21.03.2025, 14:45 ✶
„I tak nie miałem, co robić” byłoby może wiarygodne, gdyby zaproszenie dotyczyło spontanicznego wieczorku karcianego z poczęstunkiem, nie wezwania do roboty. Peregrinus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że przez Basiliusa przemawia wyłącznie uprzejmość, kiedy składał tę absurdalną w obecnych okolicznościach deklarację. Nie był to jednak czas na umartwianie się faktem, że zatruł cudze życie swoimi potrzebami.
Odrzucenie papierosa zaś, mimo pozornej obojętności Prewetta, stanowiło minimum przyzwoitości, do której poczuwał się wróżbita.
— A może powinienem — mruknął tylko przelotnie, cicho, w odpowiedzi na to, że wszystkiego żadną siłą nie przewidzi.
Kwestia przewidywania nawet — a może szczególnie — spraw codziennych była złożona i nie tak oczywista. Znaki były przecież wszędzie, czekały tylko, aż ktoś pochyli się nad nimi odpowiednio uważnie i odczyta je, a w końcu Peregrinus uważał się za oczytanego w dziedzinie omenów. Wystarczy przyjrzeć się głębiej swojej karcie dnia, dojrzeć w jej relacji z innymi znakami coś niepokojącego, uszczegółowić przesłanie, szukać odpowiedzi do skutku. Trochę uwagi, właściwe pytania, skierowanie oczu we właściwą stronę i można było przejrzeć plany uniwersum. Szczegół w tym, że Peregrinus przeglądał się ostatnio wyłącznie w oczach innego wróżbity, które — choć bystre — nie odbijały wszyskich sekretów świata.
A więc grzech zaniedbania, dobry jak każdy inny, aby ubiczować się poczuciem winy. To poczucie winy Trelawneya i chęć odebrania pokuty miały mimo wszystko jakieś granice — gdyby czarodziej usłyszał, jakie diagnozy rozważa Basilius, przeszłaby mu z pewnością od razu ochota na poniesienie kary za swoją nieopatrzność. Nie był masochistą, a magiczne pasożyty przyprawiłyby go o dreszcz przerażenia na karku albo i stan przedzawałowy.
— Nie powinna robić kłopotów. Jest na uspokajających. — Zaskakująco szorstko przeszło mu to przez gardło, sam nie potrafiłby powiedzieć dlaczego. Już wcześniej uparcie unikał zaglądania w głąb pokoju, teraz unikał również spoglądania na Basiliusa. Było mu wstyd, głęboko wstyd, że ktoś jest świadkiem tego, jak został do tego stopnia wytrącony z równowagi, że ktoś oglądał jego relację z najbardziej drażliwym elementem jego życia. Nie kłamał jednak w sprawie bierności Aurory. W pomieszczeniu wciąż unosił się intensywny zapach kadzidełka uspokajającego, które rozpalono wcześniej. Czarownica była spacyfikowana i nie będzie sprawiać problemów, poddając się wszystkim kuracjom. — Chałwę? — Nieoczekiwane pytanie wybiło Peregrinusa z korowodu ponurych myśli. — Zwyczajną chałwę? Nic nie wiem o tym, żeby jej nie lubiła.
Odrzucenie papierosa zaś, mimo pozornej obojętności Prewetta, stanowiło minimum przyzwoitości, do której poczuwał się wróżbita.
— A może powinienem — mruknął tylko przelotnie, cicho, w odpowiedzi na to, że wszystkiego żadną siłą nie przewidzi.
Kwestia przewidywania nawet — a może szczególnie — spraw codziennych była złożona i nie tak oczywista. Znaki były przecież wszędzie, czekały tylko, aż ktoś pochyli się nad nimi odpowiednio uważnie i odczyta je, a w końcu Peregrinus uważał się za oczytanego w dziedzinie omenów. Wystarczy przyjrzeć się głębiej swojej karcie dnia, dojrzeć w jej relacji z innymi znakami coś niepokojącego, uszczegółowić przesłanie, szukać odpowiedzi do skutku. Trochę uwagi, właściwe pytania, skierowanie oczu we właściwą stronę i można było przejrzeć plany uniwersum. Szczegół w tym, że Peregrinus przeglądał się ostatnio wyłącznie w oczach innego wróżbity, które — choć bystre — nie odbijały wszyskich sekretów świata.
A więc grzech zaniedbania, dobry jak każdy inny, aby ubiczować się poczuciem winy. To poczucie winy Trelawneya i chęć odebrania pokuty miały mimo wszystko jakieś granice — gdyby czarodziej usłyszał, jakie diagnozy rozważa Basilius, przeszłaby mu z pewnością od razu ochota na poniesienie kary za swoją nieopatrzność. Nie był masochistą, a magiczne pasożyty przyprawiłyby go o dreszcz przerażenia na karku albo i stan przedzawałowy.
— Nie powinna robić kłopotów. Jest na uspokajających. — Zaskakująco szorstko przeszło mu to przez gardło, sam nie potrafiłby powiedzieć dlaczego. Już wcześniej uparcie unikał zaglądania w głąb pokoju, teraz unikał również spoglądania na Basiliusa. Było mu wstyd, głęboko wstyd, że ktoś jest świadkiem tego, jak został do tego stopnia wytrącony z równowagi, że ktoś oglądał jego relację z najbardziej drażliwym elementem jego życia. Nie kłamał jednak w sprawie bierności Aurory. W pomieszczeniu wciąż unosił się intensywny zapach kadzidełka uspokajającego, które rozpalono wcześniej. Czarownica była spacyfikowana i nie będzie sprawiać problemów, poddając się wszystkim kuracjom. — Chałwę? — Nieoczekiwane pytanie wybiło Peregrinusa z korowodu ponurych myśli. — Zwyczajną chałwę? Nic nie wiem o tym, żeby jej nie lubiła.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie