23.03.2025, 19:03 ✶
Jeszcze chwilę temu stali w zatęchłym magazynie, gdzie powietrze wydawało się cięższe od wilgoci, za moment ciemne i gwieździste niebo zawisło nad nimi, pulsowało zieloną falą zorzy. Jeszcze kilka sekund stał nieruchomo, bo jego mózg musiał nadrobić tę przepaść pomiędzy duszną norą a nagłą, surową otwartością islandzkiego krajobrazu. Gdzieś w oddali szumiał gorący strumień. Oczywiście, że Anthony zrobił po swojemu. Oczywiście, że nie zapytał, czy Julian miał ochotę na taką zmianę scenerii. I oczywiście, że zrobił to z takim wdziękiem, że ciężko byłoby się na niego wkurwić. Auror wrócił myślami do wcześniejszych słów: o skrzypcach, winie, a w tej chwili miał gorące źródełko przed sobą. Najwyraźniej niektóre przyjemności nie wymagały dekoracji.
— Achhhhh, ty gadzie ty… Masz szczęście, że jestem otwarty na nowe doświadczenia. Mówią, że to klucz do długiego życia — odparł, ale również westchnął teatralnie jakby to porwanie kosztowało go więcej energii niż było to warte. Jakby nie lubił, gdy węże się wokół niego owijały. Z tym że Anthony — a idąc dalej ich porozumienie — nie zamierzał go raczej udusić. Podążył za młodszym mężczyzną w stronę małego, drewnianego domku, a kiedy stanął tuż przed drzwiami, zdjął kapelusz, zaraz potem pozbywając się płaszcza. Rzucił odzienie niedbale na oparcie krzesła obok Shafiqa, który zajął miejsce w środku. W głowie już szykował się do kolejnej wymiany słów, która miała iść w parze z ciepłem tej nocy.
— Wychowanek domu Godryka, mhm — zważył te słowa powoli i w ojczystym jężyku chcąc weryfikacji, czy Anthony rzeczywiście mógłby mieć czelność grać tym motywem, więc auror przechylił lekko głowę jak kot oceniając, czy rzucona w jego stronę zabawka była warta uwagi. Następnie zrobił krok do przodu, nie spiesząc się zbytnio przy tym i sięgnął po jedną z butelek stojących w schludnym rzędzie na półce. Obrócił ją w dłoniach, aby ocenić jej zawartość. — Wychowanie to jedno, ale natura to zupełnie inna sprawa — rzucił i sięgnął po dwa kieliszki po tym jak już otworzył butelkę. Napełnił je. I jeśli go pamięć nie myliła… Podniósł naczynie do ust, przyglądając się drugiemu mężczyźnie ponad jego krawędzią. To Anthony zawsze był tym, który preferował węże, prawda? Po czym kieliszek odstawił i sięgnął do mankietów swojej koszuli. Porwanie? No jeśli tak miała wyglądać bezprawna działalność Shafiqa, to może faktycznie nie miał zamiaru go tego dnia aresztować.
— Lubię mieć kontrolę nad tym dokąd się wybieram — prawie fuknął. Chwilami naprawdę był zmęczony tym ciągłym udawaniem, że jego życie nie polegało na improwizacji w obliczu cudzej bezczelności. — Skucie cię byłoby marnotrawstwem — rozpiął koszulę i zsunął ją z ramion, zawiesił na krześle obok marynarki. — I chociaż pewnie sprawiłoby ci to pewną perwersyjną przyjemność, bo z jakiegoś powodu pytasz mnie o to już drugi raz w ciągu tego wieczoru — Bletchley popatrzył na niego z rozbawieniem, kiedy sięgnął po ręcznik, ale ton głosu miał niższy, bardziej jedwabisty. — To nie mam dziś ochoty na zabawę w strażnika — odwrócił się, aby podejść do krawędzi źródełka. — Ale skoro już mnie tak namiętnie porwałeś… To chyba wypada skorzystać — i z nonszalancją jakby wcale nie został przed chwilą przeniesiony do innego kraju wbrew własnej woli, sięgnął do paska spodni i rozpiął go powoli. — Znalazłeś to w ogóle czego szukałeś w tym magazynie? — zagaił.
— Achhhhh, ty gadzie ty… Masz szczęście, że jestem otwarty na nowe doświadczenia. Mówią, że to klucz do długiego życia — odparł, ale również westchnął teatralnie jakby to porwanie kosztowało go więcej energii niż było to warte. Jakby nie lubił, gdy węże się wokół niego owijały. Z tym że Anthony — a idąc dalej ich porozumienie — nie zamierzał go raczej udusić. Podążył za młodszym mężczyzną w stronę małego, drewnianego domku, a kiedy stanął tuż przed drzwiami, zdjął kapelusz, zaraz potem pozbywając się płaszcza. Rzucił odzienie niedbale na oparcie krzesła obok Shafiqa, który zajął miejsce w środku. W głowie już szykował się do kolejnej wymiany słów, która miała iść w parze z ciepłem tej nocy.
— Wychowanek domu Godryka, mhm — zważył te słowa powoli i w ojczystym jężyku chcąc weryfikacji, czy Anthony rzeczywiście mógłby mieć czelność grać tym motywem, więc auror przechylił lekko głowę jak kot oceniając, czy rzucona w jego stronę zabawka była warta uwagi. Następnie zrobił krok do przodu, nie spiesząc się zbytnio przy tym i sięgnął po jedną z butelek stojących w schludnym rzędzie na półce. Obrócił ją w dłoniach, aby ocenić jej zawartość. — Wychowanie to jedno, ale natura to zupełnie inna sprawa — rzucił i sięgnął po dwa kieliszki po tym jak już otworzył butelkę. Napełnił je. I jeśli go pamięć nie myliła… Podniósł naczynie do ust, przyglądając się drugiemu mężczyźnie ponad jego krawędzią. To Anthony zawsze był tym, który preferował węże, prawda? Po czym kieliszek odstawił i sięgnął do mankietów swojej koszuli. Porwanie? No jeśli tak miała wyglądać bezprawna działalność Shafiqa, to może faktycznie nie miał zamiaru go tego dnia aresztować.
— Lubię mieć kontrolę nad tym dokąd się wybieram — prawie fuknął. Chwilami naprawdę był zmęczony tym ciągłym udawaniem, że jego życie nie polegało na improwizacji w obliczu cudzej bezczelności. — Skucie cię byłoby marnotrawstwem — rozpiął koszulę i zsunął ją z ramion, zawiesił na krześle obok marynarki. — I chociaż pewnie sprawiłoby ci to pewną perwersyjną przyjemność, bo z jakiegoś powodu pytasz mnie o to już drugi raz w ciągu tego wieczoru — Bletchley popatrzył na niego z rozbawieniem, kiedy sięgnął po ręcznik, ale ton głosu miał niższy, bardziej jedwabisty. — To nie mam dziś ochoty na zabawę w strażnika — odwrócił się, aby podejść do krawędzi źródełka. — Ale skoro już mnie tak namiętnie porwałeś… To chyba wypada skorzystać — i z nonszalancją jakby wcale nie został przed chwilą przeniesiony do innego kraju wbrew własnej woli, sięgnął do paska spodni i rozpiął go powoli. — Znalazłeś to w ogóle czego szukałeś w tym magazynie? — zagaił.