23.03.2025, 16:16 ✶
Być może mieli wyraźne tendencje do skrajności. Bez wątpienia przy porannej zmianie narracji dosyć gwałtownie zboczyli z jednej ścieżki, dosłownie przeskakując na drugą. Nie tą najbliższą, nie do końca wyważoną, ponownie dosyć krótkowzroczną, jednotorową. Niby w teorii nauczyli się nie zamykać w swojej bańce. Wiedzieli, że życie nie pochwala takich zachowań, a jednak Ambroise w tym momencie był skory energicznie kiwnąć głową i przyznać dokładnie to, co powiedziała Geraldine: mieli czas, cholernie dużo czasu, naprawdę niezliczone chwile na to, aby powracać do tego, czego oboje chcieli.
Tego wczesnego przedpołudnia zupełnie zignorował wszystkie niedawne wątpliwości i myśli o tym, jak bardzo skomplikowana i brutalna mogła być ta nowa rzeczywistość, w której przychodziło im się odnaleźć. Nie baczył na nic innego jak tylko to, że naprawdę chciał, by wreszcie znów byli szczęśliwi. Spełnieni, pozbawieni tej głównej troski, która targała nimi to w jedną, to w drugą przez ostatnie półtora roku.
- Mhm - odmruknął z wymownym uśmieszkiem błąkającym się w kącikach ust - przynajmniej po tej pierwszej - bo zdecydowanie kolejność miała znaczenie dla hierarchii - szpadzie nie zostają niechciane ślady. Nawet takiej jak ta - no cóż, daleko było mu teraz do bycia skromnym czy nawet do tego, żeby powstrzymywać się od tych wszystkich niewybrednych, niezbyt poprawnych komentarzy cisnących mu się na usta pod wpływem słownictwa używanego przez jego dziewczynę.
Bez wątpienia mogła domyślić się, że nie przepuści jej tego płazem. Potrafił wyłapywać te drobne słówka, nawiązywać do detali, które tak naprawdę nie miały nawet najmniejszego znaczenia. Szczególnie, gdy wyjątkowo go to bawiło. Nie był to może górnolotny poziom żartów. Niemal od razu nasuwał na myśl szczeniackie teksty co najwyżej na poziomie Hogwartu i burzy hormonów, ale to też nie było nic niezwykłego.
W końcu praktycznie od samego początku zachowywali się w stosunku do siebie w ten dosyć żarliwy sposób. Dużo bardziej odpowiedni dla pary nastolatków przeżywających pierwszą prawdziwą miłość aniżeli dla dwojga dorosłych ludzi. Lgnęli ku sobie, korzystali z niemal każdej nadarzającej się okazji, żeby zniknąć na chwilę w swoich ramionach. Byli niepoprawni, niezbyt dojrzali, raczej impulsywni.
W żadnym wypadku nie przewidziałby tego, jak bardzo niefortunne były jego własne słowa. Nawet w najśmielszych założeniach nie przeszłoby mu przez myśl, że mogły zostać rzucone w wyjątkowo pochopny sposób, nie mając zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością. W końcu mieli naprawdę szerokie doświadczenie w panowaniu nad tym aspektem wspólnego życia. Praktycznie sześć lat praktyki na wyjątkowo zaawansowanym poziomie. Nie tylko eksperckim, lecz wręcz mistrzowskim.
W pewnym sensie osiągnięciem było to, że przez ten cały czas i z ich wyjątkową regularnością zatracania się w sobie nawzajem, nie znaleźli się w żadnej nieoczekiwanej sytuacji. Pozwalało mu to sądzić, że naprawdę mieli nad tym kontrolę. Na pewnym etapie myśleć o tym, aby skorzystać z niej w zupełnie inny sposób niż robili to dotychczas. Wtedy tego chcieli, prawda? Zmiany, kolejnego etapu życia. Poważnych kroków następujących praktycznie jeden po drugim.
Obecnie mieli wiele do przedyskutowania. Dużo do przemyślenia. Do zmiany, rearanżacji, wykluczenia lub wręcz przeciwnie: do wcielenia w życie. Nie mogli wrócić do momentu przed tym jak ich wspólny dom się zawalił. Do tego, czego wtedy chcieli. Nie dało się wymazać tych prawie dwóch lat, ale przecież wcale nie próbowali tego robić. Po prostu obecnie jeszcze potrzebowali przez chwilę delektować się całkowitym sennym spokojem, nie myśląc o przyszłości. Tym mieli się zająć późniejsi oni.
- Tak się składa, że masz uzdrowiciela pod ręką - oznajmił bez skrępowania; bardzo, bardzo blisko, prawda? - Zapewniam cię, że wrócisz do formy. Choć nie gwarantuję, że będziesz stabilnie stać na nogach - no cóż, raczej wolał jej je zmiękczać, wzbudzać o drżenie, o ten całkiem znaczący rodzaj słabości.
Musiał być przy tym całkowicie szczery. Były pewne aspekty tego, w jaki sposób na siebie działali, które wyjątkowo mu odpowiadały. Niektóra słabość wcale nie była słabością. Pewne momenty wrażliwości były wręcz wskazane. Pokazywały jak bardzo dobrze czuli się u swojego boku. Że mogli tak po prostu spuścić z tonu, pozbyć się masek, odsłonić się na praktycznie każdej płaszczyźnie bez obawy o ciosy.
Oboje nie byli teraz w nienajlepszym stanie, ale doskonale wiedział, że potrafili wrócić do stabilności. Może nie do końca do tego, co niegdyś mieli, ale z pewnością do czegoś równie dobrego. Jeśli nie lepszego, bardziej stabilnego, nawet z częstszym niż okazjonalnym dygotaniem nóg. Zasługiwali na to. Na siebie nawzajem.
- Czy ja wiem? - Zgadza się, teraz zamierzał zakwestionować to posępne, ponurackie podejście, mimo że zaledwie kilka chwil wcześniej sam się nim wykazywał. - Ostatnio byłaś całkiem ponętną uczennicą. Poza tym nieźle prezentujesz się w limonkowych kitlach - naprawdę obrzydliwie limonkowych kitlach, warto byłoby dodać, ale powstrzymał się przed wyrażeniem tej opinii. - Może będą z ciebie ludzie. Tak czy siak, dowiemy się tego po Mabon - skwitował luźno, nie pamiętając, czy wskazał jej konkretną datę swojego, teraz już ich wyjazdu.
Poprzedni wieczór był dosyć chaotyczny. To była naprawdę długa i emocjonująca noc. Bardzo wyczerpujący dyżur, więc Roise w żadnym wypadku nie zdziwiłby się, gdyby z jego ust nie padło wtedy nic poza tą połową września, po której miało odbyć się zagraniczne wydarzenie. W tym momencie był zdecydowanie zbyt zmęczony, aby sięgnąć pamięcią tak daleko wstecz.
Zresztą wydawało mu się, że od tamtego czasu minęły praktycznie wieki. A przecież jeszcze rano zupełnie nie wiedzieli, na czym stoją. Głęboko w nocy miotali się pomiędzy poczuciem obowiązku i odpowiedzialności a pragnieniami i podszeptami serca.
Teraz było inaczej. Lżej, swobodniej, bardziej sennie, co być może także wpływało na to, że czuł się wyjątkowo odprężony. Rozleniwiony na tyle, że na słowa Geraldine zareagował całkiem rozbawionym uniesieniem brwi. Bez wątpienia było to kontrastem wobec wszystkich kłótni o byle nieprzemyślane czy niezręcznie sformułowane słowo. Teraz nie zamierzał już traktować tego jako wytknięcie mu jego nieopatrznie sformułowanych wniosków i przekonań, przez które wszystko jeszcze bardziej się między nimi skomplikowało.
Obecnie sunął palcami po skórze Riny, nic sobie nie robiąc z tego, że powiedziała mu prawdę. Byli ze sobą szczerzy. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, że jego zachowanie było głupie. Uwierzył w coś, w co wcale nie chciał wierzyć. Nie zaufał doświadczeniu, wyparł zdroworozsądkowe myśli, pozwolił sobie macerować się w poczuciu krzywdy i w gniewie. A to wszystko zaledwie (lub raczej aż) przez kilka plotek. Prawdopodobnie całkowicie celowo sformułowanych.
- Zważ, że ci, na których ci zależy potrafią być - urwał, szukając właściwego słowa; takiego, które dobrze leżałoby na języku, oddawałoby istotę całego nieporozumienia (oj, swego czasu to było znacznie więcej niżeli tylko nieporozumienie) i nie godziłoby w niego aż tak mocno - nierozsądni - prawdopodobnie nie było lepszego słowa na to, w jaki sposób podszedł wtedy do tematu.
- Na swoją obronę mają jedynie tyle, że część tych informacji pochodziła od względnie sprawdzonego źródła - mruknął, bo nie byłby do końca sobą, gdyby nie podkreślił wszystkich aspektów sytuacji. - Stara nowa uniwersalna prawda, Moufette: nigdy nie wierz Potterowi - no cóż, sam przez lata jakoś zapomniał o tym, jakim skandalistą i starą babą z wesela był jego przyjaciel.
Nie dało się tego ukryć.
Tak. Ze wszystkich kwestii, jakie wypierał albo raczej dogodnie nie brał ich pod uwagę, jakimś cudem był w stanie kiwnąć głową na fakt, że w istocie czasem zachowywał się jak osioł. Potrafił być dosyć krótkowzroczny i zamotany, gdy chodziło o tak głębokie i złożone uczucia, jakimi darzył Geraldine Yaxley. To nie było dla niego zupełnie normalne.
Choć może inaczej? To, co ich ze sobą łączyło było dla Ambroisa znacznie bardziej naturalne niż ten cały dystans, jaki narzucali sobie przez prawie dwa lata. Nie było dla niego typowym utrzymywanie przy niej pokerowej twarzy, wypowiadanie oschłych, lodowato zimnych słów. Odpychanie jej za każdym razem, gdy wydawało się, że zaczynają zbyt mocno zbliżać się do siebie nawzajem.
To, co działo się między nimi w tym momencie było bez wątpienia lepsze. Wreszcie mogli znaleźć się naprawdę blisko. Ciało przy ciele. W całkiem satysfakcjonującym cielesnym potrzasku.
- Kocham cię, Geraldine Artemisio Yaxley - mruknął w odpowiedzi, wtulając nos w ciepłą szyję dziewczyny i zamykając oczy.
Delektując się chwilą. Jedną z wielu, jakie na nich czekały. Bo było dobrze. Jeszcze miało być dobrze. Chyba naprawdę był skłonny w to uwierzyć.
Tego wczesnego przedpołudnia zupełnie zignorował wszystkie niedawne wątpliwości i myśli o tym, jak bardzo skomplikowana i brutalna mogła być ta nowa rzeczywistość, w której przychodziło im się odnaleźć. Nie baczył na nic innego jak tylko to, że naprawdę chciał, by wreszcie znów byli szczęśliwi. Spełnieni, pozbawieni tej głównej troski, która targała nimi to w jedną, to w drugą przez ostatnie półtora roku.
- Mhm - odmruknął z wymownym uśmieszkiem błąkającym się w kącikach ust - przynajmniej po tej pierwszej - bo zdecydowanie kolejność miała znaczenie dla hierarchii - szpadzie nie zostają niechciane ślady. Nawet takiej jak ta - no cóż, daleko było mu teraz do bycia skromnym czy nawet do tego, żeby powstrzymywać się od tych wszystkich niewybrednych, niezbyt poprawnych komentarzy cisnących mu się na usta pod wpływem słownictwa używanego przez jego dziewczynę.
Bez wątpienia mogła domyślić się, że nie przepuści jej tego płazem. Potrafił wyłapywać te drobne słówka, nawiązywać do detali, które tak naprawdę nie miały nawet najmniejszego znaczenia. Szczególnie, gdy wyjątkowo go to bawiło. Nie był to może górnolotny poziom żartów. Niemal od razu nasuwał na myśl szczeniackie teksty co najwyżej na poziomie Hogwartu i burzy hormonów, ale to też nie było nic niezwykłego.
W końcu praktycznie od samego początku zachowywali się w stosunku do siebie w ten dosyć żarliwy sposób. Dużo bardziej odpowiedni dla pary nastolatków przeżywających pierwszą prawdziwą miłość aniżeli dla dwojga dorosłych ludzi. Lgnęli ku sobie, korzystali z niemal każdej nadarzającej się okazji, żeby zniknąć na chwilę w swoich ramionach. Byli niepoprawni, niezbyt dojrzali, raczej impulsywni.
W żadnym wypadku nie przewidziałby tego, jak bardzo niefortunne były jego własne słowa. Nawet w najśmielszych założeniach nie przeszłoby mu przez myśl, że mogły zostać rzucone w wyjątkowo pochopny sposób, nie mając zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością. W końcu mieli naprawdę szerokie doświadczenie w panowaniu nad tym aspektem wspólnego życia. Praktycznie sześć lat praktyki na wyjątkowo zaawansowanym poziomie. Nie tylko eksperckim, lecz wręcz mistrzowskim.
W pewnym sensie osiągnięciem było to, że przez ten cały czas i z ich wyjątkową regularnością zatracania się w sobie nawzajem, nie znaleźli się w żadnej nieoczekiwanej sytuacji. Pozwalało mu to sądzić, że naprawdę mieli nad tym kontrolę. Na pewnym etapie myśleć o tym, aby skorzystać z niej w zupełnie inny sposób niż robili to dotychczas. Wtedy tego chcieli, prawda? Zmiany, kolejnego etapu życia. Poważnych kroków następujących praktycznie jeden po drugim.
Obecnie mieli wiele do przedyskutowania. Dużo do przemyślenia. Do zmiany, rearanżacji, wykluczenia lub wręcz przeciwnie: do wcielenia w życie. Nie mogli wrócić do momentu przed tym jak ich wspólny dom się zawalił. Do tego, czego wtedy chcieli. Nie dało się wymazać tych prawie dwóch lat, ale przecież wcale nie próbowali tego robić. Po prostu obecnie jeszcze potrzebowali przez chwilę delektować się całkowitym sennym spokojem, nie myśląc o przyszłości. Tym mieli się zająć późniejsi oni.
- Tak się składa, że masz uzdrowiciela pod ręką - oznajmił bez skrępowania; bardzo, bardzo blisko, prawda? - Zapewniam cię, że wrócisz do formy. Choć nie gwarantuję, że będziesz stabilnie stać na nogach - no cóż, raczej wolał jej je zmiękczać, wzbudzać o drżenie, o ten całkiem znaczący rodzaj słabości.
Musiał być przy tym całkowicie szczery. Były pewne aspekty tego, w jaki sposób na siebie działali, które wyjątkowo mu odpowiadały. Niektóra słabość wcale nie była słabością. Pewne momenty wrażliwości były wręcz wskazane. Pokazywały jak bardzo dobrze czuli się u swojego boku. Że mogli tak po prostu spuścić z tonu, pozbyć się masek, odsłonić się na praktycznie każdej płaszczyźnie bez obawy o ciosy.
Oboje nie byli teraz w nienajlepszym stanie, ale doskonale wiedział, że potrafili wrócić do stabilności. Może nie do końca do tego, co niegdyś mieli, ale z pewnością do czegoś równie dobrego. Jeśli nie lepszego, bardziej stabilnego, nawet z częstszym niż okazjonalnym dygotaniem nóg. Zasługiwali na to. Na siebie nawzajem.
- Czy ja wiem? - Zgadza się, teraz zamierzał zakwestionować to posępne, ponurackie podejście, mimo że zaledwie kilka chwil wcześniej sam się nim wykazywał. - Ostatnio byłaś całkiem ponętną uczennicą. Poza tym nieźle prezentujesz się w limonkowych kitlach - naprawdę obrzydliwie limonkowych kitlach, warto byłoby dodać, ale powstrzymał się przed wyrażeniem tej opinii. - Może będą z ciebie ludzie. Tak czy siak, dowiemy się tego po Mabon - skwitował luźno, nie pamiętając, czy wskazał jej konkretną datę swojego, teraz już ich wyjazdu.
Poprzedni wieczór był dosyć chaotyczny. To była naprawdę długa i emocjonująca noc. Bardzo wyczerpujący dyżur, więc Roise w żadnym wypadku nie zdziwiłby się, gdyby z jego ust nie padło wtedy nic poza tą połową września, po której miało odbyć się zagraniczne wydarzenie. W tym momencie był zdecydowanie zbyt zmęczony, aby sięgnąć pamięcią tak daleko wstecz.
Zresztą wydawało mu się, że od tamtego czasu minęły praktycznie wieki. A przecież jeszcze rano zupełnie nie wiedzieli, na czym stoją. Głęboko w nocy miotali się pomiędzy poczuciem obowiązku i odpowiedzialności a pragnieniami i podszeptami serca.
Teraz było inaczej. Lżej, swobodniej, bardziej sennie, co być może także wpływało na to, że czuł się wyjątkowo odprężony. Rozleniwiony na tyle, że na słowa Geraldine zareagował całkiem rozbawionym uniesieniem brwi. Bez wątpienia było to kontrastem wobec wszystkich kłótni o byle nieprzemyślane czy niezręcznie sformułowane słowo. Teraz nie zamierzał już traktować tego jako wytknięcie mu jego nieopatrznie sformułowanych wniosków i przekonań, przez które wszystko jeszcze bardziej się między nimi skomplikowało.
Obecnie sunął palcami po skórze Riny, nic sobie nie robiąc z tego, że powiedziała mu prawdę. Byli ze sobą szczerzy. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, że jego zachowanie było głupie. Uwierzył w coś, w co wcale nie chciał wierzyć. Nie zaufał doświadczeniu, wyparł zdroworozsądkowe myśli, pozwolił sobie macerować się w poczuciu krzywdy i w gniewie. A to wszystko zaledwie (lub raczej aż) przez kilka plotek. Prawdopodobnie całkowicie celowo sformułowanych.
- Zważ, że ci, na których ci zależy potrafią być - urwał, szukając właściwego słowa; takiego, które dobrze leżałoby na języku, oddawałoby istotę całego nieporozumienia (oj, swego czasu to było znacznie więcej niżeli tylko nieporozumienie) i nie godziłoby w niego aż tak mocno - nierozsądni - prawdopodobnie nie było lepszego słowa na to, w jaki sposób podszedł wtedy do tematu.
- Na swoją obronę mają jedynie tyle, że część tych informacji pochodziła od względnie sprawdzonego źródła - mruknął, bo nie byłby do końca sobą, gdyby nie podkreślił wszystkich aspektów sytuacji. - Stara nowa uniwersalna prawda, Moufette: nigdy nie wierz Potterowi - no cóż, sam przez lata jakoś zapomniał o tym, jakim skandalistą i starą babą z wesela był jego przyjaciel.
Nie dało się tego ukryć.
Tak. Ze wszystkich kwestii, jakie wypierał albo raczej dogodnie nie brał ich pod uwagę, jakimś cudem był w stanie kiwnąć głową na fakt, że w istocie czasem zachowywał się jak osioł. Potrafił być dosyć krótkowzroczny i zamotany, gdy chodziło o tak głębokie i złożone uczucia, jakimi darzył Geraldine Yaxley. To nie było dla niego zupełnie normalne.
Choć może inaczej? To, co ich ze sobą łączyło było dla Ambroisa znacznie bardziej naturalne niż ten cały dystans, jaki narzucali sobie przez prawie dwa lata. Nie było dla niego typowym utrzymywanie przy niej pokerowej twarzy, wypowiadanie oschłych, lodowato zimnych słów. Odpychanie jej za każdym razem, gdy wydawało się, że zaczynają zbyt mocno zbliżać się do siebie nawzajem.
To, co działo się między nimi w tym momencie było bez wątpienia lepsze. Wreszcie mogli znaleźć się naprawdę blisko. Ciało przy ciele. W całkiem satysfakcjonującym cielesnym potrzasku.
- Kocham cię, Geraldine Artemisio Yaxley - mruknął w odpowiedzi, wtulając nos w ciepłą szyję dziewczyny i zamykając oczy.
Delektując się chwilą. Jedną z wielu, jakie na nich czekały. Bo było dobrze. Jeszcze miało być dobrze. Chyba naprawdę był skłonny w to uwierzyć.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down