Uniósł dłoń, kiedy pojawiło się wywołanie do tablicy.
- Yo. - Ruch ręką całkowicie leniwy, opadła tak samo gładko, jak została uniesiona. W tym swoim bezruchu, w który zapadł, podparty łopatkami o ścianę, przestawił nogi. Oparł teraz ciężar ciała na drugiej. Gdyby było w nim więcej dawnego "ja" to właśnie współczułby Astarothowi. Teraz było tylko wrażenie, że szkoda chłopaka - i nie towarzyszyły temu odczucia wyższe. Może to odrobina uzbrojenia się na wszystko, co złe i bolesne, obojętność, a może rozpadająca się dusza od czarnej magii. Może wszystkiego po trochę. - W zasadzie mogę pomóc z poszukaniem typa. - Wzruszył lekko ramionami, bo już czuł, że pojawi się chmurne spojrzenie od Astarotha. Jak to tak, korzystać z pomocy kogoś, kto dał mu wpierdol i jeszcze jego filozofia była niezgodna z jego? Mógł pomóc, jasne - inna sprawa, że mógł też nie-pomóc, kiedy już pomoże znaleźć. Bo przecież nie mogło być tak, że nagle Astaroth zacznie wyżynać wampirzą społeczność. Komuś się to nie spodoba, a Sauriel nie chciał być prowodyrem chaosu. Wyjątkowo nie chciał być.
Laurent. Ciągle o tym gadali, o nim, o listach. Tak, tak, wiedział, co to za cwaniaczek (w końcu gazety czytał i nadstawiał ucha na plotki i ploteczki). Najwyraźniej ich łączył. Jakże tragicznie - bo łączyła ich też żądza krwi do tej szyi. Nie wtrącał się w to jednak, chociaż odrobina irytacji zaczęła się w nim już pojawiać. Przestawało mu się chcieć czekać, aż ta melodrama się skończy, to po pierwsze. Po drugie - ni chuja nie wiedział, o co chodzi, a wysuwanie wniosków na własny kredyt (i z pomocą własnej głowy) go wkurwiało. Nie dopytywał, bo to nie była jego sprawa. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Mógł pytać o rzeczy dotyczące Victorii, ale tutaj była osoba trzecia w postaci Astarotha. Przecież nie będzie wtykał nosa w życie typa, który za nim nie przepada, żeby jeszcze bardziej go nie drażnić. Nie był mu potrzebny podlotek łażący za nim tylko dla wywinięcia jakiegoś świństwa.
- Jestem bardzo, kurwa, skazitelny. - Mruknął, patrząc na te zaciśnięte pięści. - Przestań się przydupiać, chłopie. Vika próbuje ci tylko pomóc. - Victoria myśląca o nim jak o NIESKAZITELNYM? Och, chyba czułby się urażony, gdyby tak myślała. Znaczyłoby to, że nie widzi jego - widzi tylko wyobrażenie o nim. I tak miał takie podejrzenia, bo przecież jak Piękna mogłaby pokochać Bestię? Znali tę bajeczkę. Byli w pewnym zameczku. Widzieli pewną sukieneczkę. Tak, wszystko to było. A teraz chyba Astaroth bawił się w jakąś wersję Gastona. Nie, Victoria widziała go takim, jakim był. I to czyniło ją tak wyjątkową. Za to ją kochał. Ponieważ widziała - i akceptowała.
Za to uniósł brwi, kiedy wspomniała o... nich? Nas? Was? Mówiła o kim? O nim i Astarothcie?
- Nie spinaj się tak, to nie będzie czego kroić. - Bo jedynymi spiętymi osobami tutaj była Victoria i Astaroth. I tak, mógł się ugryźć w język, ale wchodził już w strefę niezadowolenia, szczególnie, kiedy z dupy Victoria przeniosła to na niego. - Nie będę waszym psem ofiarnym na wieszanie nerwów. - Już by go tu nie było po wypiedzeniu tych słów, gdyby nie to, że nie zamierzał zostawiać Victorii sam na sam z Astarothem. Teraz eliksir działa, a nie wiedzieli, jak długo będzie miał wpływ. Może zaraz nagle się skończy? I się znów na nią rzuci? A już pokazał, że nie jest przeciwnikiem, którego warto ignorować.
Myśl o wychodzeniu lub nie zniknęła - bo Astaroth sam postanowił stąd umknąć. Sauriel nie obejrzał się nawet za nim. Mrugnął tylko, kiedy mężczyzna go mijał, kiedy te drzwi machnęły w pokoju. Spoglądał na Victorię z niezmiennie znudzonym wyrazem twarzy - chociaż jego odczucia tej sytuacji były daleko do znudzonej.
- Szkoda na niego czasu. - Wiedział, że Victoria tak nie myślała. Sauriel, cóż, był bardziej okrutny i egoistyczny od niej. I wiedział też, że ona to robi... również z myślą o nim. - Brawo. Dobra robota z tym eliksirem. - Pochwalił ją, bo jej się należało. Kawał dobrej roboty.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.