19.03.2025, 15:52 ✶
Odpowiedział kolejnym z tych długich spojrzeń, nie mrugając przy tym ani razu, tylko wbijając wzrok w błękitne oczy Geraldine i posyłając jej jeszcze jeden uśmiech. Tak właściwie, po prostu się do niej uśmiechał. Nie potrafił tego powstrzymać i nawet nie próbował, tym bardziej, że robił to podświadomie. Dokładnie tak jak teraz otulał ją spojrzeniem.
Mimowolnie unosił kąciki ust. Wyginał wargi w tym całkiem promienistym uśmiechu. Czymś, czego nie robił od tak dawna, że niechybnie miały go rozboleć mięśnie twarzy. Łapiąc się na tym dopiero w momencie, w którym dziewczyna dotknęła palcami jego twarzy. Praktycznie w tej samej chwili, w której on odruchowo jeszcze bardziej się ku niej pochylił.
Chciał skraść jej pocałunek. Zamierzał to zrobić. Nie dało się tego ukryć ani przeoczyć. Reagował swobodnie i bez zawahania. Nie ukrywał swoich intencji. Tego, że w tym momencie był po prostu szczęśliwy. Nie musiał myśleć o tym, czy to, co robią jest słuszne.
Mógł powrócić do tego, co przychodziło mu najbardziej instynktownie. Sięgnąć po to, czego chciał. W tym wypadku był to pocałunek. Jeden z tych znacznie mniej żarliwych niż chwilę wcześniej. Bardziej leniwych, powoli smakujących wargi ukochanej, nie zmierzający do niczego innego. Tylko do tego.
Choć może jednak? W końcu mogli dać sobie czas, aby sycić się sobą na wiele różnych sposobów. Gwałtownie i chaotycznie, ale także powoli, sennie, bez pośpiechu. Mogli dawać sobie wszystko, czego tylko chcieli, wcale nie musząc patrzeć przy tym w przyszłość. To było najlepsze. Najsłodsze. Najbardziej upragnione.
A jednak ostatecznie tego nie zrobił. Nie zamknął jej ust kolejnym pocałunkiem. Zamiast tego przycisnął policzek do miękkiego wnętrza dłoni Yaxleyówny. Bardziej niż to konieczne drapiąc ją zarostem, bo nie miał jeszcze okazji doprowadzić się do porządku. Do tego standardowego stanu, który sam w sobie też chyba wymagał drobnych zmian.
W końcu już zdążyła mu zarzucić, że zapuścił się jak yeti. Doskonale o tym pamiętał. Jakże mógłby zapomnieć uwagę tego typu? Szczególnie, że tamten dzień też ostatecznie ułożył się naprawdę dobrze. Może nie tak błogo jak ten teraz, gdy mieli już całkowitą pewność tego, na czym stoją. Jednakże wciąż było to jedno z tych bardziej idyllicznych popołudniów, jakie przeżyli w ostatnim czasie.
Nawet nie wiedząc, na czym dokładnie stoją, potrafili znaleźć w sobie to coś. Czułość i ciepło. Umieli dać sobie namiastkę dawnego spokoju. W dalszym ciągu chowali ją w sobie, teraz mogąc ponownie dać ujście dawnym odruchom. Instynktom, emocjom, nawykom. Tym, które już kiedyś mieli, nawet jeśli prędzej niż później musieli wprowadzić zmiany w dawnej rutynie. Dostosować ją do swojej nowej rzeczywistości. Czegoś, czego oboje chcieli.
Nie miało być łatwo. Wiele się zmieniło. Dało się to dostrzec nawet gołym okiem, bez rozmawiania na ten temat. W przeciągu ostatnich kilku dni, Ambroise parokrotnie miał okazję dostrzec w Geraldine coś, co czyniło z niej zupełnie inną osobę niż ta dziewczyna, którą doskonale znał.
W znacznej mierze pamiętał ją z innych, prostszych czasów. Tak jak ona jego, nie wiedząc o części rzeczy, o której jej nie mówił. To była inna rzeczywistość.
Wtedy, kiedy jeszcze sam nie przyłożył ręki do tego jak mocno dojechało ich życie. Tak, zdawał sobie sprawę z faktu, że sam częściowo ukręcił na nich bicz. Jednakże nie chciał tego nadmiernie analizować. Wolał nie wnikać zbyt głęboko w to, jak bardzo przy tym zawalił, jak mocno się mylił.
Odpuścił. Złożył kapitulację na te same ręce dziewczyny, do których teraz przytulał policzek, ale nie chciał już dłużej wracać do tego, o czym wielokrotnie mówił. Miał nadzieję, że nie będzie to konieczne. Wolał przyjąć wersję, wedle której żadne z nich nie było pewne, co stałoby się, gdyby tego nie zrobił. Gdyby się nie rozstali, gdyby ich historia potoczyła się inaczej. Czy byłoby gorzej, czy byłoby lepiej - nie mogli tego wiedzieć, prawda? Nie musieli w to wnikać.
Najważniejsze, że teraz byli przy sobie. Obejmowali się ramionami, leżąc nago w łóżku. Skóra przy skórze, delektując się swoim wzajemnym ciepłem. Obecnością, niczym więcej. Tym, że znaleźli się tutaj razem, odnajdując w sobie to wszystko, co wcale nie zniknęło. Było zbyt silne, nie mogli tego stracić, nawet posuwając się tak daleko i tak nisko jak przez te wszystkie ostatnie miesiące.
Tego też nie mieli więcej powtórzyć. Nie musieli. Cokolwiek się stało, przyniosło im znacznie więcej niż wyłącznie ból i cierpienie. Być może nie było dobre. Z pewnością takie nie było. Sprawiło, że oboje ponownie znaleźli się na krawędzi, zbaczając z właściwego kursu, gubiąc cel z oczu. A jednak zarazem zyskali coś w rodzaju pewności. Świadomość tego, że istniała dla nich wyłącznie jedna właściwa ścieżka. Gdziekolwiek miała ich zaprowadzić.
Jeszcze nie otwierał ust, jeszcze nic nie mówił. Zamiast tego przekrzywił głowę, muskając wargami dłoń dziewczyny i składając pocałunek na jej skórze. Kurewsko ją kochał. Nigdy nie przestał. Wiedziała to, prawda? Tym razem ostatecznie. Widział to w jej oczach. Wrócili do domu.
Mimowolnie unosił kąciki ust. Wyginał wargi w tym całkiem promienistym uśmiechu. Czymś, czego nie robił od tak dawna, że niechybnie miały go rozboleć mięśnie twarzy. Łapiąc się na tym dopiero w momencie, w którym dziewczyna dotknęła palcami jego twarzy. Praktycznie w tej samej chwili, w której on odruchowo jeszcze bardziej się ku niej pochylił.
Chciał skraść jej pocałunek. Zamierzał to zrobić. Nie dało się tego ukryć ani przeoczyć. Reagował swobodnie i bez zawahania. Nie ukrywał swoich intencji. Tego, że w tym momencie był po prostu szczęśliwy. Nie musiał myśleć o tym, czy to, co robią jest słuszne.
Mógł powrócić do tego, co przychodziło mu najbardziej instynktownie. Sięgnąć po to, czego chciał. W tym wypadku był to pocałunek. Jeden z tych znacznie mniej żarliwych niż chwilę wcześniej. Bardziej leniwych, powoli smakujących wargi ukochanej, nie zmierzający do niczego innego. Tylko do tego.
Choć może jednak? W końcu mogli dać sobie czas, aby sycić się sobą na wiele różnych sposobów. Gwałtownie i chaotycznie, ale także powoli, sennie, bez pośpiechu. Mogli dawać sobie wszystko, czego tylko chcieli, wcale nie musząc patrzeć przy tym w przyszłość. To było najlepsze. Najsłodsze. Najbardziej upragnione.
A jednak ostatecznie tego nie zrobił. Nie zamknął jej ust kolejnym pocałunkiem. Zamiast tego przycisnął policzek do miękkiego wnętrza dłoni Yaxleyówny. Bardziej niż to konieczne drapiąc ją zarostem, bo nie miał jeszcze okazji doprowadzić się do porządku. Do tego standardowego stanu, który sam w sobie też chyba wymagał drobnych zmian.
W końcu już zdążyła mu zarzucić, że zapuścił się jak yeti. Doskonale o tym pamiętał. Jakże mógłby zapomnieć uwagę tego typu? Szczególnie, że tamten dzień też ostatecznie ułożył się naprawdę dobrze. Może nie tak błogo jak ten teraz, gdy mieli już całkowitą pewność tego, na czym stoją. Jednakże wciąż było to jedno z tych bardziej idyllicznych popołudniów, jakie przeżyli w ostatnim czasie.
Nawet nie wiedząc, na czym dokładnie stoją, potrafili znaleźć w sobie to coś. Czułość i ciepło. Umieli dać sobie namiastkę dawnego spokoju. W dalszym ciągu chowali ją w sobie, teraz mogąc ponownie dać ujście dawnym odruchom. Instynktom, emocjom, nawykom. Tym, które już kiedyś mieli, nawet jeśli prędzej niż później musieli wprowadzić zmiany w dawnej rutynie. Dostosować ją do swojej nowej rzeczywistości. Czegoś, czego oboje chcieli.
Nie miało być łatwo. Wiele się zmieniło. Dało się to dostrzec nawet gołym okiem, bez rozmawiania na ten temat. W przeciągu ostatnich kilku dni, Ambroise parokrotnie miał okazję dostrzec w Geraldine coś, co czyniło z niej zupełnie inną osobę niż ta dziewczyna, którą doskonale znał.
W znacznej mierze pamiętał ją z innych, prostszych czasów. Tak jak ona jego, nie wiedząc o części rzeczy, o której jej nie mówił. To była inna rzeczywistość.
Wtedy, kiedy jeszcze sam nie przyłożył ręki do tego jak mocno dojechało ich życie. Tak, zdawał sobie sprawę z faktu, że sam częściowo ukręcił na nich bicz. Jednakże nie chciał tego nadmiernie analizować. Wolał nie wnikać zbyt głęboko w to, jak bardzo przy tym zawalił, jak mocno się mylił.
Odpuścił. Złożył kapitulację na te same ręce dziewczyny, do których teraz przytulał policzek, ale nie chciał już dłużej wracać do tego, o czym wielokrotnie mówił. Miał nadzieję, że nie będzie to konieczne. Wolał przyjąć wersję, wedle której żadne z nich nie było pewne, co stałoby się, gdyby tego nie zrobił. Gdyby się nie rozstali, gdyby ich historia potoczyła się inaczej. Czy byłoby gorzej, czy byłoby lepiej - nie mogli tego wiedzieć, prawda? Nie musieli w to wnikać.
Najważniejsze, że teraz byli przy sobie. Obejmowali się ramionami, leżąc nago w łóżku. Skóra przy skórze, delektując się swoim wzajemnym ciepłem. Obecnością, niczym więcej. Tym, że znaleźli się tutaj razem, odnajdując w sobie to wszystko, co wcale nie zniknęło. Było zbyt silne, nie mogli tego stracić, nawet posuwając się tak daleko i tak nisko jak przez te wszystkie ostatnie miesiące.
Tego też nie mieli więcej powtórzyć. Nie musieli. Cokolwiek się stało, przyniosło im znacznie więcej niż wyłącznie ból i cierpienie. Być może nie było dobre. Z pewnością takie nie było. Sprawiło, że oboje ponownie znaleźli się na krawędzi, zbaczając z właściwego kursu, gubiąc cel z oczu. A jednak zarazem zyskali coś w rodzaju pewności. Świadomość tego, że istniała dla nich wyłącznie jedna właściwa ścieżka. Gdziekolwiek miała ich zaprowadzić.
Jeszcze nie otwierał ust, jeszcze nic nie mówił. Zamiast tego przekrzywił głowę, muskając wargami dłoń dziewczyny i składając pocałunek na jej skórze. Kurewsko ją kochał. Nigdy nie przestał. Wiedziała to, prawda? Tym razem ostatecznie. Widział to w jej oczach. Wrócili do domu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down