20.03.2025, 18:51 ✶
- No popatrz - odmruknął zupełnie tak, jakby w jakikolwiek sposób go to dziwiło - naprawdę mamy wyjątkową zgodność - tym razem nie miał już potrzeby nazywać tego wyśmienitym, bo naprawdę zgadzali się ze sobą.
Ich oczekiwania były zbieżne. Uczucia tak samo. Powoli dążyli do osiągnięcia spokoju. Być może musieli liczyć się z koniecznością przeprowadzenia dogłębnych porządków w dawnych ustaleniach. Wyrzucenia części z nich, dostosowania pozostałych, być może wprowadzenia nowych. Mimo to, był do tego całkiem pozytywnie nastawiony. Zwłaszcza jak na siebie. Szczególnie jak na to, co ostatnio słyszał. Tym razem nie usiłował być realistą. Teraz zachowywał się po prostu błogo.
Patrzył na swoją dziewczynę, leniwie sunąc opuszką palca wskazującego po jej klatce piersiowej i powoli oddychając. Rozkoszując się tym spokojem. Senną atmosferą. Słowami padającymi spomiędzy warg jego miłości.
- Ja też - niby nie musiał tego robić, ale chciał.
Naprawdę chciał zabrać ją ze sobą na wyjazd. Pragnął to zrobić jeszcze wtedy w Mungu, powiedzieć jej, że o niczym tak nie marzył jak o powrocie do wspólnego spędzania czasu. Do wyjazdów, bycia tuż obok siebie. Wtedy czuł się naprawdę właściwie. W tym momencie nawet nie zamierzał kwestionować tego, że znalazł się na właściwym miejscu.
Należeli do siebie. Nikt inny tego nie miał. Nikt inny nie rozumiał niektórych spraw. Między innymi tego, co padło z ust Ambroisa w kolejnej chwili. Nawet się nie zawahał.
- Nie dziękuj mi za to - upomniał Geraldine, posyłając jej pobłażliwe, choć poniekąd karcące spojrzenie. - Wiesz, jakie mam podejście do tematu - nie wydawało mu się, żeby musiał przypominać to, co tak właściwie nigdy się u niego nie zmieniło.
Zawsze, od zawsze, na zawsze miało być dokładnie tak samo. Nie lubił słyszeć zbytecznych podziękowań za coś, co w istocie było dla niego wyłącznie niezbędnym minimum zaangażowania. Nie zamierzał akceptować bezcelowej wdzięczności za to, że zamierzał robić to, co bez wątpienia po prostu należało do jego obowiązków. W końcu byli partnerami, tak?
Nie po to powiedzieli te wszystkie słowa, przechodząc przez naprawdę wiele pomniejszych dyskusji, żeby teraz skapitulował, przyjmując narrację o budowaniu czegoś od nowa, ale jednocześnie migał się przed pełnym zaangażowaniem we wspólne życie.
Nie był człowiekiem tego typu. Rina nie musiała mu za nic dziękować. Nie wtedy, gdy zwyczajnie starał się wziąć na siebie część należytej odpowiedzialności za poprawę sytuacji. Bądź co bądź był to winien Astarothowi. Jego także poniekąd porzucił. Odchodząc z dnia na dzień, porzucił nie tylko wspólne życie ich dwojga. Jego i Geraldine.
Zupełnie odizolował się ze wszystkiego, co było związane z nimi. Zrezygnował z kontaktu z jej rodziną, wycofał się ze wszystkich zobowiązań związanych z byciem prywatnym (choć od lat bezpłatnym) medykiem Yaxleyów. Przy pierwszej możliwości wysłał do nich kogoś innego, mając w sobie na tyle przyzwoitości, żeby nie olać ich tak całkowicie. Porzucił większość wspólnych kontaktów, szczególnie tych, których nie musiał utrzymywać, bo nic już nie znaczyły. Nie, gdy nie było już ich dwojga.
To oznaczało również to, że nie miał zielonego pojęcia o większości wydarzeń z życia jego byłej dziewczyny. Jasne, słyszał plotki i pogłoski. Czasami musiał stanąć z nią twarzą w twarz. Tak jak wtedy podczas urodzin Fabiana. Od czasu do czasu orbitowali z dala od siebie podczas wydarzeń towarzyskich. Nie licząc tego jednego razu okrytego zasłoną milczenia.
Nie był w stanie całkowicie odciąć się od dopływu informacji. Zresztą doprowadziło to do sytuacji, w której przez wiele miesięcy zupełnie bezsensownie irytował się o i na Erika Longbottoma. Nie zamierzał za to przepraszać. Tak właściwie wyrzucił to z głowy już kilka minut po tym jak wyjaśnili sobie całe nieporozumienie. Lekkie, całkiem łagodne słowo jak na to, co w rzeczywistości wtedy czuł.
No cóż.
Nie wiedział o tym, co stało się Rothowi. Dowiedział się tego w wyjątkowo wymowny sposób, prawie okupując to kilkoma litrami krwi wyssanej wprost z tętnicy. Od tamtego wieczoru instynktownie na powrót zaangażował się w sprawę. Może samowolnie. Zdecydowanie ku irytacji Yaxleyówny, ale w tamtym momencie był skory stwierdzić, że nie chodziło o nią. On też miał relację z jej bratem.
Tyle tylko, że sytuacja była dużo bardziej skomplikowana. Oczywiście, że chodziło o Geraldine. W dalszym ciągu robił to wszystko głównie dla niej. Przynajmniej taką narrację zamierzał teraz przyjąć wewnątrz własnego umysłu, bo litowanie się nad młodym wampirem nie byłoby w jego stylu. Tak samo jak bezinteresowne okazywanie sympatii komuś, kto żywił w stosunku do niego antypatię.
Ambroise wolał nie wnikać zbyt głęboko we własne odczucia dotyczące Astarotha. Nie zamierzał przyznawać, że w dalszym ciągu w pewnym sensie żywił w stosunku do niego jakiekolwiek ciepłe odczucia. Nie będące wyłącznie zwykłą towarzyską sympatią, jaką odczuwa się w stosunku do starego znajomego albo dawnego pacjenta. Gdzieś tam z tyłu głowy w dalszym ciągu pamiętał ten okres, kiedy niemal stali się rodziną.
Poniekąd praktycznie już nią byli. Pierścionek czy nie, obrączki, formalności. Wielka biba na miarę czystokrwistej elity, której wyjątkowo nie chciał, ale bez której nie byliby wtedy w stanie się obejść. W pewnym sensie to właśnie to było dla niego największym mimowolnym blokerem. Ryglem w drzwiach do wspólnej oficjalnej przyszłości. Potrafił brylować na salonach, umiał zachować się w towarzystwie, teoretycznie nie miałby najmniejszego problemu ze znalezieniem się w centrum uwagi.
Tyle tylko, że nie chciał tego dla nich. Ich związek zawsze był zupełnie inny. Nie kryli się z nim. Nawet nie pomyślałby o tym, żeby chować się z byciem razem. Przynajmniej po tym jak wydostali się poza te sztuczne ramy, bo wcześniej zdecydowanie zachowywał się jak jej chłopak, tyle tylko, że nazywali się najlepszymi przyjaciółmi. Od samego początku jasno przedstawiał Rinę jako swoją dziewczynę. Kogoś, z kim planował wspólne życie.
To, aby jasno się określić nie było problemem. Poniekąd było nim to, że Ambroise nigdy nie potrzebował publicznego poklasku. Nie w przypadku jego związku. Nie chciał robić szopki wokół tego, co ich łączyło. Udawać, grać, zachowywać się tak, żeby cieszyć gawiedź. Zabawiać towarzystwo podczas jednego z najważniejszych dni w ich życiu. Nie życiach otoczenia.
Przy Geraldine zawsze był szczery i podświadomie nader wszystko pragnął taki pozostać wtedy, kiedy ostatecznie mieliby łączyć swoje życie. Tyle tylko, że nie mógł tego zrobić jednocześnie starając się dopasować do oczekiwań stawianych młodym podczas wydarzeń towarzyskich tego typu. To go irytowało, to sprawiało, że przez wiele lat zwlekał. Nie chciał przyjęcia zaręczynowego, kolejnych lunchów, balów, wielkiej fety zwieńczonej jeszcze większą ślubną szopką.
Zdecydowanie wolałby to zrobić dużo bardziej kameralnie. W bardzo wąskim gronie istotnych ludzi. We dwoje. Bez potrzeby pilnowania się, zachowywania konwenansów. Tym bardziej, że już i tak nie żyli zbyt standardowo. Nie postępowali zgodnie z tradycją. Przez wiele lat dzielili mieszkanie, sypiali w jednym łóżku, zajmowali się sobą w ten najbardziej intymny sposób. Nie czekali z tym do zaręczyn ani do ślubu.
Teraz też bez chwili wahania znaleźli się w swoich ramionach. Leżeli nago w łóżku. W dalszym ciągu obdarzali się tymi wszystkimi drobnymi pieszczotami. Dotykiem palców, ciepłem oddechu, czułym spojrzeniem. Byli blisko. Tak blisko jak to możliwe. Nie chciałby musieć udawać, że nie wzbudzała w nim tych wszystkich uczuć. Pilnować każdego ruchu i słowa, żeby nie popełnić żadnego faux pas. Nie daj, Merlinie, gorsząc towarzystwo niewłaściwie sformułowanym zdaniem w przesadnie pompatycznej mowie weselnej.
Byli swoi na długo przed tym. W ostatnich latach mniej fizycznie, ale w dalszym ciągu ją kochał. Tęsknił za nią. Szukał jej wzrokiem w tłumie. Nawet, jeśli chwilę później słali sobie przez to lodowate spojrzenia.
Tak zupełnie inne od tych teraz.
- Chcę - odpowiedział bez większego zawahania, pozwalając sobie na to, aby postawić sprawę bardzo jasno. - Jesteśmy w tym razem. Może tylko bez usranej śmierci. Wolałbym pominąć ten fragment - tak, teoretycznie to też było ich.
Ten fragment bez wątpienia dosyć często przewijał się w deklaracjach, jakie sobie składali, ale w tym momencie, skoro już wprowadzali zmiany, mogli pokusić się o wyrzucenie tego dodatku. Po tym wszystkim, co się stało raczej zasługiwali na całkiem spokojne, niezłe życie (no, na tyle, na ile) i przyzwoitą śmierć w podeszłym wieku. Tak, to zdecydowanie lepiej by mu pasowało.
A przecież teraz nie musieli myśleć w logicznych kategoriach. Teraz tak zwyczajnie leżeli w dwóch ramionach w miękkiej pościeli i snuli bardzo powolne, raczej dosyć mile brzmiące plany. Przynajmniej z wyłączeniem tych dotyczących Astarotha. Tu musieli przygotować się na całkiem sporo wyzwań.
Mimo to, Ambroise liczył, że uda się to zrobić przed datą wyjazdu do Norwegii. Naprawdę chciał mieć dla nich ten tydzień. Zajmować się realizacją planów, ale też przede wszystkim móc pokręcić się po tamtejszych lasach. Tak. Nawet szukając w nich smoków. Wszystko, żeby uszczęśliwić Geraldine. Szczególnie, że i ona szła mu przecież na rękę z tą asystą.
- Kiedy tak to ujmujesz, brzmi to... ...kontrowersyjnie - odmruknął, unosząc przy tym brew i przesuwając palcem wolnej dłoni przez sam środek piersi dziewczyny; zatrzymując się na chwilę i wiodąc nim ponownie w dół. - Podoba mi się - nie musiał mówić, czemu, prawda?
Nie dalej jak kilka dni temu również padło między nimi coś bardzo zbliżonego. Tyle tylko, że w stosunku do niego. Wtedy zareagował dokładnie tak samo. Zdecydowanie mogła być jego asystentką, szczególnie w takim wydaniu. To nie było przecież aż tak niecodzienne.
- Choć nie wiem, czy nie cofną mi licencji - dodał cicho, posyłając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Yaxleyówny i mrugając do niej jednym okiem. - Więc cichosza, wiesz. Będziesz musiała trzymać ręce przy sobie - zaznaczył zupełnie tak, jakby to ona miała z tym naczelny problem.
No, bo w końcu on go nie miał, prawda? Jego ręce były na bardzo właściwym miejscu. Najwłaściwszym.
Ich oczekiwania były zbieżne. Uczucia tak samo. Powoli dążyli do osiągnięcia spokoju. Być może musieli liczyć się z koniecznością przeprowadzenia dogłębnych porządków w dawnych ustaleniach. Wyrzucenia części z nich, dostosowania pozostałych, być może wprowadzenia nowych. Mimo to, był do tego całkiem pozytywnie nastawiony. Zwłaszcza jak na siebie. Szczególnie jak na to, co ostatnio słyszał. Tym razem nie usiłował być realistą. Teraz zachowywał się po prostu błogo.
Patrzył na swoją dziewczynę, leniwie sunąc opuszką palca wskazującego po jej klatce piersiowej i powoli oddychając. Rozkoszując się tym spokojem. Senną atmosferą. Słowami padającymi spomiędzy warg jego miłości.
- Ja też - niby nie musiał tego robić, ale chciał.
Naprawdę chciał zabrać ją ze sobą na wyjazd. Pragnął to zrobić jeszcze wtedy w Mungu, powiedzieć jej, że o niczym tak nie marzył jak o powrocie do wspólnego spędzania czasu. Do wyjazdów, bycia tuż obok siebie. Wtedy czuł się naprawdę właściwie. W tym momencie nawet nie zamierzał kwestionować tego, że znalazł się na właściwym miejscu.
Należeli do siebie. Nikt inny tego nie miał. Nikt inny nie rozumiał niektórych spraw. Między innymi tego, co padło z ust Ambroisa w kolejnej chwili. Nawet się nie zawahał.
- Nie dziękuj mi za to - upomniał Geraldine, posyłając jej pobłażliwe, choć poniekąd karcące spojrzenie. - Wiesz, jakie mam podejście do tematu - nie wydawało mu się, żeby musiał przypominać to, co tak właściwie nigdy się u niego nie zmieniło.
Zawsze, od zawsze, na zawsze miało być dokładnie tak samo. Nie lubił słyszeć zbytecznych podziękowań za coś, co w istocie było dla niego wyłącznie niezbędnym minimum zaangażowania. Nie zamierzał akceptować bezcelowej wdzięczności za to, że zamierzał robić to, co bez wątpienia po prostu należało do jego obowiązków. W końcu byli partnerami, tak?
Nie po to powiedzieli te wszystkie słowa, przechodząc przez naprawdę wiele pomniejszych dyskusji, żeby teraz skapitulował, przyjmując narrację o budowaniu czegoś od nowa, ale jednocześnie migał się przed pełnym zaangażowaniem we wspólne życie.
Nie był człowiekiem tego typu. Rina nie musiała mu za nic dziękować. Nie wtedy, gdy zwyczajnie starał się wziąć na siebie część należytej odpowiedzialności za poprawę sytuacji. Bądź co bądź był to winien Astarothowi. Jego także poniekąd porzucił. Odchodząc z dnia na dzień, porzucił nie tylko wspólne życie ich dwojga. Jego i Geraldine.
Zupełnie odizolował się ze wszystkiego, co było związane z nimi. Zrezygnował z kontaktu z jej rodziną, wycofał się ze wszystkich zobowiązań związanych z byciem prywatnym (choć od lat bezpłatnym) medykiem Yaxleyów. Przy pierwszej możliwości wysłał do nich kogoś innego, mając w sobie na tyle przyzwoitości, żeby nie olać ich tak całkowicie. Porzucił większość wspólnych kontaktów, szczególnie tych, których nie musiał utrzymywać, bo nic już nie znaczyły. Nie, gdy nie było już ich dwojga.
To oznaczało również to, że nie miał zielonego pojęcia o większości wydarzeń z życia jego byłej dziewczyny. Jasne, słyszał plotki i pogłoski. Czasami musiał stanąć z nią twarzą w twarz. Tak jak wtedy podczas urodzin Fabiana. Od czasu do czasu orbitowali z dala od siebie podczas wydarzeń towarzyskich. Nie licząc tego jednego razu okrytego zasłoną milczenia.
Nie był w stanie całkowicie odciąć się od dopływu informacji. Zresztą doprowadziło to do sytuacji, w której przez wiele miesięcy zupełnie bezsensownie irytował się o i na Erika Longbottoma. Nie zamierzał za to przepraszać. Tak właściwie wyrzucił to z głowy już kilka minut po tym jak wyjaśnili sobie całe nieporozumienie. Lekkie, całkiem łagodne słowo jak na to, co w rzeczywistości wtedy czuł.
No cóż.
Nie wiedział o tym, co stało się Rothowi. Dowiedział się tego w wyjątkowo wymowny sposób, prawie okupując to kilkoma litrami krwi wyssanej wprost z tętnicy. Od tamtego wieczoru instynktownie na powrót zaangażował się w sprawę. Może samowolnie. Zdecydowanie ku irytacji Yaxleyówny, ale w tamtym momencie był skory stwierdzić, że nie chodziło o nią. On też miał relację z jej bratem.
Tyle tylko, że sytuacja była dużo bardziej skomplikowana. Oczywiście, że chodziło o Geraldine. W dalszym ciągu robił to wszystko głównie dla niej. Przynajmniej taką narrację zamierzał teraz przyjąć wewnątrz własnego umysłu, bo litowanie się nad młodym wampirem nie byłoby w jego stylu. Tak samo jak bezinteresowne okazywanie sympatii komuś, kto żywił w stosunku do niego antypatię.
Ambroise wolał nie wnikać zbyt głęboko we własne odczucia dotyczące Astarotha. Nie zamierzał przyznawać, że w dalszym ciągu w pewnym sensie żywił w stosunku do niego jakiekolwiek ciepłe odczucia. Nie będące wyłącznie zwykłą towarzyską sympatią, jaką odczuwa się w stosunku do starego znajomego albo dawnego pacjenta. Gdzieś tam z tyłu głowy w dalszym ciągu pamiętał ten okres, kiedy niemal stali się rodziną.
Poniekąd praktycznie już nią byli. Pierścionek czy nie, obrączki, formalności. Wielka biba na miarę czystokrwistej elity, której wyjątkowo nie chciał, ale bez której nie byliby wtedy w stanie się obejść. W pewnym sensie to właśnie to było dla niego największym mimowolnym blokerem. Ryglem w drzwiach do wspólnej oficjalnej przyszłości. Potrafił brylować na salonach, umiał zachować się w towarzystwie, teoretycznie nie miałby najmniejszego problemu ze znalezieniem się w centrum uwagi.
Tyle tylko, że nie chciał tego dla nich. Ich związek zawsze był zupełnie inny. Nie kryli się z nim. Nawet nie pomyślałby o tym, żeby chować się z byciem razem. Przynajmniej po tym jak wydostali się poza te sztuczne ramy, bo wcześniej zdecydowanie zachowywał się jak jej chłopak, tyle tylko, że nazywali się najlepszymi przyjaciółmi. Od samego początku jasno przedstawiał Rinę jako swoją dziewczynę. Kogoś, z kim planował wspólne życie.
To, aby jasno się określić nie było problemem. Poniekąd było nim to, że Ambroise nigdy nie potrzebował publicznego poklasku. Nie w przypadku jego związku. Nie chciał robić szopki wokół tego, co ich łączyło. Udawać, grać, zachowywać się tak, żeby cieszyć gawiedź. Zabawiać towarzystwo podczas jednego z najważniejszych dni w ich życiu. Nie życiach otoczenia.
Przy Geraldine zawsze był szczery i podświadomie nader wszystko pragnął taki pozostać wtedy, kiedy ostatecznie mieliby łączyć swoje życie. Tyle tylko, że nie mógł tego zrobić jednocześnie starając się dopasować do oczekiwań stawianych młodym podczas wydarzeń towarzyskich tego typu. To go irytowało, to sprawiało, że przez wiele lat zwlekał. Nie chciał przyjęcia zaręczynowego, kolejnych lunchów, balów, wielkiej fety zwieńczonej jeszcze większą ślubną szopką.
Zdecydowanie wolałby to zrobić dużo bardziej kameralnie. W bardzo wąskim gronie istotnych ludzi. We dwoje. Bez potrzeby pilnowania się, zachowywania konwenansów. Tym bardziej, że już i tak nie żyli zbyt standardowo. Nie postępowali zgodnie z tradycją. Przez wiele lat dzielili mieszkanie, sypiali w jednym łóżku, zajmowali się sobą w ten najbardziej intymny sposób. Nie czekali z tym do zaręczyn ani do ślubu.
Teraz też bez chwili wahania znaleźli się w swoich ramionach. Leżeli nago w łóżku. W dalszym ciągu obdarzali się tymi wszystkimi drobnymi pieszczotami. Dotykiem palców, ciepłem oddechu, czułym spojrzeniem. Byli blisko. Tak blisko jak to możliwe. Nie chciałby musieć udawać, że nie wzbudzała w nim tych wszystkich uczuć. Pilnować każdego ruchu i słowa, żeby nie popełnić żadnego faux pas. Nie daj, Merlinie, gorsząc towarzystwo niewłaściwie sformułowanym zdaniem w przesadnie pompatycznej mowie weselnej.
Byli swoi na długo przed tym. W ostatnich latach mniej fizycznie, ale w dalszym ciągu ją kochał. Tęsknił za nią. Szukał jej wzrokiem w tłumie. Nawet, jeśli chwilę później słali sobie przez to lodowate spojrzenia.
Tak zupełnie inne od tych teraz.
- Chcę - odpowiedział bez większego zawahania, pozwalając sobie na to, aby postawić sprawę bardzo jasno. - Jesteśmy w tym razem. Może tylko bez usranej śmierci. Wolałbym pominąć ten fragment - tak, teoretycznie to też było ich.
Ten fragment bez wątpienia dosyć często przewijał się w deklaracjach, jakie sobie składali, ale w tym momencie, skoro już wprowadzali zmiany, mogli pokusić się o wyrzucenie tego dodatku. Po tym wszystkim, co się stało raczej zasługiwali na całkiem spokojne, niezłe życie (no, na tyle, na ile) i przyzwoitą śmierć w podeszłym wieku. Tak, to zdecydowanie lepiej by mu pasowało.
A przecież teraz nie musieli myśleć w logicznych kategoriach. Teraz tak zwyczajnie leżeli w dwóch ramionach w miękkiej pościeli i snuli bardzo powolne, raczej dosyć mile brzmiące plany. Przynajmniej z wyłączeniem tych dotyczących Astarotha. Tu musieli przygotować się na całkiem sporo wyzwań.
Mimo to, Ambroise liczył, że uda się to zrobić przed datą wyjazdu do Norwegii. Naprawdę chciał mieć dla nich ten tydzień. Zajmować się realizacją planów, ale też przede wszystkim móc pokręcić się po tamtejszych lasach. Tak. Nawet szukając w nich smoków. Wszystko, żeby uszczęśliwić Geraldine. Szczególnie, że i ona szła mu przecież na rękę z tą asystą.
- Kiedy tak to ujmujesz, brzmi to... ...kontrowersyjnie - odmruknął, unosząc przy tym brew i przesuwając palcem wolnej dłoni przez sam środek piersi dziewczyny; zatrzymując się na chwilę i wiodąc nim ponownie w dół. - Podoba mi się - nie musiał mówić, czemu, prawda?
Nie dalej jak kilka dni temu również padło między nimi coś bardzo zbliżonego. Tyle tylko, że w stosunku do niego. Wtedy zareagował dokładnie tak samo. Zdecydowanie mogła być jego asystentką, szczególnie w takim wydaniu. To nie było przecież aż tak niecodzienne.
- Choć nie wiem, czy nie cofną mi licencji - dodał cicho, posyłając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Yaxleyówny i mrugając do niej jednym okiem. - Więc cichosza, wiesz. Będziesz musiała trzymać ręce przy sobie - zaznaczył zupełnie tak, jakby to ona miała z tym naczelny problem.
No, bo w końcu on go nie miał, prawda? Jego ręce były na bardzo właściwym miejscu. Najwłaściwszym.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down