20.03.2025, 01:16 ✶
Dawno nie zaznał takiego spokoju jak tego poranka. Bez konieczności zrywania się z łóżka i niemal momentalnego zajmowania się naglącymi sprawami, których lista zdawała się nie mieć końca. Nie kurczyła się nawet wtedy, gdy miał wrażenie, że przez cały czas coś robi. Wychodził z domu wczesnym rankiem, wracał późnym wieczorem.
Zajmował się wszystkim i niczym. Poniekąd sam wypełniał tym sobie dni. To były jego własne decyzje, które go do tego doprowadziły. Pokłosie jego uczynków albo wręcz przeciwnie: tego, że zaniechał działania wtedy, kiedy miał możliwość to zrobić.
Praktycznie nieustannie musiał myśleć o swoich kolejnych posunięciach. Bez ustanku prowadził w głowie bilans zysków i strat. Ostatnio szala niepokojąco mocno przeważała się na tą drugą stronę. Tak naprawdę już dawno nie zaznał chwili, w której mógł nie myśleć o konsekwencjach własnego postępowania.
Zamiast tego zyskiwał wyłącznie kolejne tematy, następne zadania, obowiązki zawodowe, rodzinne, towarzyskie... ...wszystko to, co sam na siebie ściągał. Robił to naprawdę świadomie. Chciał tego, bo nie mógł pozwolić sobie na to, żeby znowu pogrążyć się w marazmie. Aż nazbyt dobrze wiedział, że bez tego nie byłby w stanie radzić sobie ze wszystkim, co działo się dookoła.
Potrzebował czegoś, co zajmowałoby mu zarówno ręce, jak i myśli. Jakiegoś celu. Czegoś, co sprawiałoby, że czułby się nieco bardziej odpowiedzialny. Tak, jakby faktycznie miał nad czymś kontrolę. Usiłował nadal ją mieć. Szczególnie teraz, kiedy raz po raz czuł się zatrważająco bezsilny, próbując wyprzeć to wrażenie, bo nie niosło ze sobą nic dobrego.
Nienawidził być słaby, polegać na kimkolwiek prócz siebie, żalić się ludziom z własnych problemów i oczekiwać, że rozwiążą je za niego. Prędzej stawiał się w pozycji oprawcy aniżeli ofiary, nawet wtedy, gdy teoretycznie wcale nie należało tego robić, bo w istocie niczemu to nie służyło. Wolał czuć się winny niż pokrzywdzony.
Tak już miał. Nie zamierzał tego zmieniać. Nie był człowiekiem, który uciekał przed odpowiedzialnością. Wręcz przeciwnie. Ponosił konsekwencje tego, co robił i mówił. Brał je na siebie. Czasami mniej, czasami bardziej podświadomie, jednak w ostateczności zawsze. Za każdym razem. Mimo wszystko nie był aż takim ignorantem, żeby nie wiedzieć, że każda akcja musiała być związana z reakcją zaś każda reakcja wiązała się z akcją.
Nawet nie być może, bo zdecydowanie w ostatnim czasie trochę za bardzo w tym zabłądził. Zbyt mocno zamotał się w potrzebie ponoszenia kosztów swoich decyzji. Na własnych zasadach. Dokładnie wtedy, kiedy sądził, że jest w stanie udźwignąć ten ciężar. Zanim zrobi to za niego los, który przecież już dostatecznie dużo razy udowodnił mu, że nie lubi braku harmonii. Prędzej czy później należało zapłacić za to, co się robiło.
Tyle tylko, że oboje już to zrobili. Ponieśli dostateczne koszty. Chyba mogli pozwolić sobie na to, aby już dłużej tego nie robić. Tak. Tak mu się wydawało. Potrzebował uwierzyć w słowa Geraldine, więc to zrobił. W końcu jej ufał. Czasami nawet bardziej niż sobie.
W tej chwili nie musiał myśleć o niczym szczególnym. W myślach mógł powrócić do tego okresu, kiedy wcale nie potrzebował zajmować się czymkolwiek szczególnym, bo leżenie w łóżku nie oznaczało przewracania się z boku na bok. Już nie. W tym momencie było całkiem przyjemnym spędzaniem czasu z ukochaną osobą. Wpatrywaniem się w nią, wbijaniem wzroku w jej twarz i błyszczące, choć nieco zmęczone oczy.
Nic dziwnego. W końcu oboje przeżyli naprawdę trudną noc. Wszystko, co wydarzyło się między nimi przez ostatnią dobę, choć teraz powoli zaczynało tracić swój negatywny wydźwięk, nie było łatwe. Powiedzieli sobie wyjątkowo dużo. Niektóre słowa wyryły się głęboko w pamięci, pozostając tam w ciszy. Inne doprowadziły ich do pęknięcia i wylania frustracji na zewnątrz.
Ale musieli to zrobić, prawda? Nie mogli przez cały czas uciekać przed tą ostateczną konfrontacją. To było im potrzebne, szczególnie po tym wszystkim, co przeżyli przez ostatnie miesiące. Potrzebowali podjąć decyzję, ruszyć z miejsca, do którego nigdy nie pasowali, bo to, co działo się między nimi przez te wszystkie tygodnie nie było właściwe.
Była wyłącznie jedna jedyna możliwość. Dokładnie ta, którą teraz wybrali. Poddanie się, kapitulacja, pogrążenie się w cieple i błogości. Mieli sobie poradzić. Jeszcze nie do końca wiedział, w jaki sposób, ale w tej chwili nawet nie próbował tego analizować. Po prostu pozwolił sobie na to, aby przycisnąć wargi i policzek do dłoni Geraldine, dając jej robić z nim to wszystko, co napawało go tym naprawdę przyjemnym uczuciem. Z opuszkami palców dziewczyny pieszczącymi jego skórę i oczami cały czas wpatrzonymi prosto w jej własne. Była piękna.
- Być może? - Odpowiedział z błyskiem w oku, zdecydowanie nie zamierzając ukrywać tego, że po prostu lubił brzmienie tych słów.
Być może oboje nigdy tego nie ukrywali. Mówili to sobie wtedy, gdy nadarzała się ku temu okazja, jednak nigdy nie czuli potrzeby powtarzania tego tak często jak przez ostatni tydzień. W przeciągu tych kilku dni padło między nimi znacznie więcej miłosnych wyznań niż kiedykolwiek wcześniej. Skłaniał się nawet ku stwierdzeniu, że gdyby spróbowali policzyć te wszystkie słowa, wynik byłby raczej bardzo jasny: gubiąc się pomiędzy poczuciem odpowiedzialności a własnymi głębokimi pragnieniami, powtórzyli to sobie więcej razy niż przez siedem lat ich wspólnej historii.
To mówiło samo za siebie. Cholernie tego potrzebowali. Być tu i teraz, powoli odzyskując stabilność i nie martwiąc się o wspólną przyszłość. Nie stojąc już na skraju przepaści, która mogła, ale nie musiała stać się jeszcze głębszą wyrwą pochłaniającą ich oboje. Zdecydowali się zrobić krok. W tym momencie nie mógł oprzeć się wrażeniu, że właściwy. Dokładnie ten, który należało, by zrobili. Nic innego nie miało w tej chwili znaczenia. Liczyli się tylko oni dwoje.
- Zastanawiam się - zaczął po chwili namysłu, korzystając z tego, że przerwali ciszę.
Być może była błoga i nie niosła ze sobą wrażenia ciężkości, jednak skoro oboje nie byli jeszcze w stanie całkowicie się w niej pogrążyć i pozwolić sobie na sen, nie musieli milczeć. Lubił słyszeć głos Geraldine, zniżając przy tym własny do szeptu niemal na granicy słyszalności.
- Trondheim? - Kontynuował, przywołując już raz poruszony temat; tyle tylko, że wtedy mający zupełnie inny wydźwięk niż teraz. - Jeżeli do tego czasu uda nam się naprostować sytuację, może zabrałabyś się tam ze mną? Przedpołudnia mogą być dosyć nudne - zaznaczył, nie dodając, że dla niej, choć było to raczej jasne - ale później mielibyśmy praktycznie pół dnia dla siebie... ...no i wieczory. Całą noc - to była wyjątkowo dobra wizja, prawda?
Zmiana otoczenia mogłaby im dobrze zrobić a niespecjalnie wyobrażał sobie teraz wyjeżdżać praktycznie na tydzień bez niej. Nie, gdy dopiero zaczynali budować wspólną rzeczywistość.
Zajmował się wszystkim i niczym. Poniekąd sam wypełniał tym sobie dni. To były jego własne decyzje, które go do tego doprowadziły. Pokłosie jego uczynków albo wręcz przeciwnie: tego, że zaniechał działania wtedy, kiedy miał możliwość to zrobić.
Praktycznie nieustannie musiał myśleć o swoich kolejnych posunięciach. Bez ustanku prowadził w głowie bilans zysków i strat. Ostatnio szala niepokojąco mocno przeważała się na tą drugą stronę. Tak naprawdę już dawno nie zaznał chwili, w której mógł nie myśleć o konsekwencjach własnego postępowania.
Zamiast tego zyskiwał wyłącznie kolejne tematy, następne zadania, obowiązki zawodowe, rodzinne, towarzyskie... ...wszystko to, co sam na siebie ściągał. Robił to naprawdę świadomie. Chciał tego, bo nie mógł pozwolić sobie na to, żeby znowu pogrążyć się w marazmie. Aż nazbyt dobrze wiedział, że bez tego nie byłby w stanie radzić sobie ze wszystkim, co działo się dookoła.
Potrzebował czegoś, co zajmowałoby mu zarówno ręce, jak i myśli. Jakiegoś celu. Czegoś, co sprawiałoby, że czułby się nieco bardziej odpowiedzialny. Tak, jakby faktycznie miał nad czymś kontrolę. Usiłował nadal ją mieć. Szczególnie teraz, kiedy raz po raz czuł się zatrważająco bezsilny, próbując wyprzeć to wrażenie, bo nie niosło ze sobą nic dobrego.
Nienawidził być słaby, polegać na kimkolwiek prócz siebie, żalić się ludziom z własnych problemów i oczekiwać, że rozwiążą je za niego. Prędzej stawiał się w pozycji oprawcy aniżeli ofiary, nawet wtedy, gdy teoretycznie wcale nie należało tego robić, bo w istocie niczemu to nie służyło. Wolał czuć się winny niż pokrzywdzony.
Tak już miał. Nie zamierzał tego zmieniać. Nie był człowiekiem, który uciekał przed odpowiedzialnością. Wręcz przeciwnie. Ponosił konsekwencje tego, co robił i mówił. Brał je na siebie. Czasami mniej, czasami bardziej podświadomie, jednak w ostateczności zawsze. Za każdym razem. Mimo wszystko nie był aż takim ignorantem, żeby nie wiedzieć, że każda akcja musiała być związana z reakcją zaś każda reakcja wiązała się z akcją.
Nawet nie być może, bo zdecydowanie w ostatnim czasie trochę za bardzo w tym zabłądził. Zbyt mocno zamotał się w potrzebie ponoszenia kosztów swoich decyzji. Na własnych zasadach. Dokładnie wtedy, kiedy sądził, że jest w stanie udźwignąć ten ciężar. Zanim zrobi to za niego los, który przecież już dostatecznie dużo razy udowodnił mu, że nie lubi braku harmonii. Prędzej czy później należało zapłacić za to, co się robiło.
Tyle tylko, że oboje już to zrobili. Ponieśli dostateczne koszty. Chyba mogli pozwolić sobie na to, aby już dłużej tego nie robić. Tak. Tak mu się wydawało. Potrzebował uwierzyć w słowa Geraldine, więc to zrobił. W końcu jej ufał. Czasami nawet bardziej niż sobie.
W tej chwili nie musiał myśleć o niczym szczególnym. W myślach mógł powrócić do tego okresu, kiedy wcale nie potrzebował zajmować się czymkolwiek szczególnym, bo leżenie w łóżku nie oznaczało przewracania się z boku na bok. Już nie. W tym momencie było całkiem przyjemnym spędzaniem czasu z ukochaną osobą. Wpatrywaniem się w nią, wbijaniem wzroku w jej twarz i błyszczące, choć nieco zmęczone oczy.
Nic dziwnego. W końcu oboje przeżyli naprawdę trudną noc. Wszystko, co wydarzyło się między nimi przez ostatnią dobę, choć teraz powoli zaczynało tracić swój negatywny wydźwięk, nie było łatwe. Powiedzieli sobie wyjątkowo dużo. Niektóre słowa wyryły się głęboko w pamięci, pozostając tam w ciszy. Inne doprowadziły ich do pęknięcia i wylania frustracji na zewnątrz.
Ale musieli to zrobić, prawda? Nie mogli przez cały czas uciekać przed tą ostateczną konfrontacją. To było im potrzebne, szczególnie po tym wszystkim, co przeżyli przez ostatnie miesiące. Potrzebowali podjąć decyzję, ruszyć z miejsca, do którego nigdy nie pasowali, bo to, co działo się między nimi przez te wszystkie tygodnie nie było właściwe.
Była wyłącznie jedna jedyna możliwość. Dokładnie ta, którą teraz wybrali. Poddanie się, kapitulacja, pogrążenie się w cieple i błogości. Mieli sobie poradzić. Jeszcze nie do końca wiedział, w jaki sposób, ale w tej chwili nawet nie próbował tego analizować. Po prostu pozwolił sobie na to, aby przycisnąć wargi i policzek do dłoni Geraldine, dając jej robić z nim to wszystko, co napawało go tym naprawdę przyjemnym uczuciem. Z opuszkami palców dziewczyny pieszczącymi jego skórę i oczami cały czas wpatrzonymi prosto w jej własne. Była piękna.
- Być może? - Odpowiedział z błyskiem w oku, zdecydowanie nie zamierzając ukrywać tego, że po prostu lubił brzmienie tych słów.
Być może oboje nigdy tego nie ukrywali. Mówili to sobie wtedy, gdy nadarzała się ku temu okazja, jednak nigdy nie czuli potrzeby powtarzania tego tak często jak przez ostatni tydzień. W przeciągu tych kilku dni padło między nimi znacznie więcej miłosnych wyznań niż kiedykolwiek wcześniej. Skłaniał się nawet ku stwierdzeniu, że gdyby spróbowali policzyć te wszystkie słowa, wynik byłby raczej bardzo jasny: gubiąc się pomiędzy poczuciem odpowiedzialności a własnymi głębokimi pragnieniami, powtórzyli to sobie więcej razy niż przez siedem lat ich wspólnej historii.
To mówiło samo za siebie. Cholernie tego potrzebowali. Być tu i teraz, powoli odzyskując stabilność i nie martwiąc się o wspólną przyszłość. Nie stojąc już na skraju przepaści, która mogła, ale nie musiała stać się jeszcze głębszą wyrwą pochłaniającą ich oboje. Zdecydowali się zrobić krok. W tym momencie nie mógł oprzeć się wrażeniu, że właściwy. Dokładnie ten, który należało, by zrobili. Nic innego nie miało w tej chwili znaczenia. Liczyli się tylko oni dwoje.
- Zastanawiam się - zaczął po chwili namysłu, korzystając z tego, że przerwali ciszę.
Być może była błoga i nie niosła ze sobą wrażenia ciężkości, jednak skoro oboje nie byli jeszcze w stanie całkowicie się w niej pogrążyć i pozwolić sobie na sen, nie musieli milczeć. Lubił słyszeć głos Geraldine, zniżając przy tym własny do szeptu niemal na granicy słyszalności.
- Trondheim? - Kontynuował, przywołując już raz poruszony temat; tyle tylko, że wtedy mający zupełnie inny wydźwięk niż teraz. - Jeżeli do tego czasu uda nam się naprostować sytuację, może zabrałabyś się tam ze mną? Przedpołudnia mogą być dosyć nudne - zaznaczył, nie dodając, że dla niej, choć było to raczej jasne - ale później mielibyśmy praktycznie pół dnia dla siebie... ...no i wieczory. Całą noc - to była wyjątkowo dobra wizja, prawda?
Zmiana otoczenia mogłaby im dobrze zrobić a niespecjalnie wyobrażał sobie teraz wyjeżdżać praktycznie na tydzień bez niej. Nie, gdy dopiero zaczynali budować wspólną rzeczywistość.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down