25.03.2025, 02:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2025, 02:25 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
To była wyjątkowo niska zagrywka. Tekst godny dokładnie tego szczenięcego poziomu, jaki zatrważająco często prezentowali wobec siebie nawzajem w tych dobrych czasach. Wtedy, kiedy niektórym wyjątkowo trudno byłoby uwierzyć w to jak ta dwójka potrafiła zachowywać się w swojej obecności.
W czterech ścianach mieszkania przy Horyzontalnej zdecydowanie pozwalali sobie na to, co według powszechnej opinii nie przystawało ludziom o ich pozycji czy też w ich wieku. W domu nad morzem jeszcze bardziej wykraczali z tym poza wszelkie granice i pokrętne normy. Te, które nie były ich zasadami.
Całkiem zgrabnie dało się ukryć to, co działo się między nimi w przestrzeni publicznej. Podczas wydarzeń towarzyskich, spotkań socjety, rodzinnych obiadów i tak dalej. Wtedy też nie byli najbardziej zdystansowani. Stosunkowo szybko opuszczali oficjalne grono, zdecydowanie korzystali z wszelkich możliwych dogodnych okazji.
Wizyta w Maida Vale była jednym z ich bardziej poprawnych momentów. W rosarium zachowywali się całkiem należycie. No, poza kilkoma przelotnie skradzionymi pocałunkami w pewnym sensie rozmywającymi wrażenie, że byli dopiero debiutującą przyszłą parą. Choć w pewnym sensie dokładnie tak było?
Ich sytuacja była wtedy całkowicie niejasna. Nie spotykali się ze sobą, jednocześnie się ze sobą spotykając. Poszli na randkę, ale zarazem nie mieli do siebie wrócić. W tym wypadku poniekąd także zachowywali się jak nastolatki. Tyle tylko, że w niewłaściwy sposób.
Całe szczęście mieli to już za sobą. Mogli leżeć razem w łóżku, prowadząc te niepoważne rozmowy i delektując się lenistwem. Ich chwilą. Sobą nawzajem. To był naprawdę dobry poranek.
- Do usług - uniósł kąciki ust, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie; oczywiście, że cholernie pasowało mu takie ujęcie tematu.
Nie zamierzał zwalać tego na ich wyjątkowe szczęście. W żadnym wypadku nie dopuszczał myśli o tym, że mogliby nie mieć kontroli nad tą płaszczyzną swojego życia. Zamiast tego bardzo gładko przyjmował narrację, że po prostu w istocie potrafili zadbać o to, żeby zaliczając siebie nawzajem, jednocześnie nie zaliczyć żadnych nieoczekiwanych niespodzianek.
Nie, żeby było to czymś, co wyjątkowo zaprzątało mu głowę. W żadnym wypadku. Przynajmniej nie od momentu, w którym jasno się wobec siebie określili i przestali być swoimi przyjaciółmi. Wcześniej? Przez wiele tygodni podświadomie unikał angażowania się w przypadkowe przygody. Mimowolnie wolał platonicznie spędzać czas ze swoją najlepszą przyjaciółką zamiast odwiedzać cudze alkowy. Wolał spać na kanapie albo w pokoju gościnnym, rozmawiając przez pół nocy, włócząc się razem po mieście albo robiąc coś jeszcze innego.
A gdy wreszcie określili się swoimi, niespecjalnie przejmował się ewentualnymi efektami ubocznymi wspólnych dni i nocy. Praktycznie nie myślał o tej ewentualności. Przynajmniej do pewnego momentu w siedemdziesiątym pierwszym. Jasne, przedtem też od czasu do czasu przechodziło mu to przez myśl, ale skoro mieli spędzić razem życie...
...prędzej czy później i tak mieli sformalizować swój związek. Nieoczekiwany pąkiel byłby zaskoczeniem, szczególnie po wielu latach, ale nie nazwałby go dramatem. Szczególnie, że w pewnej chwili zaczął dojrzewać do myśli o świadomych staraniach. Ona także.
Echo tamtych słów w dalszym ciągu brzmiało gdzieś tam w głębi jego umysłu, jednak nie potrzebował wyciągać tego na wierzch. Nie po raz kolejny. To zupełnie nic by im nie dało. Nie mogli cofnąć się w przeszłość, żeby podjąć inne decyzje. Wtedy nie sięgnęli po słowa. Nie podjęli tematu. Nie mogli tego zmienić, zresztą co to by dało?
Bez wątpienia byliby teraz w zupełnie innym miejscu. Tyle tylko, że nie mieli pojęcia, w jakim. Mogło być lepsze, mogło by być gorsze. Chyba nie chciał spekulować na ten temat. Nie potrzebowali rozdrapywać tych ran. Nie, gdy i tak powiedzieli sobie naprawdę dużo, tyle tylko, że w bardzo zły sposób.
Skierowali te słowa nie do siebie a przeciwko sobie. Zrobili obusieczny miecz z czegoś, co powinno przynosić wyłącznie szczęście. W tym momencie powoli dążyli do tego, żeby zmienić sytuację między nimi. Podjęli pierwsze naprawdę zdecydowane kroki. Ruszyli z miejsca, w którym tak długo krążyli w kółko, że wyryli nogami głęboki kanion.
Teraz miało być lepiej. Nie musieli prowadzić dyskusji o tym, co mogło się wtedy wydarzyć. Wystarczyło, że w jakimś momencie powinni poruszyć temat tego, czego obecnie chcieli od życia. Mieli jasność, czego pragną od siebie nawzajem. Pozostało im jeszcze ustosunkowanie się wobec tego wszystkiego, co dotyczyło ich wspólnej przyszłości.
Z perspektywy Ambroisa zmieniło się naprawdę dużo. Uczucia pozostały. Silne i niezmienione. Nawet upływ czasu nie mógł uderzyć w to, co czuł w stosunku do Geraldine. A jednak jakiekolwiek plany odnośnie tworzenia rodziny większej niż dwuosobowa (no i Astaroth; był świadomy, że powinien wliczać w to brata Riny), jakie mógł ostrożnie formułować w siedemdziesiątym pierwszym odeszły w zapomnienie.
Całkowicie i niezaprzeczalnie. Wiedząc to, co wiedział. Widząc to, co widział. To po prostu nie była rzeczywistość, w której podejmowanie świadomych decyzji o powiększeniu stada byłoby racjonalne. Raczej nie chciał, żeby ich ewentualne decyzje i skłonność do ładowania się w głębokie bagno wpływały na życie kogokolwiek poza nimi.
Tak jak swego czasu powiedział przyjaciółce: nie przewidywał pąkli. Nawet jeśli wtedy jego sytuacja związkowa wyglądała zupełnie inaczej. W dalszym ciągu uważał to za naprawdę egoistyczny, bardzo niewłaściwy pomysł. Zamysł, który w ogóle nie wchodził w grę. Prawdopodobnie i tak nigdy się do tego nie nadawał. To nie była rola dla niego, ale nie musiała być. Mogli spełniać się na zupełnie innych płaszczyznach. Być ze sobą nawzajem. W dalszym ciągu doprowadzając się na skraj szaleństwa, tyle tylko, że tym razem w pozytywnych znaczeniach tego określenia.
Nie było co roztrząsać przegapionych okazji i szans, które rozwiewały się na wietrze wraz z upływem czasu. Najważniejsze, że mieli siebie.
- Gdy tak to ujmujesz - zaczął powoli, bardzo wyraźnie wypowiadając każde kolejne słowo. - Nie wiem, co zrobisz nie mogąc ani stać, ani siedzieć, ale zapewniam cię, że reklamacji nie będzie - nie, żadnych nie potrzebowali, ryzyko nie istniało, zwłaszcza po jej słowach.
Kiedyś to było dla nich całkowicie normalne. Teoretycznie wcale nie tak dawno temu, lecz w pewnym sensie mogłoby zdawać się, że w zupełnie innym życiu. W znacznie prostszych czasach, choć czy aby zupełnie na pewno? Już wtedy nie było łatwo. Ludziom takim jak oni nigdy nie było pisane zupełnie spokojne życie.
A jednak mieli swoją rutynę. Spokojne, leniwe poranki w pościeli. Popołudnia spędzane w salonie. Wieczory przed kominkiem. Pikniki na plaży. Całkiem błogie życie. Potrafili odpocząć, zupełnie nic nie robić, nigdzie się nie spieszyć. Z czasem zaczęli wyrabiać sobie nawyki.
Często wstawał bardzo wcześnie rano. Zazwyczaj wcześniej niż jego dziewczyna, żeby wyszykować się na dyżur w pracy. Zazwyczaj szykował wtedy szybkie śniadanie i kawę na okoliczność minięcia się z wstającą dziewczyną w drzwiach sypialni albo obdarzenia ją sennym pocałunkiem, po czym szedł podbijać Munga, mhm, bardzo mu to wychodziło do pracy. Byli szczęśliwi.
- Są wyjątkowo seksowne i twarzowe. Wiem. Wzbudzają w tobie dzikie żądze. Nie myślisz o niczym innym jak tylko o nich - był zadziwiająco poważny, gdy to mówił, nawet jak dla siebie samego, nawet nie drgnęła mu powieka.
Oczywiście, że były obrzydliwe. Latem dodatkowo przyciągały wszelkie owady. Zwłaszcza muszki. Nikt nie wyglądał w nich dobrze. Roise sam nie wiedział, czemu dyrekcja szpitala tak bardzo uparła się na ten kolor. Cóż. Przynajmniej byli widoczni już z daleka.
- Innej nie potrzebuję. Wiesz jak mówią - uderzył językiem o podniebienie, tym razem unosząc kąciki ust. - Dwóch zawsze ich jest. Nie mniej, nie więcej. Mistrz i jego uczeń - to tyczyło się nie tylko tego, o czym teraz rozmawiali, prawda?
Było znacznie głębsze. Bardziej złożone. Była nie tylko jego ponętną uczennicą. Była jego...
...w gruncie rzeczy wszystkim. Nawet wtedy, kiedy zakładała, że jest zupełnie inaczej. Nie chciał nikogo innego. Była jego osobą. Jego światem. Bratnią duszą, Anam Cara - jak zwał tak zwał. Najważniejsze, że to z nią chciał spędzić życie. Z nikim poza nią. Tym razem całkowicie właściwie.
- Lepiej szybciej niż później, nie? - Odpowiedział, wzruszając ramionami.
Niby nigdzie nie musieli się spieszyć, ale chyba nie potrzebowali zwlekać z niektórymi rzeczami. Zwłaszcza w sytuacjach, w których ich termin był raczej jasno określony, choć nie tylko. Były też inne kwestie, inne możliwości do całkiem rychłego rozważenia.
- Jeszcze nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo nierozsądna potrafi być - odmruknął, mrugając do niej prowokacyjnie. - Ta osoba, oczywiście - w końcu nie wytykali nikogo palcami, prawda?
Mówili o kimś. Nie używali imion. Nie wskazywali bezpośrednio. Wobec tego dużo łatwiej było mówić o zupełnym braku rozsądku nie tylko w tym negatywnym sensie. Nie wyłącznie pod kątem idiotycznych, wręcz krzywdzących nieporozumień. Tych, przez które rzeczywiście mógł przytaknąć na słowa dziewczyny.
Ale tego nie zrobił. Zamiast tego po prostu rzucił imieniem. Całkiem wymownie. W końcu oboje znali te konkretne źródło. Źródełko niewyczerpanych bujd wyssanych z palca. Ewidentnie.
- Romulus - przytaknął tak, jakby zupełnie go to już nie dziwiło.
Oczywiście, że powinien patrzeć na słowa przyjaciela z przymrużeniem oka, ale tego nie zrobił. Czuł też pewną potrzebę obronienia Pottera przed zupełnie miażdżącą krytyką. W pewnym sensie rozumiał do tego, do czego dążył Romy. Nie był głupi. Oczywiście, że zauważył, czym były podszyte tamte słowa. Tyle tylko, że padły na niewłaściwy grunt. Zostały zasiane w taki sposób, że w żadnym razie nie przyniosłyby oczekiwanych efektów. Wręcz przeciwnie. Zupełnie go zmiażdżyły.
- W jego ograniczonym kurzym móżdżku to chyba miało mnie skłonić do działania - zauważył, lekko unosząc brwi i kręcąc głową z niedowierzaniem na to, jak bardzo idiotycznie to brzmiało. - Pajac naprawdę cię lubi...ł? - kontynuował, bardzo znacząco mrużąc oczy w niemym pytaniu: nie miał zielonego pojęcia czy ta dwójka nadal utrzymuje kontakty. - Na swój posrany sposób chyba sądził, że skłoni mnie to do działania? Znasz go. Jestem pewien, że baran zaczytuje się w powieścidłach dla gospodyń domowych. Patrząc na to teraz - gdy już chyba dostatecznie znacząco wyjaśnili sobie fakty - chyba oczekiwał, że będę o ciebie walczyć? Wyrwę się z marazmu, skoczę do przodu, rzucę się w wir działania - zasugerował brzmiąc dokładnie tak, jakby sam nie do końca dowierzał w to, w jaki sposób to wyglądało.
Jasne. W każdym innym wypadku pewnie rzeczywiście byłby w stanie zirytować się na tyle, żeby coś zrobić. Zmienić narrację. Podjąć bardziej zdecydowane kroki. Tyle tylko, że na tamtym etapie życia niestety nie potrzebował zbyt wiele, żeby zacząć macerować się w poczuciu zranienia.
Nigdy nie mówił Romulusowi o nieudanych dwóch próbach oświadczyn. Nie poruszał tego tematu tak naprawdę z nikim. Nieważne jak bliskim. Nie wspomniał o tym. A potem niemalże od razu usłyszał wieści. Zupełnie bez przygotowania. Całkowicie z grubej rury. Bez wcześniejszych plotek o rozwoju romansu między dwójką dziecięcych przyjaciół. Niemal od razu usłyszał magiczne słowo zaręczyny.
Wycofał się bez walki. Nie powinien tego robić, ale jeszcze bardziej się odsunął. To zadziałało na niego zupełnie przeciwnie do prawdopodobnych założeń. Poczuł się tak, jakby całe jego życie z Geraldine było jedną wielką mistyfikacją. Tak, jakby nagle uświadomiono go o tym, że ukochana trzymała go jak zwierzątko domowe. Czekając na kogoś innego. Kogoś, za kogo naprawdę chciałaby wyjść.
To było głupie myślenie. Debilne i idiotyczne. Pozbawione logiki. Urągające ich wspólnej historii. Nie pasujące ani do niej, ani do niego. Teoretycznie powinien wiedzieć, że nigdy by mu tego nie zrobiła, jednakże to była jego część błędnie przyjętej łatwej narracji. On się nią znudził. Ona brała go na przeczekanie. Zatrważające jak nisko upadli.
Teraz musieli podnieść się z kolan. Robili to właśnie w tej chwili, choć tak naprawdę poniekąd już od tygodnia. Być może nieporadnie. Kłócili się, zadawali sobie ból, ale było między nimi wyjątkowo dużo szczerości. Pomiędzy tymi wszystkimi nieprzemyślanymi słowami naprawdę do czegoś zmierzali. Do tego momentu. Do tej chwili.
Obejmując się nago w miękkiej pościeli, obdarzając się nieskrępowanym dotykiem. Leżąc tak wspólnie bez potrzeby robienia czegokolwiek innego. Nie musieli ruszać się z łóżka. Nawet w tej chwili gdzieś zmierzali. Zmieniali swoje życie. To było najważniejsze.
- Wiem - odmruknął miękko, nie ukrywając tego jak dobrze te słowa brzmiały w jego uszach.
Tak. Kurewsko się kochali. Nie potrzebował nic więcej. No, może poza powoli nadchodzącym snem. Mogli odpocząć. Wojna się zakończyła, nadchodził świt.
W czterech ścianach mieszkania przy Horyzontalnej zdecydowanie pozwalali sobie na to, co według powszechnej opinii nie przystawało ludziom o ich pozycji czy też w ich wieku. W domu nad morzem jeszcze bardziej wykraczali z tym poza wszelkie granice i pokrętne normy. Te, które nie były ich zasadami.
Całkiem zgrabnie dało się ukryć to, co działo się między nimi w przestrzeni publicznej. Podczas wydarzeń towarzyskich, spotkań socjety, rodzinnych obiadów i tak dalej. Wtedy też nie byli najbardziej zdystansowani. Stosunkowo szybko opuszczali oficjalne grono, zdecydowanie korzystali z wszelkich możliwych dogodnych okazji.
Wizyta w Maida Vale była jednym z ich bardziej poprawnych momentów. W rosarium zachowywali się całkiem należycie. No, poza kilkoma przelotnie skradzionymi pocałunkami w pewnym sensie rozmywającymi wrażenie, że byli dopiero debiutującą przyszłą parą. Choć w pewnym sensie dokładnie tak było?
Ich sytuacja była wtedy całkowicie niejasna. Nie spotykali się ze sobą, jednocześnie się ze sobą spotykając. Poszli na randkę, ale zarazem nie mieli do siebie wrócić. W tym wypadku poniekąd także zachowywali się jak nastolatki. Tyle tylko, że w niewłaściwy sposób.
Całe szczęście mieli to już za sobą. Mogli leżeć razem w łóżku, prowadząc te niepoważne rozmowy i delektując się lenistwem. Ich chwilą. Sobą nawzajem. To był naprawdę dobry poranek.
- Do usług - uniósł kąciki ust, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie; oczywiście, że cholernie pasowało mu takie ujęcie tematu.
Nie zamierzał zwalać tego na ich wyjątkowe szczęście. W żadnym wypadku nie dopuszczał myśli o tym, że mogliby nie mieć kontroli nad tą płaszczyzną swojego życia. Zamiast tego bardzo gładko przyjmował narrację, że po prostu w istocie potrafili zadbać o to, żeby zaliczając siebie nawzajem, jednocześnie nie zaliczyć żadnych nieoczekiwanych niespodzianek.
Nie, żeby było to czymś, co wyjątkowo zaprzątało mu głowę. W żadnym wypadku. Przynajmniej nie od momentu, w którym jasno się wobec siebie określili i przestali być swoimi przyjaciółmi. Wcześniej? Przez wiele tygodni podświadomie unikał angażowania się w przypadkowe przygody. Mimowolnie wolał platonicznie spędzać czas ze swoją najlepszą przyjaciółką zamiast odwiedzać cudze alkowy. Wolał spać na kanapie albo w pokoju gościnnym, rozmawiając przez pół nocy, włócząc się razem po mieście albo robiąc coś jeszcze innego.
A gdy wreszcie określili się swoimi, niespecjalnie przejmował się ewentualnymi efektami ubocznymi wspólnych dni i nocy. Praktycznie nie myślał o tej ewentualności. Przynajmniej do pewnego momentu w siedemdziesiątym pierwszym. Jasne, przedtem też od czasu do czasu przechodziło mu to przez myśl, ale skoro mieli spędzić razem życie...
...prędzej czy później i tak mieli sformalizować swój związek. Nieoczekiwany pąkiel byłby zaskoczeniem, szczególnie po wielu latach, ale nie nazwałby go dramatem. Szczególnie, że w pewnej chwili zaczął dojrzewać do myśli o świadomych staraniach. Ona także.
Echo tamtych słów w dalszym ciągu brzmiało gdzieś tam w głębi jego umysłu, jednak nie potrzebował wyciągać tego na wierzch. Nie po raz kolejny. To zupełnie nic by im nie dało. Nie mogli cofnąć się w przeszłość, żeby podjąć inne decyzje. Wtedy nie sięgnęli po słowa. Nie podjęli tematu. Nie mogli tego zmienić, zresztą co to by dało?
Bez wątpienia byliby teraz w zupełnie innym miejscu. Tyle tylko, że nie mieli pojęcia, w jakim. Mogło być lepsze, mogło by być gorsze. Chyba nie chciał spekulować na ten temat. Nie potrzebowali rozdrapywać tych ran. Nie, gdy i tak powiedzieli sobie naprawdę dużo, tyle tylko, że w bardzo zły sposób.
Skierowali te słowa nie do siebie a przeciwko sobie. Zrobili obusieczny miecz z czegoś, co powinno przynosić wyłącznie szczęście. W tym momencie powoli dążyli do tego, żeby zmienić sytuację między nimi. Podjęli pierwsze naprawdę zdecydowane kroki. Ruszyli z miejsca, w którym tak długo krążyli w kółko, że wyryli nogami głęboki kanion.
Teraz miało być lepiej. Nie musieli prowadzić dyskusji o tym, co mogło się wtedy wydarzyć. Wystarczyło, że w jakimś momencie powinni poruszyć temat tego, czego obecnie chcieli od życia. Mieli jasność, czego pragną od siebie nawzajem. Pozostało im jeszcze ustosunkowanie się wobec tego wszystkiego, co dotyczyło ich wspólnej przyszłości.
Z perspektywy Ambroisa zmieniło się naprawdę dużo. Uczucia pozostały. Silne i niezmienione. Nawet upływ czasu nie mógł uderzyć w to, co czuł w stosunku do Geraldine. A jednak jakiekolwiek plany odnośnie tworzenia rodziny większej niż dwuosobowa (no i Astaroth; był świadomy, że powinien wliczać w to brata Riny), jakie mógł ostrożnie formułować w siedemdziesiątym pierwszym odeszły w zapomnienie.
Całkowicie i niezaprzeczalnie. Wiedząc to, co wiedział. Widząc to, co widział. To po prostu nie była rzeczywistość, w której podejmowanie świadomych decyzji o powiększeniu stada byłoby racjonalne. Raczej nie chciał, żeby ich ewentualne decyzje i skłonność do ładowania się w głębokie bagno wpływały na życie kogokolwiek poza nimi.
Tak jak swego czasu powiedział przyjaciółce: nie przewidywał pąkli. Nawet jeśli wtedy jego sytuacja związkowa wyglądała zupełnie inaczej. W dalszym ciągu uważał to za naprawdę egoistyczny, bardzo niewłaściwy pomysł. Zamysł, który w ogóle nie wchodził w grę. Prawdopodobnie i tak nigdy się do tego nie nadawał. To nie była rola dla niego, ale nie musiała być. Mogli spełniać się na zupełnie innych płaszczyznach. Być ze sobą nawzajem. W dalszym ciągu doprowadzając się na skraj szaleństwa, tyle tylko, że tym razem w pozytywnych znaczeniach tego określenia.
Nie było co roztrząsać przegapionych okazji i szans, które rozwiewały się na wietrze wraz z upływem czasu. Najważniejsze, że mieli siebie.
- Gdy tak to ujmujesz - zaczął powoli, bardzo wyraźnie wypowiadając każde kolejne słowo. - Nie wiem, co zrobisz nie mogąc ani stać, ani siedzieć, ale zapewniam cię, że reklamacji nie będzie - nie, żadnych nie potrzebowali, ryzyko nie istniało, zwłaszcza po jej słowach.
Kiedyś to było dla nich całkowicie normalne. Teoretycznie wcale nie tak dawno temu, lecz w pewnym sensie mogłoby zdawać się, że w zupełnie innym życiu. W znacznie prostszych czasach, choć czy aby zupełnie na pewno? Już wtedy nie było łatwo. Ludziom takim jak oni nigdy nie było pisane zupełnie spokojne życie.
A jednak mieli swoją rutynę. Spokojne, leniwe poranki w pościeli. Popołudnia spędzane w salonie. Wieczory przed kominkiem. Pikniki na plaży. Całkiem błogie życie. Potrafili odpocząć, zupełnie nic nie robić, nigdzie się nie spieszyć. Z czasem zaczęli wyrabiać sobie nawyki.
Często wstawał bardzo wcześnie rano. Zazwyczaj wcześniej niż jego dziewczyna, żeby wyszykować się na dyżur w pracy. Zazwyczaj szykował wtedy szybkie śniadanie i kawę na okoliczność minięcia się z wstającą dziewczyną w drzwiach sypialni albo obdarzenia ją sennym pocałunkiem, po czym szedł podbijać Munga, mhm, bardzo mu to wychodziło do pracy. Byli szczęśliwi.
- Są wyjątkowo seksowne i twarzowe. Wiem. Wzbudzają w tobie dzikie żądze. Nie myślisz o niczym innym jak tylko o nich - był zadziwiająco poważny, gdy to mówił, nawet jak dla siebie samego, nawet nie drgnęła mu powieka.
Oczywiście, że były obrzydliwe. Latem dodatkowo przyciągały wszelkie owady. Zwłaszcza muszki. Nikt nie wyglądał w nich dobrze. Roise sam nie wiedział, czemu dyrekcja szpitala tak bardzo uparła się na ten kolor. Cóż. Przynajmniej byli widoczni już z daleka.
- Innej nie potrzebuję. Wiesz jak mówią - uderzył językiem o podniebienie, tym razem unosząc kąciki ust. - Dwóch zawsze ich jest. Nie mniej, nie więcej. Mistrz i jego uczeń - to tyczyło się nie tylko tego, o czym teraz rozmawiali, prawda?
Było znacznie głębsze. Bardziej złożone. Była nie tylko jego ponętną uczennicą. Była jego...
...w gruncie rzeczy wszystkim. Nawet wtedy, kiedy zakładała, że jest zupełnie inaczej. Nie chciał nikogo innego. Była jego osobą. Jego światem. Bratnią duszą, Anam Cara - jak zwał tak zwał. Najważniejsze, że to z nią chciał spędzić życie. Z nikim poza nią. Tym razem całkowicie właściwie.
- Lepiej szybciej niż później, nie? - Odpowiedział, wzruszając ramionami.
Niby nigdzie nie musieli się spieszyć, ale chyba nie potrzebowali zwlekać z niektórymi rzeczami. Zwłaszcza w sytuacjach, w których ich termin był raczej jasno określony, choć nie tylko. Były też inne kwestie, inne możliwości do całkiem rychłego rozważenia.
- Jeszcze nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo nierozsądna potrafi być - odmruknął, mrugając do niej prowokacyjnie. - Ta osoba, oczywiście - w końcu nie wytykali nikogo palcami, prawda?
Mówili o kimś. Nie używali imion. Nie wskazywali bezpośrednio. Wobec tego dużo łatwiej było mówić o zupełnym braku rozsądku nie tylko w tym negatywnym sensie. Nie wyłącznie pod kątem idiotycznych, wręcz krzywdzących nieporozumień. Tych, przez które rzeczywiście mógł przytaknąć na słowa dziewczyny.
Ale tego nie zrobił. Zamiast tego po prostu rzucił imieniem. Całkiem wymownie. W końcu oboje znali te konkretne źródło. Źródełko niewyczerpanych bujd wyssanych z palca. Ewidentnie.
- Romulus - przytaknął tak, jakby zupełnie go to już nie dziwiło.
Oczywiście, że powinien patrzeć na słowa przyjaciela z przymrużeniem oka, ale tego nie zrobił. Czuł też pewną potrzebę obronienia Pottera przed zupełnie miażdżącą krytyką. W pewnym sensie rozumiał do tego, do czego dążył Romy. Nie był głupi. Oczywiście, że zauważył, czym były podszyte tamte słowa. Tyle tylko, że padły na niewłaściwy grunt. Zostały zasiane w taki sposób, że w żadnym razie nie przyniosłyby oczekiwanych efektów. Wręcz przeciwnie. Zupełnie go zmiażdżyły.
- W jego ograniczonym kurzym móżdżku to chyba miało mnie skłonić do działania - zauważył, lekko unosząc brwi i kręcąc głową z niedowierzaniem na to, jak bardzo idiotycznie to brzmiało. - Pajac naprawdę cię lubi...ł? - kontynuował, bardzo znacząco mrużąc oczy w niemym pytaniu: nie miał zielonego pojęcia czy ta dwójka nadal utrzymuje kontakty. - Na swój posrany sposób chyba sądził, że skłoni mnie to do działania? Znasz go. Jestem pewien, że baran zaczytuje się w powieścidłach dla gospodyń domowych. Patrząc na to teraz - gdy już chyba dostatecznie znacząco wyjaśnili sobie fakty - chyba oczekiwał, że będę o ciebie walczyć? Wyrwę się z marazmu, skoczę do przodu, rzucę się w wir działania - zasugerował brzmiąc dokładnie tak, jakby sam nie do końca dowierzał w to, w jaki sposób to wyglądało.
Jasne. W każdym innym wypadku pewnie rzeczywiście byłby w stanie zirytować się na tyle, żeby coś zrobić. Zmienić narrację. Podjąć bardziej zdecydowane kroki. Tyle tylko, że na tamtym etapie życia niestety nie potrzebował zbyt wiele, żeby zacząć macerować się w poczuciu zranienia.
Nigdy nie mówił Romulusowi o nieudanych dwóch próbach oświadczyn. Nie poruszał tego tematu tak naprawdę z nikim. Nieważne jak bliskim. Nie wspomniał o tym. A potem niemalże od razu usłyszał wieści. Zupełnie bez przygotowania. Całkowicie z grubej rury. Bez wcześniejszych plotek o rozwoju romansu między dwójką dziecięcych przyjaciół. Niemal od razu usłyszał magiczne słowo zaręczyny.
Wycofał się bez walki. Nie powinien tego robić, ale jeszcze bardziej się odsunął. To zadziałało na niego zupełnie przeciwnie do prawdopodobnych założeń. Poczuł się tak, jakby całe jego życie z Geraldine było jedną wielką mistyfikacją. Tak, jakby nagle uświadomiono go o tym, że ukochana trzymała go jak zwierzątko domowe. Czekając na kogoś innego. Kogoś, za kogo naprawdę chciałaby wyjść.
To było głupie myślenie. Debilne i idiotyczne. Pozbawione logiki. Urągające ich wspólnej historii. Nie pasujące ani do niej, ani do niego. Teoretycznie powinien wiedzieć, że nigdy by mu tego nie zrobiła, jednakże to była jego część błędnie przyjętej łatwej narracji. On się nią znudził. Ona brała go na przeczekanie. Zatrważające jak nisko upadli.
Teraz musieli podnieść się z kolan. Robili to właśnie w tej chwili, choć tak naprawdę poniekąd już od tygodnia. Być może nieporadnie. Kłócili się, zadawali sobie ból, ale było między nimi wyjątkowo dużo szczerości. Pomiędzy tymi wszystkimi nieprzemyślanymi słowami naprawdę do czegoś zmierzali. Do tego momentu. Do tej chwili.
Obejmując się nago w miękkiej pościeli, obdarzając się nieskrępowanym dotykiem. Leżąc tak wspólnie bez potrzeby robienia czegokolwiek innego. Nie musieli ruszać się z łóżka. Nawet w tej chwili gdzieś zmierzali. Zmieniali swoje życie. To było najważniejsze.
- Wiem - odmruknął miękko, nie ukrywając tego jak dobrze te słowa brzmiały w jego uszach.
Tak. Kurewsko się kochali. Nie potrzebował nic więcej. No, może poza powoli nadchodzącym snem. Mogli odpocząć. Wojna się zakończyła, nadchodził świt.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down