym względem. Kiedy ich ciała w końcu zlały się w jedno, świat zniknął. Nie było już żadnych myśli, żadnych wątpliwości. Tylko czysta, nieokiełznana pasja. Zatracił się w zapachu jej skóry. W słodkim smaku jej ust. W tej chwili, w której wszystko inne przestało istnieć. Żar, który ich łączył był nie do ugaszenia przez nic innego niżeli to, co usiłowali sobie dać. To, do czego teraz zmierzali. Dotyk za dotykiem, ruch za ruchem, napierając na siebie nawzajem, sięgając głębiej, mocniej i dalej.
Trzymając ją blisko, czuł jak jego własne serce bije w szaleńczym rytmie. Jak wypełnia go żądza, którą była w stanie wzniecić w nim wyłącznie ona. Nikt inny. Tylko wobec niej potrafił zachowywać się w ten sposób. Dać się porwać pożądaniu, odpowiadając na ogień pulsujący w jej ciele. Między miękkimi udami, lecz nie tylko. Cała taka była. Żarliwa, zupełnie niepohamowana, jego. Nie chciał niczego więcej. To było doskonałe.
Przesuwał dłonie po nagim ciele dziewczyny, odkrywając ścieżki, które znał już wcześniej, ale które teraz wydawały się jeszcze bardziej pociągające. Przyciągała jego wzrok, więc chłonął ją spojrzeniem. Nawet, jeśli tym razem już nie musząc robić tego na zapas to wciąż nie zamierzając powstrzymywać własnych instynktów. Zaś te nakazywały mu po prostu zatracać się w tym wszystkim. Tak, jakby nie istniało nic innego. Tylko oni. Tylko ta chwila.
Jego palce wędrowały po miękkiej skórze, zatrzymując się na biodrach Geraldine. W okolicach talii dziewczyny, gdzie mógł nie tylko poczuć jej ciepło pod opuszkami, lecz także wzmocnić chwyt. Przyciągnąć Yaxleyównę do siebie, chcąc poczuć ją bardziej, głębiej. Do samego końca. Ostatniej iskry narastającego pożądania, któremu musieli dać ujście.
Czuł jak jego własne ciało reaguje na każdy jej ruch, na każdy drobny gest. Ich pocałunki stawały się coraz bardziej intensywne. Oboje byli niemalże tak samo gwałtowni, opanowani przez pragnienie, które sprawiało, że nie myśleli o niczym innym. Ich oddechy stawały się coraz bardziej przyspieszone a zmysły wyostrzone. Dążyli wyłącznie do tego jednego celu. Do spełnienia mającego zaspokoić ich najgłębsze pragnienia.
Nie było już miejsca na subtelności. Nie, gdy tak bardzo zatracali się w sobie nawzajem. W tej chwili pragnęli jedynie pełnej intensywności, całkowitego oddania sobie nawzajem. Ich uczuciom. Dążyli ku spełnieniu, odnajdując wspólny rytm. Idealną harmonię, nawet jeśli jednocześnie ich ruchy stawały się coraz szybsze, coraz mniej delikatne.
Byli blisko, okropnie blisko tej eksplozji. Nie panowali nad sobą, ani nad tym, co się działo.
Każdy subtelny ruch, każdy delikatny dźwięk, który wydobywał się z jej ust, sprawiał, że jego pragnienie narastało. Reagował na każdy gest. Na paznokcie, które rysowały jego skórę, na podgryzanie warg, na wszystkie oznaki tego, że oboje czuli dokładnie to samo.
Chciał tego, jej. Chciał doprowadzić ją na skraj a potem wspólnie go przekroczyć. Słyszeć swoje własne imię w ten jeden jedyny sposób, jaki nigdy nie miał mu się znudzić. W śpiewnym akcencie zmiękczającym głoski, przeciągającym to jedno słowo tak bardzo, że brzmiało zupełnie inaczej. W ustach Riny zawsze nabierało innego wydźwięku. Nigdy tak bardzo mu się nie podobało jak tych w momentach, w których nie panowała nad swoimi reakcjami.
On też już tego nie robił. Poddał się temu. Nie mogło być inaczej.
Zanurzeni w tej chwili, dążąc do spełnienia, nie myśleli o niczym innym. Z każdą sekundą, z każdym drżeniem ciała, kolejną falą gorąca zbliżali się do granicy, za którą czekało spełnienie. Reagował na każdy impuls, na każdą sugestię. Byli bardzo blisko, tak cholernie blisko eksplozji zmysłów. Tej, do której tak bardzo zmierzali.
Dłonie Riny jeszcze mocniej zacisnęły się na jego żebrach, sprawiając, że nie mógł powstrzymać dreszczu rozkoszy, który przeszedł przez jego ciało. Przylegając do niej, przyciskając ją do materaca coraz mocniejszym ciężarem ciała, czuł się pogrążony w transie. Niczym całkowicie zanurzony w tej chwili. W znajomym zapachu, cieple i miękkości.
Nie zaprotestował, kiedy palce dziewczyny przesunęły się ku jego szyi. Wręcz przeciwnie. Wygiął wargi w grymasie odsłaniającym zęby i pozwalając na wszystko, do czego zmierzała. Dając złapać się za szyję, pociągnąć się w dół, jeszcze bardziej odebrać mu oddech. Dzięki temu znalazł się bliżej. Dzięki temu mógł poczuć jak jej własny oddech także staje się tak płytki, że niemal nieistniejący. Tak bardzo podobny do jego własnego. Drżenie jej nóg mówiło mu, że są blisko, naprawdę blisko spełnienia. Była tak blisko, że mógł poczuć ciepło jej oddechu na swojej skórze.
Jego ciało przylgnęło do ciała Geraldine. Przygniótł ją do materaca, pozwalając jej na wszystko, czego chciała. Mrucząc gardłowo. Robiąc dokładnie to, co obiecał: spełniając jej życzenia, bo czemuż nie miałby tego robić. Sam to powiedział. Miała u niego wyjątkowe względy.
Poza tym przecież oboje właśnie tego potrzebowali. Teraz w tej chwili. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Siebie nawzajem. Ostatecznej deklaracji. Przypieczętowania wcześniejszych słów.
W ostatnim momencie przycisnął wargi do warg Geraldine, zagarniając jej usta i odbierając im oddech. To był pocałunek, który obiecywał wszystko to, czego nie mogły teraz powiedzieć słowa. Nie tylko chwilę zapomnienia, ale i wieczność. Jego usta spoczęły na wargach ukochanej z pasją, jakiej nie doświadczył od tak dawna, że teraz nie myślał już o niczym innym. Świat eksplodował a on całkowicie się w tym zatracił.
Najistotniejsze, że w pierwszej chwili wykluczyli przyjaźń, nie byli skłonni do trwałego sojuszu. Później sprawy potoczyły się dosyć chaotycznie. Zaczęli miotać się na wszystkie strony. Sięgali po te wszystkie zachowania, byleby tylko nie musieć mierzyć się z koniecznością podjęcia ostatecznej decyzji. Tak, aby tylko nie dokonywać niechcianego wyboru.
On im to zrobił. Zdawał sobie sprawę z tego, jaka była jego rola w ich osobistym dramacie. Tym, który wielokrotnie prawie zakończył się tragedią. Osobno wcale nie byli szczęśliwsi. Nie okazali się lepsi. Wręcz przeciwnie. Byli gorzcy, rozgoryczeni. Wystarczyło zaledwie kilka sytuacji, aby Roise zaczął uświadamiać sobie dosyć brutalną prawdę: oboje zaczęli sięgać dna.
Być może w dalszym ciągu uważał, że to jego było dużo płycej położone. Szybciej i łatwiej je osiągnął. Za to było też bardziej muliste, wciągało niczym podwodne bagno. Geraldine nie musiała mu tam towarzyszyć. Wręcz nie powinna. Tyle tylko, że sama też miała swoje własne dno.
Oczywiście, że dostrzegał to, że była coraz bliżej, aby zupełnie się zanurzyć. Nie mógł na to pozwolić. Nadal nie brał za nią odpowiedzialności. Wypierał naprawdę wiele faktów, przemilczał sporo spraw i kwestii. Jednakże bez wątpienia nie był ślepy na to, że byli do siebie zatrważająco podobni.
Nie tylko pod tymi dobrymi względami. Kiedy nie mieli gdzie wracać, do kogo wracać. Gdy tak naprawdę nie istniał już dla nich żaden dom. Wtedy zaczynali jeszcze szybciej tracić grunt pod nogami. Tonęli, topili się. Nie mieli boi, nie mieli punktu oparcia. Nie dostrzegali światła latarni na horyzoncie. Nie mogli odnaleźć drogi do bezpiecznej przystani, skoro żadna nie istniała.
Walczyli z całym światem. Wracali do dawnych nawyków. Pogrążali się w autodestrukcji. Sami byli swoimi najgorszymi wrogami. Zamiast wrócić do tego, co było dla nich dobre. Co w rzeczywistości było dla nich najlepszym możliwym stanem, całkowicie wykluczali tę możliwość. Pogrążali się w niedopowiedzeniach. W rezultacie postępując jeszcze gorzej. Aż do samego szczytu (albo dna?), który osiągnęli kilka miesięcy wstecz.
Nie poruszył z nią tego tematu. Nawet wtedy, kiedy wyrzucali sobie znacznie gorsze rzeczy. Nie posunął się aż tak daleko (albo raczej tak nisko), żeby sięgnąć do tamtego wieczoru. To nie było coś, z czego był dumny, nawet jeśli dotyczyło ich dwojga. A może raczej zwłaszcza przez to, że chodziło o nich? O sposób, w jaki się zachowali, gdy pozwolili sobie na zbyt wiele?
Nie dało się ukryć, że nawet jak na ich bardzo szczególne standardy nie postąpili wtedy zbyt racjonalnie. Nie chodziło wyłącznie o to, że naruszyli strefę zimno-gorącej neutralności. Nie o to, że dali się sobie ponieść. Zrobili coś, co w gruncie rzeczy nie było dla nich niczym szczególnym.
W końcu zawsze tacy byli. Nie do końca potrafili kontrolować się w swojej bliskiej obecności. Raczej szybko zbaczali z kursu. Trzymali go wyłącznie tak długo jak to było konieczne. Zaraz potem znajdowali odpowiednią okazję i dosyć ochoczo z niej korzystali. Tak było od zawsze. Nawet tamtego pamiętnego pierwszego wspólnego dnia w Snowdonii pomiędzy przedpołudniową herbatą a obiadem.
Tyle tylko, że jednocześnie w każdym z takich momentów zawsze byli dla siebie kimś więcej. Nie tylko paroma przelotnymi chwilami zatracenia, lecz tą bardzo konkretną osobą, z którą pragnęli sięgać po spełnienie. To nigdy nie był po prostu fizyczny akt. Za żadnym wcześniejszym razem (teraz chyba mogli stwierdzić, że także za późniejszym) nie sprowadzili tego do czegoś takiego. Tak...
...nieczułego, nawet jeśli mieli wobec siebie tyle tłumionej czułości. Tak dużo uczuć i emocji. Przecież w tamtym momencie także w dalszym ciągu się kochali. To było jasne, ale zarazem nie dało się ukryć tego, że tamtego wieczoru brakowało im tych wszystkich drobnych gestów, które czyniły ich z nich.
Mieli sobie naprawdę dużo do powiedzenia. Musieli zmierzyć się z koniecznością przeprowadzenia wielu trudnych rozmów. Poruszenia tematów, o których woleliby nie mówić, ale ten jeden...
...o nim mogli zapomnieć, prawda? Nic im to nie szkodziło. Mogli w dalszym ciągu udawać, że do niczego między nimi nie doszło. Zwłaszcza, gdy okoliczności raczej temu sprzyjały. Nie potrzebowali ekshumować tamtych wspomnień. Szczególnie, że były takie bezosobowe, niepełne, niewłaściwe, nie ich.
Nie łudził się. Oboje doskonale pamiętali o wszystkim, do czego wtedy doszło. Nie wymazały tego niebotyczne ilości alkoholu, barwne stroje, przebieranki sprzyjające byciu kimś innym na jedną jedyną noc. Atmosfera duszności, eteryczności, metafizyczności, tego przeklętego erotyzmu, nad którym zapanowali wiele lat przed tym.
Wtedy nie ulegając chwili, bo byli przyjaciółmi. Popełniając ten błąd niemal dekadę później, kiedy teoretycznie nic ich ze sobą nie łączyło. Zresztą może właśnie o to chodziło? Nie rozmawiali. Nie próbowali rozmawiać. Nie usiłowali być wobec siebie kimkolwiek a bycie nikim okazało się być wyjątkowo podstępne.
Zachowali się niewłaściwe, nawet jak na nich. Zwłaszcza jak na nich, ale skoro powrócili teraz na właściwe tory, nie musieli ponosić konsekwencji. To, że nie poruszyli tego ani razu podczas tych wszystkich kłótni było wyjątkowo wymowne. Nie nazwała go chujem za to, że wtedy wypuścił ją z ramion.
Pozwolił jej odejść. Nie poszedł za nią, nie złapał Geraldine za rękę. Nie spróbował wyjaśnić dziewczynie niczego, co po raz pierwszy padło między nimi dopiero dwa i pół miesiąca później. Tak naprawdę porozmawiali dopiero trzy miesiące po tamtym wieczorze. Wtedy wygładzili ubrania, poprawili elementy garderoby i rozeszli się każde w swoją stronę. Jak gdyby nigdy nic wracając do osobnych grup znajomych.
Nie mieli luk w pamięci. On też mógł wyrzucić Geraldine to, że potraktowała go wtedy jak zupełnie obcego człowieka. Kogoś kto znajdował się pod ręką w chwili, w której potrzebowała tego zapomnienia. A jednak on też postawił twardą granicę. O ironio, bowiem jednocześnie przekroczyli praktycznie wszystkie inne. Nie tą.
O tej nie mówili. Ona nadal stała gdzieś w oddali. Na tak dalekim horyzoncie, że nie musieli zbliżać się do niej na tyle, żeby obawiać się przekroczenia tej linii. Wystarczyło, że wrócili do tego, co było dla nich naturalne.
Nie mieli powtórzyć tego błędu. Nie zrobili tego wtedy, gdy wspólnie pojawili się w Piaskownicy. Zostali u swojego boku. Spędzili ze sobą nie tylko kilka minut, ale wiele godzin. Patrzyli sobie w oczy, zasnęli otuleni ramionami. Wymieniali nie tylko te fizyczne gesty. Od samego początku dawali sobie wszystko, co było im potrzebne, żeby mogli odzyskać choćby namiastkę stabilności.
Potem uderzyli w siebie naprawdę gorzkimi i parszywymi słowami. Zdecydowanie nie myśleli o tym, co mówią, ale wciąż byli bardzo odlegli od zachowania się tak jak tamtego niechlubnego wieczoru. Przede wszystkim rozmawiali.
Kocham padło między nimi już niemalże na samym początku tego tygodnia. Zaledwie po kilku godzinach od znalezienia się w Whitby. Nie ukrywali tego, co czują. Nie zatrzymywali tego wewnątrz. Pozwolili sobie na wyznanie i naprawdę nie sądził, aby kiedykolwiek tego żałowali. On z pewnością nie cofnąłby tamtych słów. Chciał jej to powiedzieć. Pragnął, aby zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy nie przestała być dla niego wszystkim. Nawet, jeśli uważał, że powinni się rozstać.
No cóż. Weryfikacja tego twierdzenia zajęła mu raptem półtora roku. Tydzień, jeśli mieli patrzeć na to w kategoriach faktycznego rozmawiania o wspólnej przyszłości (lub też o braku takowej). Tak czy siak, zapierał się na tyle mocno, że najpewniej musiał pęknąć. Prędzej czy później. Czuł się jak gumka recepturka rozciągana w palcach.
Tak. Wracał do dawnego kształtu. Nie uginał się. Ulegał, dawał się rozciągać, przekraczał granice, które sam ustanowił (jakże miałby tego nie robić? Geraldine zawsze potrafiła sprawić, że zaczynał się uginać). Zaraz potem korzystał z momentu, aby wrócić do poprzedniego stanu. Raz po raz.
Nie liczył kłótni, które odbyli. Zarówno tych wielkich, żarliwych. Jak i mniejszych, małych i drobnych spięć. Nie prowadził także rejestru tych średnich kłótni. Napięcie było między nimi praktycznie przez cały czas. To była tylko kwestia czasu, prawda?
Każdy człowiek, tak jak materiał, miał swoje granice wytrzymałości. Jego zostały przekroczone na długo zanim pokłócili się na dachu szpitala. Szczególnie, że wcale nie chciał tego dla nich. Powinni być szczęśliwi. Zasługiwali na to, aby wieść zupełnie inne życie. Nawet, jeśli nie łatwiejsze to przynajmniej wspólne. Razem zawsze było im lepiej.
Doskonale pod każdym względem. Kiedy ich ciała w końcu zlały się w jedno, świat zniknął. Nie było już żadnych myśli, żadnych wątpliwości. Tylko czysta, nieokiełznana pasja. Zatracił się w zapachu jej skóry. W słodkim smaku jej ust. W tej chwili, w której wszystko inne przestało istnieć. Żar, który ich łączył był nie do ugaszenia przez nic innego niżeli to, co usiłowali sobie dać. To, do czego teraz zmierzali. Dotyk za dotykiem, ruch za ruchem, napierając na siebie nawzajem, sięgając głębiej, mocniej i dalej.
Trzymając ją blisko, czuł jak jego własne serce bije w szaleńczym rytmie. Jak wypełnia go żądza, którą była w stanie wzniecić w nim wyłącznie ona. Nikt inny. Tylko wobec niej potrafił zachowywać się w ten sposób. Dać się porwać pożądaniu, odpowiadając na ogień pulsujący w jej ciele. Między miękkimi udami, lecz nie tylko. Cała taka była. Żarliwa, zupełnie niepohamowana, jego. Nie chciał niczego więcej. To było doskonałe.
Przesuwał dłonie po nagim ciele dziewczyny, odkrywając ścieżki, które znał już wcześniej, ale które teraz wydawały się jeszcze bardziej pociągające. Przyciągała jego wzrok, więc chłonął ją spojrzeniem. Nawet, jeśli tym razem już nie musząc robić tego na zapas to wciąż nie zamierzając powstrzymywać własnych instynktów. Zaś te nakazywały mu po prostu zatracać się w tym wszystkim. Tak, jakby nie istniało nic innego. Tylko oni. Tylko ta chwila.
Jego palce wędrowały po miękkiej skórze, zatrzymując się na biodrach Geraldine. W okolicach talii dziewczyny, gdzie mógł nie tylko poczuć jej ciepło pod opuszkami, lecz także wzmocnić chwyt. Przyciągnąć Yaxleyównę do siebie, chcąc poczuć ją bardziej, głębiej. Do samego końca. Ostatniej iskry narastającego pożądania, któremu musieli dać ujście.
Czuł jak jego własne ciało reaguje na każdy jej ruch, na każdy drobny gest. Ich pocałunki stawały się coraz bardziej intensywne. Oboje byli niemalże tak samo gwałtowni, opanowani przez pragnienie, które sprawiało, że nie myśleli o niczym innym. Ich oddechy stawały się coraz bardziej przyspieszone a zmysły wyostrzone. Dążyli wyłącznie do tego jednego celu. Do spełnienia mającego zaspokoić ich najgłębsze pragnienia.
Nie było już miejsca na subtelności. Nie, gdy tak bardzo zatracali się w sobie nawzajem. W tej chwili pragnęli jedynie pełnej intensywności, całkowitego oddania sobie nawzajem. Ich uczuciom. Dążyli ku spełnieniu, odnajdując wspólny rytm. Idealną harmonię, nawet jeśli jednocześnie ich ruchy stawały się coraz szybsze, coraz mniej delikatne.
Byli blisko, okropnie blisko tej eksplozji. Nie panowali nad sobą, ani nad tym, co się działo.
Każdy subtelny ruch, każdy delikatny dźwięk, który wydobywał się z jej ust, sprawiał, że jego pragnienie narastało. Reagował na każdy gest. Na paznokcie, które rysowały jego skórę, na podgryzanie warg, na wszystkie oznaki tego, że oboje czuli dokładnie to samo.
Chciał tego, jej. Chciał doprowadzić ją na skraj a potem wspólnie go przekroczyć. Słyszeć swoje własne imię w ten jeden jedyny sposób, jaki nigdy nie miał mu się znudzić. W śpiewnym akcencie zmiękczającym głoski, przeciągającym to jedno słowo tak bardzo, że brzmiało zupełnie inaczej. W ustach Riny zawsze nabierało innego wydźwięku. Nigdy tak bardzo mu się nie podobało jak tych w momentach, w których nie panowała nad swoimi reakcjami.
On też już tego nie robił. Poddał się temu. Nie mogło być inaczej.
Zanurzeni w tej chwili, dążąc do spełnienia, nie myśleli o niczym innym. Z każdą sekundą, z każdym drżeniem ciała, kolejną falą gorąca zbliżali się do granicy, za którą czekało spełnienie. Reagował na każdy impuls, na każdą sugestię. Byli bardzo blisko, tak cholernie blisko eksplozji zmysłów. Tej, do której tak bardzo zmierzali.
Dłonie Riny jeszcze mocniej zacisnęły się na jego żebrach, sprawiając, że nie mógł powstrzymać dreszczu rozkoszy, który przeszedł przez jego ciało. Przylegając do niej, przyciskając ją do materaca coraz mocniejszym ciężarem ciała, czuł się pogrążony w transie. Niczym całkowicie zanurzony w tej chwili. W znajomym zapachu, cieple i miękkości.
Nie zaprotestował, kiedy palce dziewczyny przesunęły się ku jego szyi. Wręcz przeciwnie. Wygiął wargi w grymasie odsłaniającym zęby i pozwalając na wszystko, do czego zmierzała. Dając złapać się za szyję, pociągnąć się w dół, jeszcze bardziej odebrać mu oddech. Dzięki temu znalazł się bliżej. Dzięki temu mógł poczuć jak jej własny oddech także staje się tak płytki, że niemal nieistniejący. Tak bardzo podobny do jego własnego. Drżenie jej nóg mówiło mu, że są blisko, naprawdę blisko spełnienia. Była tak blisko, że mógł poczuć ciepło jej oddechu na swojej skórze.
Jego ciało przylgnęło do ciała Geraldine. Przygniótł ją do materaca, pozwalając jej na wszystko, czego chciała. Mrucząc gardłowo. Robiąc dokładnie to, co obiecał: spełniając jej życzenia, bo czemuż nie miałby tego robić. Sam to powiedział. Miała u niego wyjątkowe względy.
Poza tym przecież oboje właśnie tego potrzebowali. Teraz w tej chwili. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Siebie nawzajem. Ostatecznej deklaracji. Przypieczętowania wcześniejszych słów.
W ostatnim momencie przycisnął wargi do warg Geraldine, zagarniając jej usta i odbierając im oddech. To był pocałunek, który obiecywał wszystko to, czego nie mogły teraz powiedzieć słowa. Nie tylko chwilę zapomnienia, ale i wieczność. Jego usta spoczęły na wargach ukochanej z pasją, jakiej nie doświadczył od tak dawna, że teraz nie myślał już o niczym innym. Świat eksplodował a on całkowicie się w tym zatracił.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down