24.03.2025, 23:06 ✶
- Naprawdę? Chyba się tak nie znam na herbatach, zwykle piję kawy. Musisz mi kiedyś przygotować swoją ulubioną. - wzruszył ramionami, wpraszając się przy okazji na trunek i tym samym zapowiadając dziewczynie, że łatwo się od niego nie uwolni. Bo nieważne, jak trudne i mroczne będą czasy, jak będzie zajęty udawaniem lidera, to dla niej zawsze znajdzie czas. I może za kilka lat będą siedzieć przy herbatce, wspominając te udawane zaręczyny, a może.. Zmrużył oczy, przyglądając się jej błyszczącym ustom. Wilgoć podkreślała ich kształt, wyglądały na tyle apetycznie, że musiał odwrócić wzrok, żeby stłumić chęć pocałowania jej. Bo wiedział, że nie mógł przekroczyć pewnej granicy. I że pewnie by się nie powstrzymał.
Zamierzała jednak mówić. I musiał skupić się na tym, postawić ją na pierwszym miejscu.
A do dobrego słuchania, potrzebna była wygoda, co miały zapewnić mu jej kolana. Pomyślał nawet, że go zepchnie, ale ryzyko należało podjąć, zwłaszcza że Rosie zawsze ładnie pachniała. Patrzył na nią z dołu z tym swoim odrobinę chłopięcym wyrazem oczu, łagodnym uśmiechem, gotowy do wysłuchania opowieści. Nie miał pojęcia, czego mogły dotyczyć jej problemy, nigdy się nie przykładał do Historii Magii, a co za nią idzie, tego, z czym wiązały się najważniejsze nazwiska w magicznym świecie. Nie bez powodu byli nazywani srebrną dwudziestką ósemką, nawet jeśli niektóre były mniej godne. Brudniejsze.
- Pewnie nie. To z troski. - zapewnił ją szczerze, nie komentując tego, jak sięgnęła po papierosy. Gdyby nie ta jej mina, to pewnie by je próbował zabrać i dać monolog o tym, że takie damy jak ona, nie powinny palić. Wyglądała spokojnie, pięknie i smutno, gdy tak spoglądała w obsypane gwiazdkami, nocne niebo Szkocji. Miał nadzieję, że ten widok i dzika przyroda dookoła sprawi, że będzie jej chociaż trochę lepiej, cokolwiek ją gniotło od środka. Mimowolnie zerknął w stronę swojego nadgarstka, gdzie tkwiła bransoletka z czarną perełką. Mruknął cicho na potwierdzenie jej słów, odpuszczając sobie jakikolwiek słowa. Bo tak było, wielokrotnie to poczuł. Milczenie nie było dobrym rozwiązaniem, było formą samobiczowania, zwłaszcza stosowane w celu ochrony kogoś, kto być może tego wcale nie potrzebował.
Z uwagą słuchał o kniei, nie mając pojęcia, że jej rodzina jest aż tak z drzewami splątana, a każde jej kolejne słowo sprawiało, że nieco bladł. Nie podobało mu się to, co słyszał — zwłaszcza fragment o usychających drzewach. Nie wiedział, jak dosłownie brać to, że stają się lasem. I jakie stworzenie dokładnie miała na myśli, bo był idiotą i teraz żałował, że się bardziej nie przykładał. Poczuł złość, poczuł palące ciepło na policzkach, które wywołało w nim jej drżenie. Zacisnął dłonie w pięści, przełykając ślinę. Olbrzymie pokłady agresji próbowały się wydostać, ale walczył i je tłumił, bo wcale nie chodziło dzisiejszego wieczora o niego. Wszystko to było dla niej. Nie zauważył momentu, w którym się podniósł do pozycji siedzącej.
Paliło go. Odwrócił się przodem do niej, przysuwając się blisko i dłonią złapał za jej podbródek, palcami drugiej ręki ocierając łzy płynące z jej oczu. Pierwszy raz wydała mu się taka bezbronna i krucha, pozbawiona tych swoich kolców, ciętych ripost. Przyglądał się jej z niejaką fascynacją, ale i troską, niekontrolowanie gładząc jej twarz, zatapiając jej policzek we własnej dłoni.
- Nie umrzesz. Twoja rodzina nie umrze. I Twój brat też nie umrze. Nie pozwolę na to. - jego ton był stanowczy, uparty, jakby był święcie przekonany, że będzie tak, a nie inaczej. Przesunął dłoń w stronę butelki z winem, którą tak kurczowo trzymała i zabrał jej trunek, odkładając na bok, pozbawił ją tez papierosa, a potem.. A potem Anthony Borgin przyciągnął ją do siebie i zamknął w swoich ramionach, chowając jej twarz przy swojej szyi. Jedną dłonią gładził ją po plecach, drugą przesuwał po włosach. Pocałował czubek jej głowy.
- Nie znam się na lasach, ale mam znajomych w Ministerstwie i dużo pieniędzy. Skoro trzeba Niewymownego pogonić, to tak będzie. Nic Ci nie będzie, słyszysz mnie Rosie? Nie myśl tak nawet. Znajdziemy sposób, żeby ocalić knieję. Niezależnie od tego, jakie kroki będzie trzeba podjąć. Zrobię wszystko, żeby Ci pomóc.
Mimowolnie powędrował myślami w stronę swojej organizacji, w stronę Mistrza i jego możliwości. Poczuł kształt znaku odciskającego się na skórze pod ubraniem, zakrytego przecież zaklęciem. Mógłby pogrążyć cały świat w chaosie i spełnić każde życzenie Czarnego Pana, jeśli to by ją ochroniło. Bo obiecał, że będzie za nią odpowiedzialny, a Borginowie zawsze dotrzymywali słowa. . - Co to było za stworzenie? - zapytał, zaciskając następnie wargi, ewentualnie pozwalając się jej przesunąć tak, żeby było jej wygodniej, żeby mogła się o niego oprzeć lub też odsunąć, jeśli miała na to ochotę. Nie chciał zabierać jej swobody na dłużej, niż było to konieczne, ale do chuja, nie mógł znieść, że płakała i rozjebałby teraz każdego, kto się do tego przyczynił.
Zamierzała jednak mówić. I musiał skupić się na tym, postawić ją na pierwszym miejscu.
A do dobrego słuchania, potrzebna była wygoda, co miały zapewnić mu jej kolana. Pomyślał nawet, że go zepchnie, ale ryzyko należało podjąć, zwłaszcza że Rosie zawsze ładnie pachniała. Patrzył na nią z dołu z tym swoim odrobinę chłopięcym wyrazem oczu, łagodnym uśmiechem, gotowy do wysłuchania opowieści. Nie miał pojęcia, czego mogły dotyczyć jej problemy, nigdy się nie przykładał do Historii Magii, a co za nią idzie, tego, z czym wiązały się najważniejsze nazwiska w magicznym świecie. Nie bez powodu byli nazywani srebrną dwudziestką ósemką, nawet jeśli niektóre były mniej godne. Brudniejsze.
- Pewnie nie. To z troski. - zapewnił ją szczerze, nie komentując tego, jak sięgnęła po papierosy. Gdyby nie ta jej mina, to pewnie by je próbował zabrać i dać monolog o tym, że takie damy jak ona, nie powinny palić. Wyglądała spokojnie, pięknie i smutno, gdy tak spoglądała w obsypane gwiazdkami, nocne niebo Szkocji. Miał nadzieję, że ten widok i dzika przyroda dookoła sprawi, że będzie jej chociaż trochę lepiej, cokolwiek ją gniotło od środka. Mimowolnie zerknął w stronę swojego nadgarstka, gdzie tkwiła bransoletka z czarną perełką. Mruknął cicho na potwierdzenie jej słów, odpuszczając sobie jakikolwiek słowa. Bo tak było, wielokrotnie to poczuł. Milczenie nie było dobrym rozwiązaniem, było formą samobiczowania, zwłaszcza stosowane w celu ochrony kogoś, kto być może tego wcale nie potrzebował.
Z uwagą słuchał o kniei, nie mając pojęcia, że jej rodzina jest aż tak z drzewami splątana, a każde jej kolejne słowo sprawiało, że nieco bladł. Nie podobało mu się to, co słyszał — zwłaszcza fragment o usychających drzewach. Nie wiedział, jak dosłownie brać to, że stają się lasem. I jakie stworzenie dokładnie miała na myśli, bo był idiotą i teraz żałował, że się bardziej nie przykładał. Poczuł złość, poczuł palące ciepło na policzkach, które wywołało w nim jej drżenie. Zacisnął dłonie w pięści, przełykając ślinę. Olbrzymie pokłady agresji próbowały się wydostać, ale walczył i je tłumił, bo wcale nie chodziło dzisiejszego wieczora o niego. Wszystko to było dla niej. Nie zauważył momentu, w którym się podniósł do pozycji siedzącej.
Paliło go. Odwrócił się przodem do niej, przysuwając się blisko i dłonią złapał za jej podbródek, palcami drugiej ręki ocierając łzy płynące z jej oczu. Pierwszy raz wydała mu się taka bezbronna i krucha, pozbawiona tych swoich kolców, ciętych ripost. Przyglądał się jej z niejaką fascynacją, ale i troską, niekontrolowanie gładząc jej twarz, zatapiając jej policzek we własnej dłoni.
- Nie umrzesz. Twoja rodzina nie umrze. I Twój brat też nie umrze. Nie pozwolę na to. - jego ton był stanowczy, uparty, jakby był święcie przekonany, że będzie tak, a nie inaczej. Przesunął dłoń w stronę butelki z winem, którą tak kurczowo trzymała i zabrał jej trunek, odkładając na bok, pozbawił ją tez papierosa, a potem.. A potem Anthony Borgin przyciągnął ją do siebie i zamknął w swoich ramionach, chowając jej twarz przy swojej szyi. Jedną dłonią gładził ją po plecach, drugą przesuwał po włosach. Pocałował czubek jej głowy.
- Nie znam się na lasach, ale mam znajomych w Ministerstwie i dużo pieniędzy. Skoro trzeba Niewymownego pogonić, to tak będzie. Nic Ci nie będzie, słyszysz mnie Rosie? Nie myśl tak nawet. Znajdziemy sposób, żeby ocalić knieję. Niezależnie od tego, jakie kroki będzie trzeba podjąć. Zrobię wszystko, żeby Ci pomóc.
Mimowolnie powędrował myślami w stronę swojej organizacji, w stronę Mistrza i jego możliwości. Poczuł kształt znaku odciskającego się na skórze pod ubraniem, zakrytego przecież zaklęciem. Mógłby pogrążyć cały świat w chaosie i spełnić każde życzenie Czarnego Pana, jeśli to by ją ochroniło. Bo obiecał, że będzie za nią odpowiedzialny, a Borginowie zawsze dotrzymywali słowa. . - Co to było za stworzenie? - zapytał, zaciskając następnie wargi, ewentualnie pozwalając się jej przesunąć tak, żeby było jej wygodniej, żeby mogła się o niego oprzeć lub też odsunąć, jeśli miała na to ochotę. Nie chciał zabierać jej swobody na dłużej, niż było to konieczne, ale do chuja, nie mógł znieść, że płakała i rozjebałby teraz każdego, kto się do tego przyczynił.