21.03.2025, 13:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2025, 03:49 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie było potrzeby wchodzić pomiędzy niego a młodszego Yaxleya. Mogli sami załatwić swoje sprawy. W końcu byli dużymi chłopcami. Niektórzy przynajmniej z zewnątrz. Wewnątrz? Jeśli brać pod uwagę różnicę wieku, Astaroth miał teraz trzynaście lat. Ambroise: dwadzieścia trzy. Być może właśnie tak się zachowywali, nie jemu było w to wnikać. W wieku dwudziestu trzech lat był...
...wyjątkowy.
Wtedy z pewnością nie wszedłby w rolę kucharki wydającej śniadania. Ewidentnie się zestarzał, skoro sprawiało mu to taką przyjemność.
- Wiem - przytaknął, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie.
Tak, to było raczej: wiem, ale za cholerę nie przeszłoby mi przez głowę, żeby podawać ci zimny bekon na nasze pierwsze oficjalnie wspólne śniadanie. Ewentualnie z kapką: klauzula sumienia mi na to nie pozwala a kto jak kto, ja mogę się nią zasłaniać. Oraz z domieszką czystego ekstraktu ze: zlituj się, nie musisz zaniżać standardów.
Rzecz jasna, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób najpewniej wyglądały posiłki w tym domu. Nie sądził, żeby przez półtora roku Geraldine nagle zapalała chęcią do nauki gotowania. Po ich porannej sprzeczce w kuchni wydawało mu się bardziej niż jasne, że nadal bazowała głównie na zewnętrznych dostawach pożywienia.
Najpewniej na tych zapewnianych jej przez Triss, matkę wysyłającą słoiki (podświadomie szykował się na otwarcie dwóch dolnych szafek i lawinę szklanych pojemników) albo niesławna Kimi. Ta, która z pewnością gotowała w tym domu. Więcej niż konieczne, bo poczuła się tu tak sprawczo, że poprzestawiała mu kuchnię.
Całe szczęście nie stanął z nią w cztery oczy i liczył, że nigdy nie będzie potrzeby, aby to zmienić. Choć z jego bardzo subiektywnej logiki wynikało, że najlepsi przyjaciele lubili wracać. Raczej całkiem szybko i w niezbyt kontrolowany sposób. Często gęsto w nowym układzie sił. W innej formie. Miał z tym doświadczenie.
W przeciwieństwie do Riny, Roise nie odnosił wrażenia, że w którymkolwiek momencie tego przedpołudnia zbyt mocno demonstrowali swój nowy status. Nie zamierzał stać sztywno z boku. Nie miał w zwyczaju trzymać się na dystans w sytuacji, gdy nie musiał tego robić. Byli w swoim domu. No, może obecnie nie jego, ale to kiedyś był jego dom. Znacznie dłużej niż mieszkał tu Astaroth.
To Ambroise był oryginalnym panem domu. Jego meble stały w częściach wspólnych. Poza antyczną konsolką, bo ona wyzionęła ducha po ponad stu latach służby. Miał tu swoje noże kuchenne, garnki i patelnie. To było jego wyposażenie. Ich, bo nie miał w zwyczaju wyliczać swojej własności, skoro kupował to do wspólnego mieszkania. Tyle tylko, że przez nasze miał na myśli siebie i Geraldine.
Roth musiał zapracować na to, żeby być liczony. Mógł być integralną częścią pakietu, który teraz miała do zaoferowania Yaxleyówna. Brali się z całym dobrem inwentarza. Ze wszystkimi rzeczami, jakie wydarzyły się przez te niemalże dwa lata. Nie dało się ukryć, że przemiana w wampira i wprowadzka na Horyzontalną była jednym z takich tematów.
Czy chcianych? No niekoniecznie. Bardziej w granicach tolerancji. Traktowanych przez Greengrassa jako coś, co się stało i najprawdopodobniej się nie odstanie, więc trzeba z tym żyć...
...lub nie żyć. Kto co woli może. Nie dało się ukryć, że pod niektórymi względami Astaroth był bardziej ograniczony.
- Posiłek jak posiłek - mruknął pod nosem, wzruszając ramionami.
Może to było obrzydliwe. Bez wątpienia nie należało do najbardziej apetycznych widoków. Nie było standardowym elementem wspólnych śniadań. Przynajmniej raczej nie w większości domów. Ale litości...
...to nie było coś, z czego należy robić wielką sprawę albo dramat. Ambroise raczej był skłonny tolerować tę część diety Astatotha bardziej aniżeli męczeńskie tendencje młodszego Yaxleya. Widok krwi w worku był dla niego mniej obrzydliwy od konieczności wysłuchiwania monologów na temat bycia potworem czy innych takich. To od tego drugiego zaczynał mieć mdłości.
Poza tym był uzdrowicielem. Nie od wczoraj ani nie od przedwczoraj, tylko przez czternaście lat (jak ten czas leci) siedział głęboko w branży. Czasami prawie dosłownie po pas w gównie. Praca na oddziale zatruć nie była czysta i nie wyglądała jak na zdjęciach w gazecie, które dyrekcja robiła na potrzeby marketingu. Odrobina krwi nie była dla niego niczym szczególnym. Pita czy przetaczana - jedna cholera. Za to nie lubił martyrologii (hipokryzja, hm?), więc może to i lepiej, że Astaroth zdecydował się pójść.
- Szybko ochłonie - odparł gładko, przygryzając wnętrza policzków, żeby nie sprzedać się tak od razu; urwał na kilka sekund, poniekąd po to, żeby wprowadzić teatralne napięcie, po czym bez mrugnięcia okiem dokończył wypowiedź. - Nie ma ciepłej wody - no, może trochę go to bawiło.
Musiała mu to wybaczyć, nie? Miał naprawdę dobry humor. Nie czuł się wzgardzony. Nie zamierzał dawać młodszemu Yaxleyowi więcej uwagi niż to konieczne. Nie potrzebował słyszeć, że coś się kiedyś zmieni.
Zresztą nie sądził, aby Geraldine mówiła to zupełnie do niego. Nie musiała podnosić go na duchu. Wcale nie czuł się niemiłe widziany. Nie musiał czuć się w ten sposób, bo wiedział, że tak będzie. Nie był ulubioną osobą Rotha. Nie miał nią być. Nie przejmował się tym, bo wystarczyło, że ich sytuacja zaczęła się klarować. Był bardziej niż akceptowany przez jedną osobę w tym mieszkaniu. To w zupełności mu wystarczało.
Był niemal pewien, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dla niego nie było żadnego problemu. Nie z tym, do czego właśnie doszło. Ani z tym, w jaki sposób wygląda jego obecna relacja z Astarothem. Ani z tym, że z dużym prawdopodobieństwem mogli już nie wrócić do dawnych stosunków. Ani z tym, że najpewniej nie mieli zostać swoimi dobrymi przyjaciółmi.
Okoliczności uległy zmianie. Czasy się zmieniły, ludzie się zmienili, nieludzie też. Miał swoje za uszami. Nie zamierzał udawać, że nie. Brał odpowiedzialność za swoje uczynki. Tyle tylko, że przeprosił już za nie tę właściwą osobę. Tak, wobec Rotha też miał dług, ale nie zamierzał go spłacać przed wyrównaniem tego, na którego uiszczeniu bardziej mu zależało.
- Nie musi - być może warto byłoby, żeby dał inną odpowiedź, ale przecież obiecali sobie szczerość.
Więc Ambroise był szczery. Nie potrzebował tego do szczęścia. Nie musiał być aprobowany. Nie potrzebował, aby ktokolwiek do niego przywykał. Zamierzał tu być. Mieli jasność pod tym względem. To było dla niego najważniejsze.
No i śniadanie. W końcu to najważniejszy posiłek dnia, co nie?
Składając ostatni pocałunek na ustach Geraldine, odsunął się od niej, żeby podać im jedzenie, jednocześnie ignorując myśli o piciu krwi i zajmując się nalaniem im po kubku kawy. Dwa kubki...
...trzy?
- On pija coś innego niż krew? - Spytał ze zmarszczonym czołem, zamierając na kilka sekund z dzbankiem w górze.
Podtekst był raczej jasny: miał mu lać trzecią kawę?
...wyjątkowy.
Wtedy z pewnością nie wszedłby w rolę kucharki wydającej śniadania. Ewidentnie się zestarzał, skoro sprawiało mu to taką przyjemność.
- Wiem - przytaknął, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie.
Tak, to było raczej: wiem, ale za cholerę nie przeszłoby mi przez głowę, żeby podawać ci zimny bekon na nasze pierwsze oficjalnie wspólne śniadanie. Ewentualnie z kapką: klauzula sumienia mi na to nie pozwala a kto jak kto, ja mogę się nią zasłaniać. Oraz z domieszką czystego ekstraktu ze: zlituj się, nie musisz zaniżać standardów.
Rzecz jasna, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób najpewniej wyglądały posiłki w tym domu. Nie sądził, żeby przez półtora roku Geraldine nagle zapalała chęcią do nauki gotowania. Po ich porannej sprzeczce w kuchni wydawało mu się bardziej niż jasne, że nadal bazowała głównie na zewnętrznych dostawach pożywienia.
Najpewniej na tych zapewnianych jej przez Triss, matkę wysyłającą słoiki (podświadomie szykował się na otwarcie dwóch dolnych szafek i lawinę szklanych pojemników) albo niesławna Kimi. Ta, która z pewnością gotowała w tym domu. Więcej niż konieczne, bo poczuła się tu tak sprawczo, że poprzestawiała mu kuchnię.
Całe szczęście nie stanął z nią w cztery oczy i liczył, że nigdy nie będzie potrzeby, aby to zmienić. Choć z jego bardzo subiektywnej logiki wynikało, że najlepsi przyjaciele lubili wracać. Raczej całkiem szybko i w niezbyt kontrolowany sposób. Często gęsto w nowym układzie sił. W innej formie. Miał z tym doświadczenie.
W przeciwieństwie do Riny, Roise nie odnosił wrażenia, że w którymkolwiek momencie tego przedpołudnia zbyt mocno demonstrowali swój nowy status. Nie zamierzał stać sztywno z boku. Nie miał w zwyczaju trzymać się na dystans w sytuacji, gdy nie musiał tego robić. Byli w swoim domu. No, może obecnie nie jego, ale to kiedyś był jego dom. Znacznie dłużej niż mieszkał tu Astaroth.
To Ambroise był oryginalnym panem domu. Jego meble stały w częściach wspólnych. Poza antyczną konsolką, bo ona wyzionęła ducha po ponad stu latach służby. Miał tu swoje noże kuchenne, garnki i patelnie. To było jego wyposażenie. Ich, bo nie miał w zwyczaju wyliczać swojej własności, skoro kupował to do wspólnego mieszkania. Tyle tylko, że przez nasze miał na myśli siebie i Geraldine.
Roth musiał zapracować na to, żeby być liczony. Mógł być integralną częścią pakietu, który teraz miała do zaoferowania Yaxleyówna. Brali się z całym dobrem inwentarza. Ze wszystkimi rzeczami, jakie wydarzyły się przez te niemalże dwa lata. Nie dało się ukryć, że przemiana w wampira i wprowadzka na Horyzontalną była jednym z takich tematów.
Czy chcianych? No niekoniecznie. Bardziej w granicach tolerancji. Traktowanych przez Greengrassa jako coś, co się stało i najprawdopodobniej się nie odstanie, więc trzeba z tym żyć...
...lub nie żyć. Kto co woli może. Nie dało się ukryć, że pod niektórymi względami Astaroth był bardziej ograniczony.
- Posiłek jak posiłek - mruknął pod nosem, wzruszając ramionami.
Może to było obrzydliwe. Bez wątpienia nie należało do najbardziej apetycznych widoków. Nie było standardowym elementem wspólnych śniadań. Przynajmniej raczej nie w większości domów. Ale litości...
...to nie było coś, z czego należy robić wielką sprawę albo dramat. Ambroise raczej był skłonny tolerować tę część diety Astatotha bardziej aniżeli męczeńskie tendencje młodszego Yaxleya. Widok krwi w worku był dla niego mniej obrzydliwy od konieczności wysłuchiwania monologów na temat bycia potworem czy innych takich. To od tego drugiego zaczynał mieć mdłości.
Poza tym był uzdrowicielem. Nie od wczoraj ani nie od przedwczoraj, tylko przez czternaście lat (jak ten czas leci) siedział głęboko w branży. Czasami prawie dosłownie po pas w gównie. Praca na oddziale zatruć nie była czysta i nie wyglądała jak na zdjęciach w gazecie, które dyrekcja robiła na potrzeby marketingu. Odrobina krwi nie była dla niego niczym szczególnym. Pita czy przetaczana - jedna cholera. Za to nie lubił martyrologii (hipokryzja, hm?), więc może to i lepiej, że Astaroth zdecydował się pójść.
- Szybko ochłonie - odparł gładko, przygryzając wnętrza policzków, żeby nie sprzedać się tak od razu; urwał na kilka sekund, poniekąd po to, żeby wprowadzić teatralne napięcie, po czym bez mrugnięcia okiem dokończył wypowiedź. - Nie ma ciepłej wody - no, może trochę go to bawiło.
Musiała mu to wybaczyć, nie? Miał naprawdę dobry humor. Nie czuł się wzgardzony. Nie zamierzał dawać młodszemu Yaxleyowi więcej uwagi niż to konieczne. Nie potrzebował słyszeć, że coś się kiedyś zmieni.
Zresztą nie sądził, aby Geraldine mówiła to zupełnie do niego. Nie musiała podnosić go na duchu. Wcale nie czuł się niemiłe widziany. Nie musiał czuć się w ten sposób, bo wiedział, że tak będzie. Nie był ulubioną osobą Rotha. Nie miał nią być. Nie przejmował się tym, bo wystarczyło, że ich sytuacja zaczęła się klarować. Był bardziej niż akceptowany przez jedną osobę w tym mieszkaniu. To w zupełności mu wystarczało.
Był niemal pewien, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dla niego nie było żadnego problemu. Nie z tym, do czego właśnie doszło. Ani z tym, w jaki sposób wygląda jego obecna relacja z Astarothem. Ani z tym, że z dużym prawdopodobieństwem mogli już nie wrócić do dawnych stosunków. Ani z tym, że najpewniej nie mieli zostać swoimi dobrymi przyjaciółmi.
Okoliczności uległy zmianie. Czasy się zmieniły, ludzie się zmienili, nieludzie też. Miał swoje za uszami. Nie zamierzał udawać, że nie. Brał odpowiedzialność za swoje uczynki. Tyle tylko, że przeprosił już za nie tę właściwą osobę. Tak, wobec Rotha też miał dług, ale nie zamierzał go spłacać przed wyrównaniem tego, na którego uiszczeniu bardziej mu zależało.
- Nie musi - być może warto byłoby, żeby dał inną odpowiedź, ale przecież obiecali sobie szczerość.
Więc Ambroise był szczery. Nie potrzebował tego do szczęścia. Nie musiał być aprobowany. Nie potrzebował, aby ktokolwiek do niego przywykał. Zamierzał tu być. Mieli jasność pod tym względem. To było dla niego najważniejsze.
No i śniadanie. W końcu to najważniejszy posiłek dnia, co nie?
Składając ostatni pocałunek na ustach Geraldine, odsunął się od niej, żeby podać im jedzenie, jednocześnie ignorując myśli o piciu krwi i zajmując się nalaniem im po kubku kawy. Dwa kubki...
...trzy?
- On pija coś innego niż krew? - Spytał ze zmarszczonym czołem, zamierając na kilka sekund z dzbankiem w górze.
Podtekst był raczej jasny: miał mu lać trzecią kawę?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down