21.03.2025, 01:43 ✶
Słowa Geraldine z pewnością były względnie prawdziwe. Nie mógł jej tego odmówić. Tyle tylko, że jednocześnie nie potrafił przyznać jej stuprocentowej racji, toteż wyłącznie wzruszył ramionami. Dosyć pokracznie, patrząc na to, że nadal trzymał jedną rękę pod głową dziewczyny. Opierając się na drugim łokciu i trzymając wolną rękę między jej piersiami, nie miał zbyt dużego pola do manewru. Mimo to niewiele sobie robił z tego, że niespecjalnie mu to wyszło. Z pewnością wiedziała, co usiłował zrobić. W końcu doskonale go znała.
Wiedziała zatem, że nie zamierzał tolerować smoczego łajna, jakim było to, co teraz robiła. Nie musiał jej o tym przypominać. Mimo to poczuł się zobowiązany. Powinna przywyknąć do tego jego dosyć specyficznego podejścia (zwłaszcza jak na kogoś sprawiającego wrażenie, jakby po prostu uwielbiał być adorowany), bo nie zamierzał iść na kompromisy akurat pod tym względem. Jeśli nie robił nic szczególnego, nie musiała mu za nic dziękować.
- Tego czego? - Odparował bez zastanowienia, uśmiechając się przy tym pod nosem.
Tak, ponownie to robił. Podpuszczał ją. Zadawał głupie pytania tylko po to, żeby zobaczyć przekorny błysk w oczach Geraldine. Ciągnął ją za język, oczekując nazwania wprost czegoś, odnośnie czego istoty i tak się orientował. Znał ją. Dobrze wiedział, co miała na myśli, kiedy powiedziała te słowa. Tyle tylko, że nie zamierzał jej nic ułatwiać.
Zamiast tego pozostawał tą wyjątkowo rozleniwioną, ale przy okazji dosyć upierdliwą wersją siebie. Raz po raz wykorzystując okazję, bo skoro już rozmawiali...
...naprawdę lubił słuchać głosu jego dziewczyny. Barwy jej tonu. Pauz, które robiła. Miękkości, rozluźnienia w tym, w jaki sposób formułowała wypowiedzi. Był zmęczony, może trochę śpiący, więc działało to na niego naprawdę kojąco. Czuł się spełniony, wodząc palcami po skórze Yaxleyówny. Góra, dół, góra. Obrysowując krągłości jej biodra i miejsca, w którym udo przechodziło w pośladek. Ten cholernie atrakcyjny pośladek. Ten...
...nadgryziony? pośladek. To było coś zupełnie nowego. Nie to, że wcześniej tego nie dostrzegł. Zauważył to już pierwszego wspólnego poranka. Tyle tylko, że w tym subtelnym świetle wyglądało to znacznie bardziej intrygująco. Zmrużył oczy, wbijając wzrok w jej odsłonięte ciało.
- Czemu podpadłaś? - Spytał pobłażliwie, biorąc przy tym wdech i nieznacznie mocniej unosząc prawy kącik ust.
Nie pytał komu, bo to nie wyglądało tak, jakby upierdolił ją ktoś poza nim dzisiaj. A jego ślady wyglądały zupełnie inaczej. Koncentrowały się raczej wokół jej dekoltu i szyi. Prezentowały się wyjątkowo dobrze, bardzo satysfakcjonująco. Raczej nie były bliznami w kształcie sugerującym udział materii nieożywionej. Na zwierzęce też to nie wyglądało, nawet jeśli miało lekki kształt półksiężyca, ugryzienia.
Zmiany. Czegoś, co zdecydowanie pokazywało upływ czasu tak jak jego własne ślady na ciele. Oboje je mieli. Wyglądali inaczej.
Czasami łapał się na tych wszystkich myślach dotyczących przyszłości, której ze sobą nie mieli. Nie było im to dane. Zbyt wiele razy po drodze napotkali kolejne trudności uniemożliwiające im zostanie oficjalną rodziną. Bowiem prawdziwą już byli, nie dało się temu zaprzeczyć. Przed laty tworzyli wspólny dom, żyli ze sobą, nie obok siebie. W znacznej mierze zachowywali się nie tylko jak zwykła para, ale jak małżeństwo.
Nawet w Mungu zawsze traktowano ją znacznie bardziej jak jego formalną kobietę aniżeli wyłącznie partnerkę. Przymykano oczy na brak oficjalnych dokumentów. Być może w większości przez to, że był tam wieloletnim szanowanym pracownikiem. Prawdopodobnie w znacznej części dlatego nikt nigdy nie przyczepił się do niej o korzystanie z przejść służbowych albo te bardzo nieliczne wizyty po oficjalnych godzinach otwarcia oddziału. Była uwzględniana w zaproszeniach, które dostawał. Z imienia i nazwiska, nie jako osoba towarzysząca. Traktowano ich jak wszystkie inne małżeństwa.
Dzięki temu mógł podejmować decyzje po tamtych wydarzeniach w Dolinie Godryka. Miał pełen dostęp do dokumentacji. Pozwolono mu przez cały czas czuwać przy łóżku Geraldine. Być z nią, rozmawiać na tematy, przy których ona sama mogłaby poczuć się zagubiona. Czy to przez formalny język, z jakiego korzystano, czy także skutki tamtego drastycznego zaklęcia.
W gruncie rzeczy poniekąd wpadli w pułapkę, o której nigdy wcześniej by nie pomyślał. Dopiero po pewnym czasie zauważył to, co tak naprawdę się stało. Było im wygodnie. Nie dało się tego nie zauważyć. Nie mógł temu zaprzeczyć. Żyli całkowicie na własnych zasadach. Nikt nigdy nie wchodził im z butami w to, co wspólnie tworzyli. Ich rodziny były dostatecznie zadowolone z takiego obrotu spraw, jaki wywiązał się wtedy w maju tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku. Tym, że po prostu postanowili porzucić stan singielski na rzecz wieloletniego związku.
Prawdopodobnie jedna i druga strona liczyła na to, że prędzej niż później postanowią zawrzeć związek małżeński. Z początku nawet padło kilka pytań o ich długofalowe plany. W końcu nie bez powodu stworzyli wtedy tę całą śpiewkę o jesiennych zaręczynach i zimowym ślubie. Kiedy jednak upłynęło kilka lat i do niczego takiego nie doszło a oni po prostu wiernie trwali u swojego boku, temat ucichł.
Z dużym prawdopodobieństwem miało to związek ze świadomością, że przymuszanie ich obojga do czegokolwiek nie miało najmniejszego sensu. Potrzebowali sami podjąć tę decyzję. Tyle tylko, że nawet wtedy, gdy wydawało się, że została podjęta i należało wyłącznie wcielić ją w życie...
...nie zrobili tego. Nie doszli do wniosku, że potrzebują to zrobić. Nie wtedy po raz pierwszy. Później nie po raz drugi. Doskonale pamiętał obie te sytuacje, nawet jeśli przy jednej mogło jej się zdawać, że zupełnie bredził, mieszając nie tylko słowa, lecz także języki. Ugodziło go tamto ostatnie niezrozumienie. Może bardziej niż byłby w stanie przyznać, więc przez kilka kolejnych lat nie kwapił się do powtórnej próby.
Aż do pamiętnego końca lata. Tak właściwie to do jesieni. W pewnym sensie uznał to za całkiem wymowne. Może nawet na swój sposób romantyczne, bo oto rzeczywiście chciał wcielić w życie te pierwotne ustalenia. Listopadowe zaręczyny, ślub na przełomie stycznia i lutego. Wyjazd na miesiąc miodowy w Alpach. Przytulna chatka, śnieg i długie, żarliwe wieczory przy kominku.
W tym momencie jeszcze nie czuł goryczy. Nie powróciła do niego tamta gorzka świadomość, którą odczuł wtedy, gdy kłócili się ze sobą pierwszego dnia w Piaskownicy. Odkrycie, że byli zupełnie na tym samym etapie, nawet nie musząc o tym rozmawiać. Dwa lata temu pragnęli dokładnie tego samego. Chcieli dla siebie tych trwałych zmian. Byli wyjątkowo blisko stania się formalną rodziną a potem...
...to też byłaby ich obecna rzeczywistość. Do tej pory z pewnością doczekaliby się powiększenia stada. Mieliby nie tylko syna chrzestnego, ale i własne dziecko. Kto wie, może nawet dzieci? Nie musieliby przechodzić przez te wszystkie perturbacje. Z pewnością mieliby trudności i problemy, bowiem od tego nie dało się uciec.
Oboje mieli tendencje do ściągania na siebie kłopotów. Przyciągali je jak magnes. Nie byli łatwymi ludźmi, pewnie przyszłoby im przejść przez wiele dyskusji. Niezliczone spięcia i kłótnie. Rozmowy w pewnym stopniu zbliżone do tych, które należało, by obecnie przeprowadzili. Musieliby przearanżować swoje życie. To było pewne, ale jednocześnie...
...może mieliby w sobie więcej tej wewnętrznej siły? Dodatkowe pokłady samozaparcia do walki z przeciwnościami losu. Bo choć teoretycznie oboje byli już wyjątkowo uparci, tamten parszywy okres pokazał, gdzie popełniono błąd. Dokładnie tam. Rozsypali się w pył i popiół przez to, że nigdy nie dążyli do tradycyjnego życia. To było wyjątkowo ironiczne.
I nie. Nie kochałby jej bardziej po ślubie. Tak jak nie kochał jej mniej bez pierścionka na palcu. Tak jak nie kochałby jej mocniej po tym jak w ich życiu pojawiłyby się dzieci. Czy słabiej, gdy ich ze sobą nie mieli. Nie na tym polegała ta pokrętna logika. Chodziło raczej o to, co siedziało naprawdę głęboko w nim. Świadomość tego, że pewne decyzje są nieodwracalne.
Gdyby posunęli się tak daleko, żeby zrobić pierwszą z tych rzeczy lub obie (kolejność zdecydowanie miała dla niego znaczenie), nie odszedłby bez słowa. Nie uznałby wewnętrznej narracji o zwracaniu Rinie wolności. Nie oznaczało to, że nie byłby równie zamotany i zagubiony jak wtedy. Czy że bardziej by o nich walczył.
Nie wiedział, jakby to wyglądało. Czy wyszłoby im to na dobre, czy na złe. Czy byliby teraz szczęśliwi. A może wręcz przeciwnie, bo ta rozłąka miała dać im lekcję. Wiedział, że nie podjąłby tamtej decyzji. Nie mógłby tego zrobić. Rzeczywiście byliby ze sobą do śmierci. Podświadomie obawiał się, że niestety w tamtym przypadku usranej.
- Całkiem mi to pasuje - oparł, przytakując na tę nową wersję, która nie uwzględniała już żadnych wspominek śmierci.
Wcale nie potrzebowali o tym mówić. Nie musieli (bo nic nie musieli, to nadal zostawało) uciekać się do aż tak ponurych zapewnień podszytych świadomością, że prędzej czy później ta śmierć faktycznie ich rozłączy. Zdecydowanie dużo bardziej pasowało mu długie i satysfakcjonujące życie u boku kogoś, kto rozumiał go jak nikt inny.
Być może musiał odrobinę zweryfikować kilka informacji, które mieli na swój temat. Ale w gruncie rzeczy mieli na to czas. Naprawdę dużo czasu. Zarówno teraz, jak i podczas wyjazdu zagranicę czy też nawet w letnim domu Lestrange'ów, do którego mieli wybrać się w celu odtruwania Rotha.
Skoro odrzucili od siebie konieczność unikania się nawzajem przez okres, jaki planowali spędzić w Exmoor, nie musieli wyjątkowo spieszyć się z poznawaniem się na nowo. No, może poza kilkoma niezbędnymi rozmowami, jakie po prostu musieli przeprowadzić.
- Wtedy oboje musielibyśmy mierzyć się z konsekwencjami - zauważył, rzucając w nią niepoważnym spojrzeniem i uderzając językiem o podniebienie; wymownie. - Przynajmniej połowa moich pracodawców nie wymaga licencji - no, niekoniecznie brzmiało to jak pocieszenie, ale nie dało się ukryć, że tak wyglądają fakty.
Na Nokturnie czy Ścieżkach nie trzeba było świecić papierami. Wystarczył twardy fach w ręku. Umiejętności radzenia sobie ze zleceniami, nie gadania o otrzymanym wykształceniu. Poza tym dobrze, że nie siedział jej teraz w głowie. Niechybnie skwitowałby to wszystko dodatkowym parsknięciem.
Nie rozwalała mu jego stabilności. Ona nią była. Bez niej sam się sypał. Podejmował głupie decyzje. Dogłębnie się zatracał, ranił sam siebie, popadał w niezdrowe skłonności. Nie mając, do kogo wracać, nie mając domu ani kogoś, kto czekałby tam na niego...
...nie byle kogo. Jednej jedynej osoby, którą widział w tej roli...
...nie był stabilny. Mógł wyłącznie usiłować sprawiać takie wrażenie. W rzeczywistości było z nim gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet wtedy zanim znaleźli się w tłumie ludzi, wyciągając ku sobie dłoń i postanawiając związać ze sobą życie. Wtedy był cyniczny. Nie wierzył w miłość i zdecydowanie jej nie potrzebował. Obecnie był zgorzkniały. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co miał i stracił. To było znacznie gorsze.
Nie chciał dłużej żyć w ten sposób. Nie, gdy mogli znaleźć się ponownie obok siebie. Być szczęśliwi. Może trochę niereformowalni. Coraz bardziej zaczepni. Na swój sposób szczeniaccy tak jak kiedyś. To chyba też nadal w nich było, ale to mu odpowiadało. Lubił słyszeć podobne słowa. Szczególnie, że miał pewność, że nie próbowała go okłamywać. Obojgu trudno przychodził ten dystans, ta neutralność. W końcu nawet teraz w dalszym ciągu zaczepiał ją opuszkami palców sunącymi po skórze i raczej całkiem znaczącymi spojrzeniami.
Zaczynali być w formie.
- Wiem - przyznał bez skrępowania, nawiązując z nią kolejny przeciągły kontakt wzrokowy. - Masz szczęście, że daję ci się molestować. Choć, gdy już zostaniesz moją asystentką - urwał, aby zbudować napięcie, mrużąc przy tym oczy - nie wiem, czy nie będę zmuszony zgłosić tego do kadr - no, bo przecież był służbistą, tak?
Sama to widziała. Sama mu to sugerowała. Bardzo poważnie podchodził do swojej pracy.
Wiedziała zatem, że nie zamierzał tolerować smoczego łajna, jakim było to, co teraz robiła. Nie musiał jej o tym przypominać. Mimo to poczuł się zobowiązany. Powinna przywyknąć do tego jego dosyć specyficznego podejścia (zwłaszcza jak na kogoś sprawiającego wrażenie, jakby po prostu uwielbiał być adorowany), bo nie zamierzał iść na kompromisy akurat pod tym względem. Jeśli nie robił nic szczególnego, nie musiała mu za nic dziękować.
- Tego czego? - Odparował bez zastanowienia, uśmiechając się przy tym pod nosem.
Tak, ponownie to robił. Podpuszczał ją. Zadawał głupie pytania tylko po to, żeby zobaczyć przekorny błysk w oczach Geraldine. Ciągnął ją za język, oczekując nazwania wprost czegoś, odnośnie czego istoty i tak się orientował. Znał ją. Dobrze wiedział, co miała na myśli, kiedy powiedziała te słowa. Tyle tylko, że nie zamierzał jej nic ułatwiać.
Zamiast tego pozostawał tą wyjątkowo rozleniwioną, ale przy okazji dosyć upierdliwą wersją siebie. Raz po raz wykorzystując okazję, bo skoro już rozmawiali...
...naprawdę lubił słuchać głosu jego dziewczyny. Barwy jej tonu. Pauz, które robiła. Miękkości, rozluźnienia w tym, w jaki sposób formułowała wypowiedzi. Był zmęczony, może trochę śpiący, więc działało to na niego naprawdę kojąco. Czuł się spełniony, wodząc palcami po skórze Yaxleyówny. Góra, dół, góra. Obrysowując krągłości jej biodra i miejsca, w którym udo przechodziło w pośladek. Ten cholernie atrakcyjny pośladek. Ten...
...nadgryziony? pośladek. To było coś zupełnie nowego. Nie to, że wcześniej tego nie dostrzegł. Zauważył to już pierwszego wspólnego poranka. Tyle tylko, że w tym subtelnym świetle wyglądało to znacznie bardziej intrygująco. Zmrużył oczy, wbijając wzrok w jej odsłonięte ciało.
- Czemu podpadłaś? - Spytał pobłażliwie, biorąc przy tym wdech i nieznacznie mocniej unosząc prawy kącik ust.
Nie pytał komu, bo to nie wyglądało tak, jakby upierdolił ją ktoś poza nim dzisiaj. A jego ślady wyglądały zupełnie inaczej. Koncentrowały się raczej wokół jej dekoltu i szyi. Prezentowały się wyjątkowo dobrze, bardzo satysfakcjonująco. Raczej nie były bliznami w kształcie sugerującym udział materii nieożywionej. Na zwierzęce też to nie wyglądało, nawet jeśli miało lekki kształt półksiężyca, ugryzienia.
Zmiany. Czegoś, co zdecydowanie pokazywało upływ czasu tak jak jego własne ślady na ciele. Oboje je mieli. Wyglądali inaczej.
Czasami łapał się na tych wszystkich myślach dotyczących przyszłości, której ze sobą nie mieli. Nie było im to dane. Zbyt wiele razy po drodze napotkali kolejne trudności uniemożliwiające im zostanie oficjalną rodziną. Bowiem prawdziwą już byli, nie dało się temu zaprzeczyć. Przed laty tworzyli wspólny dom, żyli ze sobą, nie obok siebie. W znacznej mierze zachowywali się nie tylko jak zwykła para, ale jak małżeństwo.
Nawet w Mungu zawsze traktowano ją znacznie bardziej jak jego formalną kobietę aniżeli wyłącznie partnerkę. Przymykano oczy na brak oficjalnych dokumentów. Być może w większości przez to, że był tam wieloletnim szanowanym pracownikiem. Prawdopodobnie w znacznej części dlatego nikt nigdy nie przyczepił się do niej o korzystanie z przejść służbowych albo te bardzo nieliczne wizyty po oficjalnych godzinach otwarcia oddziału. Była uwzględniana w zaproszeniach, które dostawał. Z imienia i nazwiska, nie jako osoba towarzysząca. Traktowano ich jak wszystkie inne małżeństwa.
Dzięki temu mógł podejmować decyzje po tamtych wydarzeniach w Dolinie Godryka. Miał pełen dostęp do dokumentacji. Pozwolono mu przez cały czas czuwać przy łóżku Geraldine. Być z nią, rozmawiać na tematy, przy których ona sama mogłaby poczuć się zagubiona. Czy to przez formalny język, z jakiego korzystano, czy także skutki tamtego drastycznego zaklęcia.
W gruncie rzeczy poniekąd wpadli w pułapkę, o której nigdy wcześniej by nie pomyślał. Dopiero po pewnym czasie zauważył to, co tak naprawdę się stało. Było im wygodnie. Nie dało się tego nie zauważyć. Nie mógł temu zaprzeczyć. Żyli całkowicie na własnych zasadach. Nikt nigdy nie wchodził im z butami w to, co wspólnie tworzyli. Ich rodziny były dostatecznie zadowolone z takiego obrotu spraw, jaki wywiązał się wtedy w maju tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku. Tym, że po prostu postanowili porzucić stan singielski na rzecz wieloletniego związku.
Prawdopodobnie jedna i druga strona liczyła na to, że prędzej niż później postanowią zawrzeć związek małżeński. Z początku nawet padło kilka pytań o ich długofalowe plany. W końcu nie bez powodu stworzyli wtedy tę całą śpiewkę o jesiennych zaręczynach i zimowym ślubie. Kiedy jednak upłynęło kilka lat i do niczego takiego nie doszło a oni po prostu wiernie trwali u swojego boku, temat ucichł.
Z dużym prawdopodobieństwem miało to związek ze świadomością, że przymuszanie ich obojga do czegokolwiek nie miało najmniejszego sensu. Potrzebowali sami podjąć tę decyzję. Tyle tylko, że nawet wtedy, gdy wydawało się, że została podjęta i należało wyłącznie wcielić ją w życie...
...nie zrobili tego. Nie doszli do wniosku, że potrzebują to zrobić. Nie wtedy po raz pierwszy. Później nie po raz drugi. Doskonale pamiętał obie te sytuacje, nawet jeśli przy jednej mogło jej się zdawać, że zupełnie bredził, mieszając nie tylko słowa, lecz także języki. Ugodziło go tamto ostatnie niezrozumienie. Może bardziej niż byłby w stanie przyznać, więc przez kilka kolejnych lat nie kwapił się do powtórnej próby.
Aż do pamiętnego końca lata. Tak właściwie to do jesieni. W pewnym sensie uznał to za całkiem wymowne. Może nawet na swój sposób romantyczne, bo oto rzeczywiście chciał wcielić w życie te pierwotne ustalenia. Listopadowe zaręczyny, ślub na przełomie stycznia i lutego. Wyjazd na miesiąc miodowy w Alpach. Przytulna chatka, śnieg i długie, żarliwe wieczory przy kominku.
W tym momencie jeszcze nie czuł goryczy. Nie powróciła do niego tamta gorzka świadomość, którą odczuł wtedy, gdy kłócili się ze sobą pierwszego dnia w Piaskownicy. Odkrycie, że byli zupełnie na tym samym etapie, nawet nie musząc o tym rozmawiać. Dwa lata temu pragnęli dokładnie tego samego. Chcieli dla siebie tych trwałych zmian. Byli wyjątkowo blisko stania się formalną rodziną a potem...
...to też byłaby ich obecna rzeczywistość. Do tej pory z pewnością doczekaliby się powiększenia stada. Mieliby nie tylko syna chrzestnego, ale i własne dziecko. Kto wie, może nawet dzieci? Nie musieliby przechodzić przez te wszystkie perturbacje. Z pewnością mieliby trudności i problemy, bowiem od tego nie dało się uciec.
Oboje mieli tendencje do ściągania na siebie kłopotów. Przyciągali je jak magnes. Nie byli łatwymi ludźmi, pewnie przyszłoby im przejść przez wiele dyskusji. Niezliczone spięcia i kłótnie. Rozmowy w pewnym stopniu zbliżone do tych, które należało, by obecnie przeprowadzili. Musieliby przearanżować swoje życie. To było pewne, ale jednocześnie...
...może mieliby w sobie więcej tej wewnętrznej siły? Dodatkowe pokłady samozaparcia do walki z przeciwnościami losu. Bo choć teoretycznie oboje byli już wyjątkowo uparci, tamten parszywy okres pokazał, gdzie popełniono błąd. Dokładnie tam. Rozsypali się w pył i popiół przez to, że nigdy nie dążyli do tradycyjnego życia. To było wyjątkowo ironiczne.
I nie. Nie kochałby jej bardziej po ślubie. Tak jak nie kochał jej mniej bez pierścionka na palcu. Tak jak nie kochałby jej mocniej po tym jak w ich życiu pojawiłyby się dzieci. Czy słabiej, gdy ich ze sobą nie mieli. Nie na tym polegała ta pokrętna logika. Chodziło raczej o to, co siedziało naprawdę głęboko w nim. Świadomość tego, że pewne decyzje są nieodwracalne.
Gdyby posunęli się tak daleko, żeby zrobić pierwszą z tych rzeczy lub obie (kolejność zdecydowanie miała dla niego znaczenie), nie odszedłby bez słowa. Nie uznałby wewnętrznej narracji o zwracaniu Rinie wolności. Nie oznaczało to, że nie byłby równie zamotany i zagubiony jak wtedy. Czy że bardziej by o nich walczył.
Nie wiedział, jakby to wyglądało. Czy wyszłoby im to na dobre, czy na złe. Czy byliby teraz szczęśliwi. A może wręcz przeciwnie, bo ta rozłąka miała dać im lekcję. Wiedział, że nie podjąłby tamtej decyzji. Nie mógłby tego zrobić. Rzeczywiście byliby ze sobą do śmierci. Podświadomie obawiał się, że niestety w tamtym przypadku usranej.
- Całkiem mi to pasuje - oparł, przytakując na tę nową wersję, która nie uwzględniała już żadnych wspominek śmierci.
Wcale nie potrzebowali o tym mówić. Nie musieli (bo nic nie musieli, to nadal zostawało) uciekać się do aż tak ponurych zapewnień podszytych świadomością, że prędzej czy później ta śmierć faktycznie ich rozłączy. Zdecydowanie dużo bardziej pasowało mu długie i satysfakcjonujące życie u boku kogoś, kto rozumiał go jak nikt inny.
Być może musiał odrobinę zweryfikować kilka informacji, które mieli na swój temat. Ale w gruncie rzeczy mieli na to czas. Naprawdę dużo czasu. Zarówno teraz, jak i podczas wyjazdu zagranicę czy też nawet w letnim domu Lestrange'ów, do którego mieli wybrać się w celu odtruwania Rotha.
Skoro odrzucili od siebie konieczność unikania się nawzajem przez okres, jaki planowali spędzić w Exmoor, nie musieli wyjątkowo spieszyć się z poznawaniem się na nowo. No, może poza kilkoma niezbędnymi rozmowami, jakie po prostu musieli przeprowadzić.
- Wtedy oboje musielibyśmy mierzyć się z konsekwencjami - zauważył, rzucając w nią niepoważnym spojrzeniem i uderzając językiem o podniebienie; wymownie. - Przynajmniej połowa moich pracodawców nie wymaga licencji - no, niekoniecznie brzmiało to jak pocieszenie, ale nie dało się ukryć, że tak wyglądają fakty.
Na Nokturnie czy Ścieżkach nie trzeba było świecić papierami. Wystarczył twardy fach w ręku. Umiejętności radzenia sobie ze zleceniami, nie gadania o otrzymanym wykształceniu. Poza tym dobrze, że nie siedział jej teraz w głowie. Niechybnie skwitowałby to wszystko dodatkowym parsknięciem.
Nie rozwalała mu jego stabilności. Ona nią była. Bez niej sam się sypał. Podejmował głupie decyzje. Dogłębnie się zatracał, ranił sam siebie, popadał w niezdrowe skłonności. Nie mając, do kogo wracać, nie mając domu ani kogoś, kto czekałby tam na niego...
...nie byle kogo. Jednej jedynej osoby, którą widział w tej roli...
...nie był stabilny. Mógł wyłącznie usiłować sprawiać takie wrażenie. W rzeczywistości było z nim gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet wtedy zanim znaleźli się w tłumie ludzi, wyciągając ku sobie dłoń i postanawiając związać ze sobą życie. Wtedy był cyniczny. Nie wierzył w miłość i zdecydowanie jej nie potrzebował. Obecnie był zgorzkniały. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co miał i stracił. To było znacznie gorsze.
Nie chciał dłużej żyć w ten sposób. Nie, gdy mogli znaleźć się ponownie obok siebie. Być szczęśliwi. Może trochę niereformowalni. Coraz bardziej zaczepni. Na swój sposób szczeniaccy tak jak kiedyś. To chyba też nadal w nich było, ale to mu odpowiadało. Lubił słyszeć podobne słowa. Szczególnie, że miał pewność, że nie próbowała go okłamywać. Obojgu trudno przychodził ten dystans, ta neutralność. W końcu nawet teraz w dalszym ciągu zaczepiał ją opuszkami palców sunącymi po skórze i raczej całkiem znaczącymi spojrzeniami.
Zaczynali być w formie.
- Wiem - przyznał bez skrępowania, nawiązując z nią kolejny przeciągły kontakt wzrokowy. - Masz szczęście, że daję ci się molestować. Choć, gdy już zostaniesz moją asystentką - urwał, aby zbudować napięcie, mrużąc przy tym oczy - nie wiem, czy nie będę zmuszony zgłosić tego do kadr - no, bo przecież był służbistą, tak?
Sama to widziała. Sama mu to sugerowała. Bardzo poważnie podchodził do swojej pracy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down