27.03.2025, 19:19 ✶
Wypadając z kamienicy z powrotem na ulicę, w przebłysku przytomności umysłu zdążył jeszcze chwycić torbę, którą rano zostawił w kuchni. Nie sądził, aby mieli możliwość wrócić do mieszkania. Prawdopodobnie nie przez najbliższe godziny, jeśli nie dni. W głębi serca wiedział, że czas nie był ich sprzymierzeńcem. Poza tym nie byli w stanie stwierdzić, co i kiedy mogło im się przydać. Potrzebował mieć przy sobie choć podstawowe środki medyczne. Poza tym zaopatrzył się jeszcze w dwa ostrza i ponownie upewnił się, że ma przy sobie jedno z lusterek dwukierunkowych.
Zemlął pod nosem przekleństwo związane z myślą, że kolejny raz mógł przestawić się na plecak. Racjonalnie rzecz biorąc: to było niemożliwe. Musiałby kupić sobie jeden z tych turystycznych, który zupełnie nie odpowiadał jego potrzebom. Poza tym był niepraktyczny pod wieloma innymi względami. Natomiast taki ze skóry wsiąkiewki kosztował majątek.
Mógł prosić ojca o sprezentowanie mu czegoś takiego. Miał pewność, że dostałby go bez jakichkolwiek pytań, ale nie zamierzał tego robić. Nie znosił nie być samowystarczalny. Dlatego w tym momencie przełożył sobie pasek przez ramię, zaciskając go tak, żeby przylegał jak najciaśniej na ukos piersi i nazwał to dniem.
Poniekąd miało to jeszcze drugie, znacznie bardziej makabryczne znaczenie. Gdyby nie wszechobecne kłęby dymu i popiół spadający z nieba, na zewnątrz byłoby przejmująco jasno. Tak jasno, że dałoby się pomylić dzień z nocą.
Zatrzymali się u szczytu schodów. Na ulicy panował nieopisany chaos. Horyzontalna nie przypominała już spokojnej ulicy, którą szli jeszcze kilka godzin wcześniej. Przechodnie biegli w panice. Niektórzy padali na ziemię, nie mając siły, by w dalszym ciągu stawiać opór przetaczającej się fali skłębionych ciał. Tej, która parła w kierunku Pokątnej. W samo epicentrum paniki. Szanse na to, że ci, którzy upadli jeszcze kiedykolwiek wstaną były nikłe.
Zaraz po wyjściu z budynku, jego wzrok umiótł także otaczające ich płonące budowle. Niektóre kamienice wciąż stały, ale inne już się zawaliły. W tym momencie dało się dostrzec ich faktyczny stan techniczny. Wszechobecny żywioł odsłaniał najsłabsze punkty miasta.
Budynki, których właściciele byli na tyle zamożni, aby dbać o swoje nieruchomości. I wręcz przeciwnie: te, które tylko z pozoru trzymały się dobrze. Miały względnie zadbane fasady, lecz naruszone fundamenty, struktury przeżarte zębem czasu, spróchniałe deski i spękane cegły nie wytrzymujące tak ekstremalnych temperatur.
Horyzontalna była pełna obu obrazów. Postępująca magiczna wojna odbijała się na głębokości sakiewek i pojemności skrytek w Banku Gringotta. Nawet, jeśli większość czarodziejów wciąż usiłowała sprawiać wrażenie, jakby bieżąca sytuacja nijak ich nie dotknęła. Było to dla niego dostrzegalne już wcześniej. Zarówno w oficjalnej, jak i nieoficjalnej działalności.
Stracił kilka całkiem lukratywnych kontraktów jako prywatny uzdrowiciel. Wiedział, że nikt nie przejął po nim roli. Na Ścieżkach i Nokturnie interesy także nie szły już tak gładko. Często gęsto naprawdę mocno usiłowano negocjować ceny. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. W zależności od tego, po której stronie się stało.
Kupcy chcieli kupować jak najtaniej. Sprzedawcy dorobić się małej fortuny na każdej przeprowadzanej transakcji. Dla pośredników zostawały skrawki. A przecież to tacy ludzie jak on w teorii ryzykowali najbardziej.
W tym momencie zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne, co by się działo; nie mogli już ponownie skorzystać z wcześniejszych dróg. Wąskie alejki pomiędzy Horyzontalną a Nokturnem musiały zacząć zmieniać się w śmiertelne pułapki. To tam budynki były najbardziej zniszczone i niestabilne.
Już wcześniej mieli cholernie dużo szczęścia, że udało im się nie zginąć pod gruzami. Skorzystali z praktycznie ostatniej szansy. A przecież i tak było blisko. Naprawdę blisko. Wciąż musieli porozmawiać o tamtych wydarzeniach, tyle tylko, że teraz mieli inne zadanie. Jeden bardzo jasny cel: znaleźć Astarotha.
W powietrzu unosił się smród dymu, palonego drewna, topniejącego plastiku i ten piekielny swąd. Smród czegoś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Zapadające się konstrukcje zmieniały się w stosy pogrzebowe, pochłaniając kolejne ofiary i trawiąc ich ciała.
Nie brzmiało to dobrze, nawet we wnętrzu jego własnej skołowanej głowy. Jednak tylko niektórzy byli tak dużymi szczęśliwcami, by zginąć na miejscu pod stertami gruzu. Inni płonęli żywcem.
Wrzaski ludzi mieszały się z odgłosami pękających szyb, trzasku ognia i skwierczenia. Brzmiącego gdzieś na granicy słyszalności, ale wdzierającego się przy tym w najgłębsze zakamarki umysłu. Wszędzie wokół widać było budynki stojące w ogniu. Ich płonące fasady odznaczały się czerwienią i pomarańczem na tle ciężkich chmur, które wisiały nad miastem jak złowroga zasłona. Całun pogrzebowy.
W oddali na tle niskich chmur, które zdawały się przytłaczać wszystko, co jeszcze zostało, pojawiały się czerwone iskry. Inne niż ogniste snopy wyrzucane w górę przez zapadające się drewniane stropy dachów kamienic. Te nie były naturalne. Ich szkarłatny odcień był wręcz przytłaczająco jednoznaczny.
Vermillious. Przypominał blask neonów. Makabryczne fajerwerki raz po raz rozświetlające czarne niebo, z którego nadal sypał się popiół. Jeszcze gęstszy i bardziej duszący. Niemożliwy do uniknięcia.
Zamierając na ułamek sekundy na samym szczycie schodów kamienicy, zawiesił spojrzenie na niebie. Zamiast szukać wzrokiem Astarotha w tłumie ludzi, Ambroise przez chwilę wpatrywał się w te znaki. Nie mógł nic na to poradzić. To był odruch. Spaczenie zawodowe. Przeszkolenie, przeszłe doświadczenia. Jak zwał tak zwał.
Odruchowo reagował na takie sygnały. Tyle tylko, że obecnie zdawał sobie sprawę z ich bezcelowości. Wiedział, że nikt nie zareaguje.
Zacisnął mocniej dłoń na ręce ukochanej. Dopiero wtedy przeniósł wzrok na tłum, usiłując zignorować wszystko, co nie było ich zadaniem.
- Widzisz go? - Spytał, starając się zachować względnie zimną krew i jednocześnie przekrzyczeć tłum.
Nie liczyło się nic poza tym jednym celem. Później mieli myśleć dalej. A jednak w pewnym momencie jego wzrok znów skierował się ku niebu. Dostrzegł kolejne rozbłyski, które rozświetliły chmury zaledwie kilkanaście metrów dalej. Mniej więcej za rogiem dwie kamienice dalej. Mimo finalnego koloru, doskonale wiedział, że te iskry były niebieskie. To był jasny sygnał. W chwilach takich jak ta, cywile raczej nie myśleli o tym, by nie używać standardowych sygnałów. Nie byli przeszkoleni z innych dostępnych opcji. Nie dostawali wytycznych mających pomóc im określać rodzaj sytuacji przy pomocy koloru fajerwerków.
W Hogwarcie uczono ich wyłącznie rzucania podstawowego zaklęcia. Cała reszta była pomijana, uznawana za nieważną, bo czerwony kolor powinien być doskonale widoczny w każdych warunkach. Otóż nie tym razem.
Gdy szkarłatne iskry nie przyciągały spojrzeń, niebieski odcień tych tutaj był doskonale widoczny. Nawet jeśli mieszał się z czerwienią płomieni i efekcie przybierał barwę fioletu. Zaklęcia tego typu były domeną tych, którzy mieli doświadczenie w obliczu kryzysu.
Wszystko wskazywało na to, że powstały z różdżki kogoś z organów szybkiego reagowania. Najpewniej Pogotowia Magicznego. Mung miał inne wytyczne.
W pierwszej chwili pomyślał, że przynajmniej jakaś część Ministerstwa nareszcie znalazła się na miejscu. W kolejnej, że równie prawdopodobnie mogło chodzić o kogoś po dyżurze. Wszystko wskazywało na to, że ta osoba była równie bezradna, co pozostali. W innym razie ten ktoś nie wzywałby teraz pomocy.
Nie mógł zareagować. Był świadomy tego, że znaleźli się całkiem blisko, ale mrowie ludzi było zbyt gęste. Nie mogli udać się w tamtym kierunku. Poza tym mieli zupełnie inny cel. W tej chwili liczyły się priorytety. Nie mogli się rozdzielić. Nie byli w stanie pomóc wszystkim. Wpierw musieli zadbać o bezpieczeństwo najbliższych. Brutalna, szczera prawda.
Gram pod przewagę Leczenie (III) - doświadczenie medyczne.
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Zemlął pod nosem przekleństwo związane z myślą, że kolejny raz mógł przestawić się na plecak. Racjonalnie rzecz biorąc: to było niemożliwe. Musiałby kupić sobie jeden z tych turystycznych, który zupełnie nie odpowiadał jego potrzebom. Poza tym był niepraktyczny pod wieloma innymi względami. Natomiast taki ze skóry wsiąkiewki kosztował majątek.
Mógł prosić ojca o sprezentowanie mu czegoś takiego. Miał pewność, że dostałby go bez jakichkolwiek pytań, ale nie zamierzał tego robić. Nie znosił nie być samowystarczalny. Dlatego w tym momencie przełożył sobie pasek przez ramię, zaciskając go tak, żeby przylegał jak najciaśniej na ukos piersi i nazwał to dniem.
Poniekąd miało to jeszcze drugie, znacznie bardziej makabryczne znaczenie. Gdyby nie wszechobecne kłęby dymu i popiół spadający z nieba, na zewnątrz byłoby przejmująco jasno. Tak jasno, że dałoby się pomylić dzień z nocą.
Zatrzymali się u szczytu schodów. Na ulicy panował nieopisany chaos. Horyzontalna nie przypominała już spokojnej ulicy, którą szli jeszcze kilka godzin wcześniej. Przechodnie biegli w panice. Niektórzy padali na ziemię, nie mając siły, by w dalszym ciągu stawiać opór przetaczającej się fali skłębionych ciał. Tej, która parła w kierunku Pokątnej. W samo epicentrum paniki. Szanse na to, że ci, którzy upadli jeszcze kiedykolwiek wstaną były nikłe.
Zaraz po wyjściu z budynku, jego wzrok umiótł także otaczające ich płonące budowle. Niektóre kamienice wciąż stały, ale inne już się zawaliły. W tym momencie dało się dostrzec ich faktyczny stan techniczny. Wszechobecny żywioł odsłaniał najsłabsze punkty miasta.
Budynki, których właściciele byli na tyle zamożni, aby dbać o swoje nieruchomości. I wręcz przeciwnie: te, które tylko z pozoru trzymały się dobrze. Miały względnie zadbane fasady, lecz naruszone fundamenty, struktury przeżarte zębem czasu, spróchniałe deski i spękane cegły nie wytrzymujące tak ekstremalnych temperatur.
Horyzontalna była pełna obu obrazów. Postępująca magiczna wojna odbijała się na głębokości sakiewek i pojemności skrytek w Banku Gringotta. Nawet, jeśli większość czarodziejów wciąż usiłowała sprawiać wrażenie, jakby bieżąca sytuacja nijak ich nie dotknęła. Było to dla niego dostrzegalne już wcześniej. Zarówno w oficjalnej, jak i nieoficjalnej działalności.
Stracił kilka całkiem lukratywnych kontraktów jako prywatny uzdrowiciel. Wiedział, że nikt nie przejął po nim roli. Na Ścieżkach i Nokturnie interesy także nie szły już tak gładko. Często gęsto naprawdę mocno usiłowano negocjować ceny. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. W zależności od tego, po której stronie się stało.
Kupcy chcieli kupować jak najtaniej. Sprzedawcy dorobić się małej fortuny na każdej przeprowadzanej transakcji. Dla pośredników zostawały skrawki. A przecież to tacy ludzie jak on w teorii ryzykowali najbardziej.
W tym momencie zdawał sobie sprawę z tego, że nieważne, co by się działo; nie mogli już ponownie skorzystać z wcześniejszych dróg. Wąskie alejki pomiędzy Horyzontalną a Nokturnem musiały zacząć zmieniać się w śmiertelne pułapki. To tam budynki były najbardziej zniszczone i niestabilne.
Już wcześniej mieli cholernie dużo szczęścia, że udało im się nie zginąć pod gruzami. Skorzystali z praktycznie ostatniej szansy. A przecież i tak było blisko. Naprawdę blisko. Wciąż musieli porozmawiać o tamtych wydarzeniach, tyle tylko, że teraz mieli inne zadanie. Jeden bardzo jasny cel: znaleźć Astarotha.
W powietrzu unosił się smród dymu, palonego drewna, topniejącego plastiku i ten piekielny swąd. Smród czegoś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Zapadające się konstrukcje zmieniały się w stosy pogrzebowe, pochłaniając kolejne ofiary i trawiąc ich ciała.
Nie brzmiało to dobrze, nawet we wnętrzu jego własnej skołowanej głowy. Jednak tylko niektórzy byli tak dużymi szczęśliwcami, by zginąć na miejscu pod stertami gruzu. Inni płonęli żywcem.
Wrzaski ludzi mieszały się z odgłosami pękających szyb, trzasku ognia i skwierczenia. Brzmiącego gdzieś na granicy słyszalności, ale wdzierającego się przy tym w najgłębsze zakamarki umysłu. Wszędzie wokół widać było budynki stojące w ogniu. Ich płonące fasady odznaczały się czerwienią i pomarańczem na tle ciężkich chmur, które wisiały nad miastem jak złowroga zasłona. Całun pogrzebowy.
W oddali na tle niskich chmur, które zdawały się przytłaczać wszystko, co jeszcze zostało, pojawiały się czerwone iskry. Inne niż ogniste snopy wyrzucane w górę przez zapadające się drewniane stropy dachów kamienic. Te nie były naturalne. Ich szkarłatny odcień był wręcz przytłaczająco jednoznaczny.
Vermillious. Przypominał blask neonów. Makabryczne fajerwerki raz po raz rozświetlające czarne niebo, z którego nadal sypał się popiół. Jeszcze gęstszy i bardziej duszący. Niemożliwy do uniknięcia.
Zamierając na ułamek sekundy na samym szczycie schodów kamienicy, zawiesił spojrzenie na niebie. Zamiast szukać wzrokiem Astarotha w tłumie ludzi, Ambroise przez chwilę wpatrywał się w te znaki. Nie mógł nic na to poradzić. To był odruch. Spaczenie zawodowe. Przeszkolenie, przeszłe doświadczenia. Jak zwał tak zwał.
Odruchowo reagował na takie sygnały. Tyle tylko, że obecnie zdawał sobie sprawę z ich bezcelowości. Wiedział, że nikt nie zareaguje.
Zacisnął mocniej dłoń na ręce ukochanej. Dopiero wtedy przeniósł wzrok na tłum, usiłując zignorować wszystko, co nie było ich zadaniem.
- Widzisz go? - Spytał, starając się zachować względnie zimną krew i jednocześnie przekrzyczeć tłum.
Nie liczyło się nic poza tym jednym celem. Później mieli myśleć dalej. A jednak w pewnym momencie jego wzrok znów skierował się ku niebu. Dostrzegł kolejne rozbłyski, które rozświetliły chmury zaledwie kilkanaście metrów dalej. Mniej więcej za rogiem dwie kamienice dalej. Mimo finalnego koloru, doskonale wiedział, że te iskry były niebieskie. To był jasny sygnał. W chwilach takich jak ta, cywile raczej nie myśleli o tym, by nie używać standardowych sygnałów. Nie byli przeszkoleni z innych dostępnych opcji. Nie dostawali wytycznych mających pomóc im określać rodzaj sytuacji przy pomocy koloru fajerwerków.
W Hogwarcie uczono ich wyłącznie rzucania podstawowego zaklęcia. Cała reszta była pomijana, uznawana za nieważną, bo czerwony kolor powinien być doskonale widoczny w każdych warunkach. Otóż nie tym razem.
Gdy szkarłatne iskry nie przyciągały spojrzeń, niebieski odcień tych tutaj był doskonale widoczny. Nawet jeśli mieszał się z czerwienią płomieni i efekcie przybierał barwę fioletu. Zaklęcia tego typu były domeną tych, którzy mieli doświadczenie w obliczu kryzysu.
Wszystko wskazywało na to, że powstały z różdżki kogoś z organów szybkiego reagowania. Najpewniej Pogotowia Magicznego. Mung miał inne wytyczne.
W pierwszej chwili pomyślał, że przynajmniej jakaś część Ministerstwa nareszcie znalazła się na miejscu. W kolejnej, że równie prawdopodobnie mogło chodzić o kogoś po dyżurze. Wszystko wskazywało na to, że ta osoba była równie bezradna, co pozostali. W innym razie ten ktoś nie wzywałby teraz pomocy.
Nie mógł zareagować. Był świadomy tego, że znaleźli się całkiem blisko, ale mrowie ludzi było zbyt gęste. Nie mogli udać się w tamtym kierunku. Poza tym mieli zupełnie inny cel. W tej chwili liczyły się priorytety. Nie mogli się rozdzielić. Nie byli w stanie pomóc wszystkim. Wpierw musieli zadbać o bezpieczeństwo najbliższych. Brutalna, szczera prawda.
Gram pod przewagę Leczenie (III) - doświadczenie medyczne.
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down