28.03.2025, 15:00 ✶
Im bardziej realnie wyglądała dziewczynka z zapałkami, tym większe odnosił wrażenie, że stanowiła wytwór jego własnego umysłu. Znów ktoś go o coś oskarżał. Coś, nad czym nie potrafił panować, ponownie nie spełniało oczekiwań. Tych oczekiwań zresztą, o których treści wcześniej nie miał pojęcia. Była to jakaś niezwykle częsta kondycja Roberta Croucha. Tak, jakby ktoś mu o czymś wcześniej nie powiedział. Jakby zasady gry były przed nim zatajone.
Milczał, a zapałka pomiędzy jego skąpanymi we krwi palcami powoli dogasała. Wyrwały go ze stanu tej dziwacznej apatii słowa dziewczynki. Jej głos zmieniał się, przypominał coraz bardziej jego córkę. Jego dłoń zadrżała. Dziewczynka przywołała jego największy lęk, który nawet nie pokazał się we wspomnieniach, przez które przechodził. Czy może, mimo wszystkich swoich usilnych starań był złym ojcem?
Wylądował w ciemności alejki, a zapałka upadła na ziemię, po raz ostatni rozpływając się w powietrzu.
– Prosisz mnie o zbyt wiele – wypowiedział te słowa cicho, ledwo słyszalnie. – Było tych momentów bardzo dużo. Nie umiem jednak ich przywołać. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego.
Robert, jako bogaty człowiek sukcesu, powinien być – wedle wszelkich praw nieba i ziemi – szczęśliwy. Czemu w takim razie, próżno było w tej chwili szukać momentów radości w jego pamięci? Może tam były, tyle że nie umiał ich stamtąd wyciągnąć. Może gdyby Enid była obok... Ale jej nie było. Wyjechała, a on nie miał się kim opiekować.
Może rzeczywiście było z nim coś nie tak? Musiał sobie z tym poradzić racjonalnie, tak jak by zrobił to ojciec. Żeby aby nikt się nie dowiedział, żeby nie powstały plotki, że sędzia Wizengamotu nie był zdrowy na umyśle. Tak, należało podjąć konkretne działania. Potraktować siebie jak popsuty przedmiot.
– Odejdź już ode mnie. Wiem, co mi chcesz przekazać, przyjąłem to. Ale nie będę pozwalał na to, byś dręczyła mnie ani chwili dłużej – rzekł wreszcie z chłodem kogoś, kto przestał uznawać realność swojego rozmówcy. Może tak było łatwiej, gdy spotykało się coś tak nieswojskiego, obcego, coś co niektórzy mugolscy pisarze nazwaliby niesamowitym. Przychodził taki moment, że trzeba było ubrać to coś w jakieś kategorie. – I nie waż się więcej przemawiać głosem mojej córki.
Ostatnie zdanie brzmiała jak odpowiedź natrętnemu dziennikarzowi, który próbował wchodzić w jego życie prywatne. Robert po prostu włożył na twarz maskę sędziego. Czasem wygodnie było przyjąć tę rolę i związany z nią sposób myślenia.
Milczał, a zapałka pomiędzy jego skąpanymi we krwi palcami powoli dogasała. Wyrwały go ze stanu tej dziwacznej apatii słowa dziewczynki. Jej głos zmieniał się, przypominał coraz bardziej jego córkę. Jego dłoń zadrżała. Dziewczynka przywołała jego największy lęk, który nawet nie pokazał się we wspomnieniach, przez które przechodził. Czy może, mimo wszystkich swoich usilnych starań był złym ojcem?
Wylądował w ciemności alejki, a zapałka upadła na ziemię, po raz ostatni rozpływając się w powietrzu.
– Prosisz mnie o zbyt wiele – wypowiedział te słowa cicho, ledwo słyszalnie. – Było tych momentów bardzo dużo. Nie umiem jednak ich przywołać. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego.
Robert, jako bogaty człowiek sukcesu, powinien być – wedle wszelkich praw nieba i ziemi – szczęśliwy. Czemu w takim razie, próżno było w tej chwili szukać momentów radości w jego pamięci? Może tam były, tyle że nie umiał ich stamtąd wyciągnąć. Może gdyby Enid była obok... Ale jej nie było. Wyjechała, a on nie miał się kim opiekować.
Może rzeczywiście było z nim coś nie tak? Musiał sobie z tym poradzić racjonalnie, tak jak by zrobił to ojciec. Żeby aby nikt się nie dowiedział, żeby nie powstały plotki, że sędzia Wizengamotu nie był zdrowy na umyśle. Tak, należało podjąć konkretne działania. Potraktować siebie jak popsuty przedmiot.
– Odejdź już ode mnie. Wiem, co mi chcesz przekazać, przyjąłem to. Ale nie będę pozwalał na to, byś dręczyła mnie ani chwili dłużej – rzekł wreszcie z chłodem kogoś, kto przestał uznawać realność swojego rozmówcy. Może tak było łatwiej, gdy spotykało się coś tak nieswojskiego, obcego, coś co niektórzy mugolscy pisarze nazwaliby niesamowitym. Przychodził taki moment, że trzeba było ubrać to coś w jakieś kategorie. – I nie waż się więcej przemawiać głosem mojej córki.
Ostatnie zdanie brzmiała jak odpowiedź natrętnemu dziennikarzowi, który próbował wchodzić w jego życie prywatne. Robert po prostu włożył na twarz maskę sędziego. Czasem wygodnie było przyjąć tę rolę i związany z nią sposób myślenia.