19.03.2025, 03:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:50 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Nie wiedział, ile czasu minęło od chwili, gdy pozwolili sobie pogrążyć się w tej błogiej ciszy. Kiedy tak właściwie ostatecznie poddali się pożądaniu, osiągając nie tylko fizyczne, ale także duchowe spełnienie. Jednak nie czuł potrzeby, aby to sprawdzać. Nie, gdy czuł się tak właściwie, tak dobrze, że wcale nie chciał wstawać z łóżka. Nie zamierzał tego robić, pozwolić, aby cokolwiek zakłóciło ich spokój.
Leżał na boku z ramieniem pod głową ukochanej, kątem oka dostrzegając jak jej klatka piersiowa unosi się i opada. Delikatnie, spokojnie i subtelnie. Coraz spokojniej, kontrastując z tym, w jaki sposób zachowywały się ich ciała chwilę wcześniej.
Milczał pozwalając im obojgu pogrążyć się w jeszcze głębszej ciszy. Niemal nieprzeniknionej, ale jednocześnie tak błogiej, że przerwanie tego momentu jakimikolwiek słowami byłoby czymś w rodzaju świętokradztwa. Profanacji ich wspólnego miejsca, czasu i przestrzeni.
Nie potrzebował bezcześcić tej ciszy, która na powrót zapadła w pomieszczeniu po tych żarliwych chwilach, gdy dawali sobie wszystko, czego potrzebowali. Lgnęli ku sobie. Sięgali po swoje ciepło. Po to, by teraz móc tak po prostu leżeć otuleni ramionami. Pogrążeni w milczeniu, w myślach, w poczuciu bezpieczeństwa.
Tym razem mieli pewność. Coś na kształt ostrożnej stabilności. Harmonii pośród chaosu. Mogli delektować się sennym porankiem, nigdzie się nie spiesząc. Nie rozmawiając o niczym szczególnym, tak właściwie wcale nie potrzebując tego robić. Mogli tak zwyczajnie leżeć, wpatrując się w sufit i rozkoszując się tym momentem bez wrażenia, że jest to cisza przed burzą.
Słyszał jak jej oddech staje się coraz bardziej regularny, bicie serca powoli spowalnia swój szaleńczy rytm. Zza okien docierał do niego bardzo cichy, stłumiony szum miasta. Niemal niesłyszalne dźwięki Londynu, ulicy Horyzontalnej, na której nadal kwitło życie.
Nic dziwnego. Było wcześnie, większość ludzi zapewne dopiero niedawno zaczęła wychylać się ze swoich domów i mieszkań, żeby załatwić sprawy w centrum.
Drobinki kurzu tańczyły w jasnej smudze światła padającego na podłogę pomiędzy rozsuniętymi zasłonami. Słońce schowało się za jasnymi chmurami, które całkowicie zasnuły niebo, jednak nie mogło być jeszcze dwunastej. Po długości cienia padającego na przykurzone deski, Ambroise wyrokował, że w rzeczywistości mogło być może w okolicach dziesiątej trzydzieści. Raczej nie później niż jedenasta.
Nie był jednak ekspertem. Mógł pomieszkiwać w mieście, ale wyrokowanie na temat położenia słońca najłatwiej przychodziło mu na łonie natury. W lesie czy na łące, we własnym ogródku, na ich przydomowej plaży. Nie miało być inaczej. Lubił Londyn, ale to miasto nie było wszystkim, z czym chciałby na stałe związać swoje życie. W przeciwieństwie do dziewczyny, po której skórze bardzo powoli i bezwiednie przesuwał teraz palcami.
W dalszym ciągu pieścił ciało Geraldine, jednak tym razem robił to raczej bezwiednie. Wodził opuszkami palców pomiędzy wzgórkami jej piersi, muskając obojczyki i zatrzymując się w okolicach załamania szczęki. Później znowu sunąc w dół i powtarzając tą samą ścieżkę w drugą stronę. Zamyślony, pogrążony we własnych myślach, ale nie tylko w swoim świecie. Już nie.
Myślał o nich. Nich, choć jeszcze kilka godzin temu zarzekał się, że nie mieli istnieć na dłużej niż miniony tydzień, który dali sobie na pożegnanie. Jakże szybko zmieniały się okoliczności. Oto byli tutaj w Londynie, odzyskując to, co sądzili, że utracili. Budując je na nowo.
Tym razem inaczej. Nie zamierzając zamykać się w swojej bańce, ale zdecydowanie nie mogąc też przez cały czas kontynuować tego chaotycznego życia, jakie oboje wiedli bez siebie w Londynie. Potrzebował czegoś innego. Miejsca, w którym bez chwili wahania mógłby założyć zupełnie wszystko. Przewidzieć pogodę, wskazać godzinę. Własnego domu, cichszego, całkowicie swojego...
...choć teraz już na powrót ich. To zaś oznaczało, że ich bezpieczna przystań już istniała. Nie mieli jeszcze okazji rozmawiać o tym, co powinni zrobić z tym faktem, ale to była jedna z pierwszych rzeczy, jakie prawdopodobnie musieli poruszyć. Może nie teraz, raczej dopiero po zajęciu się wyjazdem z Astarothem, jednak z pewnością niedługo.
Mieli dom.
Musiał na nowo rozsmakować się w tej myśli. Poniekąd już to robił. Pozwalając sobie na to, myślał o tym, co przyniesie im przyszłość, jednak nie sięgał przy tym zbyt daleko. Nie miał zbyt wygórowanych, rozwiniętych założeń. Na razie chciał tak po prostu zatrzymać ten moment. Napawać się nim do momentu, gdy oboje w końcu zasną, zmożeni snem po długiej nocy i żarliwym poranku.
Znał to miejsce. Znał to mieszkanie. Sposób, w jaki światło odbijało się od olejowanej podłogi, w jaki padało na stare deski. To jak przenikało przez okno. Przedostawało się przez lekko przybrudzone szyby, przez szparę między kotarami. Czuł się tu dobrze, mimo praktycznie dwóch lat, jakie minęły od ich ostatnich chwil przy Horyzontalnej. Był u siebie.
Przez wiele lat wspólnie zajmowali tę samą sypialnię, w której teraz leżeli pośród wymiętej pościeli. Nadzy, rozgrzani, zaledwie częściowo przykryci cienką kołdrą. Właściwie to niemalże samą poszewką.
W powietrzu unosił się zapach ich poranka. Zmysłowe nuty bliskości, cielesnego zapomnienia, zatracenia w czasie i przestrzeni, w sobie nawzajem. Kilku ostatnich godzin przeznaczonych na sycenie się sobą nawzajem. Teraz, gdy zaspokoili te najbardziej pierwotne pragnienia, mogli pozwolić sobie na to, żeby nic nie robić.
A więc leżał. Wpatrywał się w sufit, pozwalając sobie na chwilę refleksji. Wyłącznie na chwilę spuścił wzrok na okno, słysząc głośniejszy dźwięk dochodzący z ulicy. Żarliwą kłótnię, kilka oddalających się krzyków. Po chwili jednak przeniósł go na twarz ukochanej, unosząc kąciki ust.
Kilka pasm jasnych splątanych włosów opadło na twarz jego dziewczyny, przy okazji łaskocząc go za każdym razem, gdy Rina tylko choć odrobinę się poruszała. Ogarnął je wolną ręką.
Trzymał ramię pod jej głową, ignorując sztywnienie mięśni. Nie zamierzał zmieniać ich pozycji, odsuwać się ani na krótką chwilę, robić czegokolwiek, co mogłoby zaburzyć ich błogość, ich spokój. Tak było idealnie.
Patrzył na nią miękko, łagodnie... ...ckliwie? Był ckliwy? Już kiedyś to usłyszał... ...zupełnie inaczej, szczególnie jak na to, co działo się między nimi przez ostatnie dni. Tym razem w jego spojrzeniu nie krył się żal i smutek. Teraz było po prostu czułe. Spoglądał na nią znacznie bardziej uczuciowo, nawiązując kontakt wzrokowy i wpatrując się w niebieskie tęczówki Geraldine, jakby chciał wyczytać z jej oczu wszystko to, co ją nurtowało. O czym myślała w tej chwili, co czuła.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down