20.03.2025, 13:14 ✶
Dawno nie czuł się w ten sposób. Tak swobodnie i lekko. Szczęśliwie. Ni mniej, ni więcej jak tylko cholernie dobrze.
- Być może - przytaknął, tym razem starając się przegryźć wnętrza policzków i powstrzymać uśmiech, żeby wypaść poważniej.
W końcu to był bardzo istotny temat, o którym należało mówić całkowicie na serio. Bez unoszenia kącików ust w taki sposób, w jaki w jego przypadku odruchowo same to robiły. Bez chęci parsknięcia śmiechem na wyraz twarzy Geraldine. Jej dosyć dostrzegalne uniesienie brwi przy jednoczesnym kręceniu głową oraz to, że z całą pewnością w tym momencie zaczęła zastanawiać się nad sensem jego odpowiedzi, nawet jeśli z pewnością wiedziała, że próbował ją teraz podpuszczać.
Oczywiście, że zdawała sobie z tego sprawę. Zbyt dobrze go znała, żeby uznać to wszystko za wyraz jego niepewności. Wahanie, co do prawdziwości jej deklaracji. Tym bardziej, że jednocześnie z całą świadomością wiedział, że mógł na moment powstrzymać drżenie kącików ust, zachować pokerową twarz i tak dalej. Natomiast w żadnym razie nie był w stanie przestać wbijać w Geraldine spojrzenia, które i tak mówiło dosłownie wszystko.
Nawet nie próbował tego robić. W ostatnich miesiącach zdecydowanie zbyt wiele razy musiał ukrywać swoje prawdziwe odczucia. Odwracał wzrok, uciekał nim w inny punkt, żeby nie patrzeć w błękitne oczy dziewczyny. Uporczywie zapierał się przed tymi instynktami w stosunku do niej, jakie były w nim naprawdę głęboko zakorzenione. Usiłował myśleć o czymś innym, nie ulegać własnym emocjom. Na dłuższą metę to było naprawdę męczące.
Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie musiał tego robić. Nie w stosunku do niej. Przy Yaxleyównie zachowywał się swobodnie. Był swoją najbardziej szczerą i naturalną wersją. Nie nosił żadnych masek, nie usiłował być kimś kim nie jest. Jasne, czasami odrobinę ją wkręcał. Podszczypywał ją, zaczepiał, nieco wodził za nos, żeby wzbudzić u niej reakcję. Zazwyczaj usiłując wywołać szerszy uśmiech na twarzy dziewczyny, jaki zazwyczaj widniał tam po wywróceniu oczami na jego niereformowalne zachowania.
- Być może zdaję sobie sprawę z tego jak mocno mnie kochasz, ale to raczej bardzo subiektywna interpretacja oparta na podstawie tego jak bardzo ja kocham ciebie - odezwał się, usiłując nadać tym słowom wyjątkowo oficjalne, może wręcz naukowe brzmienie; naukowy bełkot, pompatyczny i przesadnie skomplikowany na to, co dodał zaledwie ułamek sekundy później. - A ja cię kurewsko kocham - tak, tyle byłoby z podniosłości tej chwili.
Parsknął. Parsknął cichym śmiechem, nie ukrywając już rozbawienia ani tego, że naprawdę nie potrzebował kolejnych zapewnień o miłości. Były miłe. Cholernie miłe, kurewsko miłe, ale nie musiał tego słyszeć. Gesty mówiły same za siebie. Słowa były jedynie niewielkim, choć całkiem słodkim dodatkiem. Nigdy nie były ich głównym sposobem komunikacji.
- Chcesz zabrać się ze mną do Norwegii? - To jasne, że nic nie musiał, ale w tym wypadku po prostu musiał odpowiedzieć pytaniem na pytanie.
Znów gryząc wnętrza policzków. Ponownie odbijając spojrzenie jego dziewczyny. Raz jeszcze utrzymując z nią naprawdę przeciągły kontakt wzrokowy zanim bardzo powoli kiwnął głową. Nie proponowałby tego, gdyby nie widział jej tam u swojego boku, prawda? Nie chciał się teraz rozdzielać, nawet jeśli chodziłoby wyłącznie o niecały tydzień rozłąki. Tym bardziej, że przecież jego sprawy zawodowe nie miały mu zająć aż tylu pełnych dni.
Tak właściwie to nie było inaczej niż już zdążył zakomunikować Geraldine. Dostał rozpiskę, miał w domu plan godzinowy całego wydarzenia. Był zajęty pomiędzy ósmą a maksymalnie trzynastą trzydzieści. To sprawiało, że mieli mieć możliwość spędzania praktycznie połowy dnia na tym, co chcieli robić. Poza tym dostawali naprawdę dobre zakwaterowanie w całkiem wygodnym, jakby luksusowym miejscu. Wyżywienie także było po stronie organizatora. Mogli mieć namiastkę całkiem miłych wakacji. Coś, czego nie robili od bardzo dawna.
Oczywiście, że parsknął pod nosem na wspomnienie o szukaniu smoków. Był to jednak całkiem szczery stłumiony śmiech. Odruchowa reakcja towarzysząca pobłażliwie-czułemu spojrzeniu. Jasne, że mógł się spodziewać podobnych deklaracji. W żadnym razie nie zapomniał o tym, w jaki sposób wyglądały ich poprzednie wyjazdy. Zawsze musieli robić coś, co wymagało łażenia po lesie, wspinaczki górskiej, okazjonalnej kąpieli w jeziorze, przedzierania się przez jakieś chaszcze.
Rzecz jasna mogła to robić wtedy, kiedy on był zajęty swoimi sprawami, tyle tylko, że raczej nie w tym wypadku. Tu był haczyk, o którym poniekąd zaczął uprzedzać Rinę, ale ewidentnie był w tym niedostatecznie jasny i klarowny. Zdecydowanie musiał poprawić swoje niedomówienie. Tyle tylko, że wpierw należało, aby odniósł się do jej kolejnej, niemal natychmiastowej odpowiedzi.
Astaroth. Tak. Nie mogli zapominać o młodszym Yaxleyu. Tym bardziej, że jeszcze dzisiejszego poranka zaczęli rozmawiać o tym, co powinni zrobić w tej sprawie. Razem. Oczywiście, że nie zamierzał pozwolić sobie na to, żeby wymigać się od tej części obowiązków. Tym bardziej tylko dlatego, że miał gdzieś jakieś inne propozycje, wyjazdy, plany, które chciał zrealizować, ale wcale nie musiał tego robić.
Skoro był tutaj. Byli tuż obok siebie, przy sobie, ze sobą. Skoro podjęli decyzję o tym, aby na nowo budować wspólne życie. Na dobre i na złe, tak? Może jeszcze nie rozmawiali o tym, co tak naprawdę zdążyło się zmienić, ale przyjmowali się z całym dobrem inwentarza. To było bardziej niż jasne, toteż...
...nie dało się ukryć, że Roth bez wątpienia był częścią tego nowego pakietu, prawda? Ambroise nie zamierzał kwestionować swojej roli. Wbrew temu, o co pokłócili się w Mungu, już wcześniej usiłował ingerować w sytuację. Interesował się. Mógł mieć spinę z młodszym bratem Yaxleyówny, ale to nie oznaczało, że zamierzał być olewaszczy. Tym bardziej również po tym, co zdążył już usłyszeć.
Nie chciał, aby praca była dla niego najważniejsza. Kiedyś nie była. Był taki moment w życiu, kiedy naprawdę starał się ograniczyć zobowiązania zawodowe do niezbędnego minimum. Obecnie znowu powrócił do starych nawyków, musiał być tego świadomy. Zmiana narracji nie była tak prosta i nie miała nastąpić z dnia na dzień. Oboje potrzebowali czasu, ale przecież już ustalili, że im go nie brakuje.
Mieli przyszłość. Zamierzali ją mieć. Nie mogli kontrolować otoczenia, ale mogli korzystać z całego czasu, jaki był im przeznaczony. Zresztą zawsze to robili. Nie zwykli zaprzepaszczać godzin na coś, co nie było dla nich ważne, wartościowe czy konieczne. W tym wypadku chodziło o wszystkie trzy czynniki.
- Wyjedziemy tylko, jeśli do tego czasu uda nam się zająć twoim bratem - podkreślił spokojnie, ale dosyć zdecydowanie, kwitując to dodatkowym kiwnięciem głową. - W innym wypadku odwołam udział. Na moje miejsce znajdzie się kilka osób - to także zamierzał podkreślić, nie dając przy tym wrażenia, że nie jest zadowolony z takiej możliwości.
Wiedział, na co się pisze. Zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Jeżeli nie ta konferencja to inna. Jeżeli nie inna, to żadna. Miał do tego naprawdę jasne podejście.
- Na twoje zresztą też - dodał bez mrugnięcia okiem, powracając do tego, gdzie był pies pogrzebany. - Bo muszę cię wtedy zgłosić bardziej formalnie niż jako moją osobę - ale przedsmak tego miała poniekąd wczoraj w Mungu, prawda?
Była całkiem dobrą stażystką. Wyjątkowo ponętną...
...pojętną uczennicą. To była stosunkowo niska cena za udany wyjazd.
- Być może - przytaknął, tym razem starając się przegryźć wnętrza policzków i powstrzymać uśmiech, żeby wypaść poważniej.
W końcu to był bardzo istotny temat, o którym należało mówić całkowicie na serio. Bez unoszenia kącików ust w taki sposób, w jaki w jego przypadku odruchowo same to robiły. Bez chęci parsknięcia śmiechem na wyraz twarzy Geraldine. Jej dosyć dostrzegalne uniesienie brwi przy jednoczesnym kręceniu głową oraz to, że z całą pewnością w tym momencie zaczęła zastanawiać się nad sensem jego odpowiedzi, nawet jeśli z pewnością wiedziała, że próbował ją teraz podpuszczać.
Oczywiście, że zdawała sobie z tego sprawę. Zbyt dobrze go znała, żeby uznać to wszystko za wyraz jego niepewności. Wahanie, co do prawdziwości jej deklaracji. Tym bardziej, że jednocześnie z całą świadomością wiedział, że mógł na moment powstrzymać drżenie kącików ust, zachować pokerową twarz i tak dalej. Natomiast w żadnym razie nie był w stanie przestać wbijać w Geraldine spojrzenia, które i tak mówiło dosłownie wszystko.
Nawet nie próbował tego robić. W ostatnich miesiącach zdecydowanie zbyt wiele razy musiał ukrywać swoje prawdziwe odczucia. Odwracał wzrok, uciekał nim w inny punkt, żeby nie patrzeć w błękitne oczy dziewczyny. Uporczywie zapierał się przed tymi instynktami w stosunku do niej, jakie były w nim naprawdę głęboko zakorzenione. Usiłował myśleć o czymś innym, nie ulegać własnym emocjom. Na dłuższą metę to było naprawdę męczące.
Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie musiał tego robić. Nie w stosunku do niej. Przy Yaxleyównie zachowywał się swobodnie. Był swoją najbardziej szczerą i naturalną wersją. Nie nosił żadnych masek, nie usiłował być kimś kim nie jest. Jasne, czasami odrobinę ją wkręcał. Podszczypywał ją, zaczepiał, nieco wodził za nos, żeby wzbudzić u niej reakcję. Zazwyczaj usiłując wywołać szerszy uśmiech na twarzy dziewczyny, jaki zazwyczaj widniał tam po wywróceniu oczami na jego niereformowalne zachowania.
- Być może zdaję sobie sprawę z tego jak mocno mnie kochasz, ale to raczej bardzo subiektywna interpretacja oparta na podstawie tego jak bardzo ja kocham ciebie - odezwał się, usiłując nadać tym słowom wyjątkowo oficjalne, może wręcz naukowe brzmienie; naukowy bełkot, pompatyczny i przesadnie skomplikowany na to, co dodał zaledwie ułamek sekundy później. - A ja cię kurewsko kocham - tak, tyle byłoby z podniosłości tej chwili.
Parsknął. Parsknął cichym śmiechem, nie ukrywając już rozbawienia ani tego, że naprawdę nie potrzebował kolejnych zapewnień o miłości. Były miłe. Cholernie miłe, kurewsko miłe, ale nie musiał tego słyszeć. Gesty mówiły same za siebie. Słowa były jedynie niewielkim, choć całkiem słodkim dodatkiem. Nigdy nie były ich głównym sposobem komunikacji.
- Chcesz zabrać się ze mną do Norwegii? - To jasne, że nic nie musiał, ale w tym wypadku po prostu musiał odpowiedzieć pytaniem na pytanie.
Znów gryząc wnętrza policzków. Ponownie odbijając spojrzenie jego dziewczyny. Raz jeszcze utrzymując z nią naprawdę przeciągły kontakt wzrokowy zanim bardzo powoli kiwnął głową. Nie proponowałby tego, gdyby nie widział jej tam u swojego boku, prawda? Nie chciał się teraz rozdzielać, nawet jeśli chodziłoby wyłącznie o niecały tydzień rozłąki. Tym bardziej, że przecież jego sprawy zawodowe nie miały mu zająć aż tylu pełnych dni.
Tak właściwie to nie było inaczej niż już zdążył zakomunikować Geraldine. Dostał rozpiskę, miał w domu plan godzinowy całego wydarzenia. Był zajęty pomiędzy ósmą a maksymalnie trzynastą trzydzieści. To sprawiało, że mieli mieć możliwość spędzania praktycznie połowy dnia na tym, co chcieli robić. Poza tym dostawali naprawdę dobre zakwaterowanie w całkiem wygodnym, jakby luksusowym miejscu. Wyżywienie także było po stronie organizatora. Mogli mieć namiastkę całkiem miłych wakacji. Coś, czego nie robili od bardzo dawna.
Oczywiście, że parsknął pod nosem na wspomnienie o szukaniu smoków. Był to jednak całkiem szczery stłumiony śmiech. Odruchowa reakcja towarzysząca pobłażliwie-czułemu spojrzeniu. Jasne, że mógł się spodziewać podobnych deklaracji. W żadnym razie nie zapomniał o tym, w jaki sposób wyglądały ich poprzednie wyjazdy. Zawsze musieli robić coś, co wymagało łażenia po lesie, wspinaczki górskiej, okazjonalnej kąpieli w jeziorze, przedzierania się przez jakieś chaszcze.
Rzecz jasna mogła to robić wtedy, kiedy on był zajęty swoimi sprawami, tyle tylko, że raczej nie w tym wypadku. Tu był haczyk, o którym poniekąd zaczął uprzedzać Rinę, ale ewidentnie był w tym niedostatecznie jasny i klarowny. Zdecydowanie musiał poprawić swoje niedomówienie. Tyle tylko, że wpierw należało, aby odniósł się do jej kolejnej, niemal natychmiastowej odpowiedzi.
Astaroth. Tak. Nie mogli zapominać o młodszym Yaxleyu. Tym bardziej, że jeszcze dzisiejszego poranka zaczęli rozmawiać o tym, co powinni zrobić w tej sprawie. Razem. Oczywiście, że nie zamierzał pozwolić sobie na to, żeby wymigać się od tej części obowiązków. Tym bardziej tylko dlatego, że miał gdzieś jakieś inne propozycje, wyjazdy, plany, które chciał zrealizować, ale wcale nie musiał tego robić.
Skoro był tutaj. Byli tuż obok siebie, przy sobie, ze sobą. Skoro podjęli decyzję o tym, aby na nowo budować wspólne życie. Na dobre i na złe, tak? Może jeszcze nie rozmawiali o tym, co tak naprawdę zdążyło się zmienić, ale przyjmowali się z całym dobrem inwentarza. To było bardziej niż jasne, toteż...
...nie dało się ukryć, że Roth bez wątpienia był częścią tego nowego pakietu, prawda? Ambroise nie zamierzał kwestionować swojej roli. Wbrew temu, o co pokłócili się w Mungu, już wcześniej usiłował ingerować w sytuację. Interesował się. Mógł mieć spinę z młodszym bratem Yaxleyówny, ale to nie oznaczało, że zamierzał być olewaszczy. Tym bardziej również po tym, co zdążył już usłyszeć.
Nie chciał, aby praca była dla niego najważniejsza. Kiedyś nie była. Był taki moment w życiu, kiedy naprawdę starał się ograniczyć zobowiązania zawodowe do niezbędnego minimum. Obecnie znowu powrócił do starych nawyków, musiał być tego świadomy. Zmiana narracji nie była tak prosta i nie miała nastąpić z dnia na dzień. Oboje potrzebowali czasu, ale przecież już ustalili, że im go nie brakuje.
Mieli przyszłość. Zamierzali ją mieć. Nie mogli kontrolować otoczenia, ale mogli korzystać z całego czasu, jaki był im przeznaczony. Zresztą zawsze to robili. Nie zwykli zaprzepaszczać godzin na coś, co nie było dla nich ważne, wartościowe czy konieczne. W tym wypadku chodziło o wszystkie trzy czynniki.
- Wyjedziemy tylko, jeśli do tego czasu uda nam się zająć twoim bratem - podkreślił spokojnie, ale dosyć zdecydowanie, kwitując to dodatkowym kiwnięciem głową. - W innym wypadku odwołam udział. Na moje miejsce znajdzie się kilka osób - to także zamierzał podkreślić, nie dając przy tym wrażenia, że nie jest zadowolony z takiej możliwości.
Wiedział, na co się pisze. Zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Jeżeli nie ta konferencja to inna. Jeżeli nie inna, to żadna. Miał do tego naprawdę jasne podejście.
- Na twoje zresztą też - dodał bez mrugnięcia okiem, powracając do tego, gdzie był pies pogrzebany. - Bo muszę cię wtedy zgłosić bardziej formalnie niż jako moją osobę - ale przedsmak tego miała poniekąd wczoraj w Mungu, prawda?
Była całkiem dobrą stażystką. Wyjątkowo ponętną...
...pojętną uczennicą. To była stosunkowo niska cena za udany wyjazd.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down