30.03.2025, 15:27 ✶
Czarna magia? Zmarszczył brwi, przy czym odruchowo wyraźnie kiwnął głową.
- Prawdopodobnie - stwierdził, ograniczając w tym momencie wypowiedzi do minimum, bo może w tym momencie miał już chustę na twarzy, ale wcześniej przez dłuższy czas wdychał ten przeklęty popiół.
Aktualnie bolał go przełyk, paliło go wysuszone gardło i z ledwością powstrzymywał się przed nieustannym kasłaniem. Nie chciał, żeby ktokolwiek interesował się jego stanem. W tym momencie nie było im to dodatkowo potrzebne. Mieli ważniejsze sprawy do załatwienia. Naglące, wymagające natychmiastowej interwencji. Poza tym to Geraldine niemal nie omdlała w mieszkaniu. On trzymał się na nogach.
- Co prawda, potrzeba byłoby kurewsko dużej siły. Nie tylko, żeby to wywołać, ale też podtrzymać, ale - no, właśnie: ale dla niektórych byłby to pikuś, niektórzy dysponowali znacznie większą siłą.
To byłby zaledwie drobny popis ich czarnomagicznego potencjału.
Trudno było to stwierdzić ze stuprocentową pewnością, choć z drugiej strony? Spróbował przelotnie wrócić pamięcią do momentu, w którym pierwszy raz dostrzegł pył sypiący z nieba niczym szary, makabryczny śnieg. Czy w tamtym momencie czuł charakterystyczny swąd czarnej magii? Przy tak rozległych chmurach, jakie niemalże momentalnie zasnuły całe niebo, nie dałoby się nie wyczuć tego smrodu.
Z drugiej strony, mgliście pamiętał, że już wtedy jeden z pobliskich budynków płonął żywym ogniem. Smród spalenizny zaczynał przebijać się na wietrze pomiędzy zapachami z pobliskiej piekarni. To Geraldine pierwsza dostrzegła płomienie. Znajdowały się za jego plecami, więc nie od razu zwrócił na nie uwagę. Nie dało się ukryć, że swąd był pierwszym, na co zwrócił uwagę.
Im dłużej o tym myślał (choć w rzeczywistości nie zajęło mu to dłużej niż pół minuty), tym bardziej był przekonany, że tak. To była czarna magia. Całkowicie jak w przypadku wszechobecnego ognia ogarniającego okoliczne budynki, to nie mógł być nic nie znaczący szczegół. Dym z jednego budynku nie zasmrodziłby okolicy w takim tempie. Tak bardzo. Tak intensywnie.
Jednak to nie był czas na zbędne analizy.
- Tak. Jesteśmy blisko - odpowiedział na słowa Yaxleyówny, gotowy ruszyć z miejsca.
W pierwszej kolejności musieli dotrzeć do budynku, w którym mieszkał, gdy musiał spędzać większość czasu w Londynie. Całe szczęście dzieląc go z resztą naprawdę bliskiej mu grupy, co minimalnie ułatwiało im sprawę. Dzięki temu przynajmniej istniało jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że uda mu się wpaść na kogoś, o kogo cholernie się teraz martwił. Mieszkając praktycznie na kupie, pozornie mieli jakieś szanse. Choć trochę mniej dramatyczną sytuację w obliczu szalejącego żywiołu.
Tyle tylko, że równie dobrze wszyscy mogli już zdążyć rozpierzchnąć się w inne strony. Wypaść na ulicę, ewakuować się z miasta. Jasne, mieli swoje sposoby na to, aby zapewnić się nawzajem o tym, że są bezpieczni. Tyle tylko, że żeby to zrobić, Ambroise wciąż musiał wpaść do swojego mieszkania. W tym momencie naprawdę pluł sobie w brodę za to, że nie uznał noszenia tego przy sobie za konieczne.
Zwłaszcza przy tak znaczącym natężeniu kolejnych kryzysów. Dramatów wybuchających co rusz w magicznym świecie. Powinien być mądrzejszy. Nie był. W tej chwili nie mógł już nic na to poradzić. Znów czuł się zatrważająco bezsilny, żenująco bezradny, co sprawiało, że z sekundy na sekundę coraz bardziej się denerwował.
Usiłował tego po sobie nie pokazywać, jednak przy pierwszej możliwej okazji wstrząsnął głową, tłumiąc napad kaszlu, po czym pociągnął Geraldine za rękę. Mimo tego, że potrzebował w tym momencie skupić się na tym, żeby nie wypluć płuc, dosyć jasno dając jej do zrozumienia, że musieli ruszyć.
Bez słowa, bo w innym wypadku pewnie rzeczywiście ledwo cokolwiek by wydyszał, przeniósł dłoń dziewczyny na jego plecy, wysuwając się do przodu. Tym razem także zamierzał prowadzić. Zupełnie jak wtedy, gdy wychodzili z Nokturnu na Horyzontalną.
Liczył na to, że Astaroth będzie w stanie pilnować się ich w tłumie. Wszyscy byli dostatecznie wysocy. Mogli znaleźć się w razie potrzeby, ich głowy wystawały ponad mrowie ludzi. Tyle tylko, że przepchanie się do siebie nawzajem zmarnowałoby im kolejne cenne minuty. Nie powinni się rozdzielać.
Musieli ruszyć. Nie było wyjścia. Nie mieli czasu stać i teoretyzować. W końcu, Ambroise zaczął przepychać się w kierunku, w którym (liczył, że nadal) stała kamienica. Fabian, Cornelius, Elias, Romulus, dwa koty, jeden skrzat domowy. Cholera wie, kto jeszcze, bo przyjaciele mieli tendencję do spraszania gości w najbardziej randomowych momentach dnia i nocy.
Zupełnie tak, jakby nigdy nie pracowali. Poniekąd nie musieli, dla większości szumnej elity było to coś w rodzaju hobby. Na nieszczęście nie informowali się o grafikach, bo mieszkali dookoła siebie, nie w jednym gospodarstwie domowym. Nawet jeśli czasami wydawało mu się, że jest zupełnie inaczej, bo Potter żył niemal wyłącznie na jego zapasach cukru.
Zresztą, Roise miał nieodparte wrażenie, że nie tylko tego. Płyny do kąpieli też kończyły mu się podejrzanie szybko a od któregoś kolegi co rusz pachniało przeróżnymi ziołami. Ostatnio ze szczególnym naciskiem na geranium, bergamotkę i lawendę z nowego nabytku. Czy na kadzidłowiec i drzewo sandałowe - stałe połączenie.
Trzasnęło. Łoskot, jaki rozległ się tuż obok nich - na tyle blisko, że dźwięk tłuczonego szkła przebił się przez wszechobecny hałas, zarezonował w uszach Ambroisa na tyle mocno, że Greengrass mimowolnie przeniósł wzrok w stronę, z której doszedł odgłos. Pierwszy, drugi, trzeci. Nie były to dotychczasowe huki szyb pękających od zbyt wysokich temperatur. Nie, to było coś innego.
Coś, co niechybnie sprawiłoby, że na jego twarzy pojawiłyby się dziesiątki drobnych ranek, gdyby nie instynktowna reakcja. Odruchowo pochylił głowę, wciskając podbródek w szyję i kuląc barki. Moment później został zasypany gradem bardzo drobnych, ostrych i paląco gorących kawałków szkła. Fragmentów butelki wypełnionej łatwopalną mieszanką, do której ktoś wcześniej wcisnął kawałek sznurka oraz podpaloną szmatę. To nie był przypadek. Ktoś z rozmysłem rzucał domowymi bombami w elewacje budynków, które jeszcze nie płonęły.
Uniósł głowę, gdy wydawało mu się, że niebezpieczeństwo na chwilę zniknęło, bo kolejna butelka nie trafiła w ścianę przez kilkadziesiąt sekund. Jego wzrok ponownie skierował się w stronę grupy kobiet i mężczyzn. Większość z nich miała prowizorycznie przysłonięte twarze. Tyle tylko, że nie wyłącznie po to, żeby nie wdychać dymu. Ich zamiary były jasno dostrzegalne. Wyrysowane na nielicznych odsłoniętych twarzach.
W pustych oczach odbijających płomienie ognia. W grymasach wykrzywionych ust i zębach odsłoniętych w uśmiechu. W uniesionych dłoniach zaciśniętych na różdżkach. W stercie pustych butelek obok nóg kilku osób stojących w głębi wąskiej alejki.
Właściwie to nawet w przesmyku ledwo mieszczącym półtorej szerokości standardowej osoby. Potencjalnej drodze ucieczki. Tyle tylko, że nikt nie miał na tyle mało rozsądku, nawet w sercu wszechobecnej paniki, żeby zbliżać się do tej grupy. Licznej zbieraniny ludzi ewidentnie chcących przyłożyć rękę do kreacji chaosu.
Musieli się stąd oddalić. Nie było sensu interweniować. Grupa była za duża.
Gram pod statystykę AF (III) - przepychanie się przez tłum.
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
- Prawdopodobnie - stwierdził, ograniczając w tym momencie wypowiedzi do minimum, bo może w tym momencie miał już chustę na twarzy, ale wcześniej przez dłuższy czas wdychał ten przeklęty popiół.
Aktualnie bolał go przełyk, paliło go wysuszone gardło i z ledwością powstrzymywał się przed nieustannym kasłaniem. Nie chciał, żeby ktokolwiek interesował się jego stanem. W tym momencie nie było im to dodatkowo potrzebne. Mieli ważniejsze sprawy do załatwienia. Naglące, wymagające natychmiastowej interwencji. Poza tym to Geraldine niemal nie omdlała w mieszkaniu. On trzymał się na nogach.
- Co prawda, potrzeba byłoby kurewsko dużej siły. Nie tylko, żeby to wywołać, ale też podtrzymać, ale - no, właśnie: ale dla niektórych byłby to pikuś, niektórzy dysponowali znacznie większą siłą.
To byłby zaledwie drobny popis ich czarnomagicznego potencjału.
Trudno było to stwierdzić ze stuprocentową pewnością, choć z drugiej strony? Spróbował przelotnie wrócić pamięcią do momentu, w którym pierwszy raz dostrzegł pył sypiący z nieba niczym szary, makabryczny śnieg. Czy w tamtym momencie czuł charakterystyczny swąd czarnej magii? Przy tak rozległych chmurach, jakie niemalże momentalnie zasnuły całe niebo, nie dałoby się nie wyczuć tego smrodu.
Z drugiej strony, mgliście pamiętał, że już wtedy jeden z pobliskich budynków płonął żywym ogniem. Smród spalenizny zaczynał przebijać się na wietrze pomiędzy zapachami z pobliskiej piekarni. To Geraldine pierwsza dostrzegła płomienie. Znajdowały się za jego plecami, więc nie od razu zwrócił na nie uwagę. Nie dało się ukryć, że swąd był pierwszym, na co zwrócił uwagę.
Im dłużej o tym myślał (choć w rzeczywistości nie zajęło mu to dłużej niż pół minuty), tym bardziej był przekonany, że tak. To była czarna magia. Całkowicie jak w przypadku wszechobecnego ognia ogarniającego okoliczne budynki, to nie mógł być nic nie znaczący szczegół. Dym z jednego budynku nie zasmrodziłby okolicy w takim tempie. Tak bardzo. Tak intensywnie.
Jednak to nie był czas na zbędne analizy.
- Tak. Jesteśmy blisko - odpowiedział na słowa Yaxleyówny, gotowy ruszyć z miejsca.
W pierwszej kolejności musieli dotrzeć do budynku, w którym mieszkał, gdy musiał spędzać większość czasu w Londynie. Całe szczęście dzieląc go z resztą naprawdę bliskiej mu grupy, co minimalnie ułatwiało im sprawę. Dzięki temu przynajmniej istniało jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że uda mu się wpaść na kogoś, o kogo cholernie się teraz martwił. Mieszkając praktycznie na kupie, pozornie mieli jakieś szanse. Choć trochę mniej dramatyczną sytuację w obliczu szalejącego żywiołu.
Tyle tylko, że równie dobrze wszyscy mogli już zdążyć rozpierzchnąć się w inne strony. Wypaść na ulicę, ewakuować się z miasta. Jasne, mieli swoje sposoby na to, aby zapewnić się nawzajem o tym, że są bezpieczni. Tyle tylko, że żeby to zrobić, Ambroise wciąż musiał wpaść do swojego mieszkania. W tym momencie naprawdę pluł sobie w brodę za to, że nie uznał noszenia tego przy sobie za konieczne.
Zwłaszcza przy tak znaczącym natężeniu kolejnych kryzysów. Dramatów wybuchających co rusz w magicznym świecie. Powinien być mądrzejszy. Nie był. W tej chwili nie mógł już nic na to poradzić. Znów czuł się zatrważająco bezsilny, żenująco bezradny, co sprawiało, że z sekundy na sekundę coraz bardziej się denerwował.
Usiłował tego po sobie nie pokazywać, jednak przy pierwszej możliwej okazji wstrząsnął głową, tłumiąc napad kaszlu, po czym pociągnął Geraldine za rękę. Mimo tego, że potrzebował w tym momencie skupić się na tym, żeby nie wypluć płuc, dosyć jasno dając jej do zrozumienia, że musieli ruszyć.
Bez słowa, bo w innym wypadku pewnie rzeczywiście ledwo cokolwiek by wydyszał, przeniósł dłoń dziewczyny na jego plecy, wysuwając się do przodu. Tym razem także zamierzał prowadzić. Zupełnie jak wtedy, gdy wychodzili z Nokturnu na Horyzontalną.
Liczył na to, że Astaroth będzie w stanie pilnować się ich w tłumie. Wszyscy byli dostatecznie wysocy. Mogli znaleźć się w razie potrzeby, ich głowy wystawały ponad mrowie ludzi. Tyle tylko, że przepchanie się do siebie nawzajem zmarnowałoby im kolejne cenne minuty. Nie powinni się rozdzielać.
Musieli ruszyć. Nie było wyjścia. Nie mieli czasu stać i teoretyzować. W końcu, Ambroise zaczął przepychać się w kierunku, w którym (liczył, że nadal) stała kamienica. Fabian, Cornelius, Elias, Romulus, dwa koty, jeden skrzat domowy. Cholera wie, kto jeszcze, bo przyjaciele mieli tendencję do spraszania gości w najbardziej randomowych momentach dnia i nocy.
Zupełnie tak, jakby nigdy nie pracowali. Poniekąd nie musieli, dla większości szumnej elity było to coś w rodzaju hobby. Na nieszczęście nie informowali się o grafikach, bo mieszkali dookoła siebie, nie w jednym gospodarstwie domowym. Nawet jeśli czasami wydawało mu się, że jest zupełnie inaczej, bo Potter żył niemal wyłącznie na jego zapasach cukru.
Zresztą, Roise miał nieodparte wrażenie, że nie tylko tego. Płyny do kąpieli też kończyły mu się podejrzanie szybko a od któregoś kolegi co rusz pachniało przeróżnymi ziołami. Ostatnio ze szczególnym naciskiem na geranium, bergamotkę i lawendę z nowego nabytku. Czy na kadzidłowiec i drzewo sandałowe - stałe połączenie.
Trzasnęło. Łoskot, jaki rozległ się tuż obok nich - na tyle blisko, że dźwięk tłuczonego szkła przebił się przez wszechobecny hałas, zarezonował w uszach Ambroisa na tyle mocno, że Greengrass mimowolnie przeniósł wzrok w stronę, z której doszedł odgłos. Pierwszy, drugi, trzeci. Nie były to dotychczasowe huki szyb pękających od zbyt wysokich temperatur. Nie, to było coś innego.
Coś, co niechybnie sprawiłoby, że na jego twarzy pojawiłyby się dziesiątki drobnych ranek, gdyby nie instynktowna reakcja. Odruchowo pochylił głowę, wciskając podbródek w szyję i kuląc barki. Moment później został zasypany gradem bardzo drobnych, ostrych i paląco gorących kawałków szkła. Fragmentów butelki wypełnionej łatwopalną mieszanką, do której ktoś wcześniej wcisnął kawałek sznurka oraz podpaloną szmatę. To nie był przypadek. Ktoś z rozmysłem rzucał domowymi bombami w elewacje budynków, które jeszcze nie płonęły.
Uniósł głowę, gdy wydawało mu się, że niebezpieczeństwo na chwilę zniknęło, bo kolejna butelka nie trafiła w ścianę przez kilkadziesiąt sekund. Jego wzrok ponownie skierował się w stronę grupy kobiet i mężczyzn. Większość z nich miała prowizorycznie przysłonięte twarze. Tyle tylko, że nie wyłącznie po to, żeby nie wdychać dymu. Ich zamiary były jasno dostrzegalne. Wyrysowane na nielicznych odsłoniętych twarzach.
W pustych oczach odbijających płomienie ognia. W grymasach wykrzywionych ust i zębach odsłoniętych w uśmiechu. W uniesionych dłoniach zaciśniętych na różdżkach. W stercie pustych butelek obok nóg kilku osób stojących w głębi wąskiej alejki.
Właściwie to nawet w przesmyku ledwo mieszczącym półtorej szerokości standardowej osoby. Potencjalnej drodze ucieczki. Tyle tylko, że nikt nie miał na tyle mało rozsądku, nawet w sercu wszechobecnej paniki, żeby zbliżać się do tej grupy. Licznej zbieraniny ludzi ewidentnie chcących przyłożyć rękę do kreacji chaosu.
Musieli się stąd oddalić. Nie było sensu interweniować. Grupa była za duża.
Gram pod statystykę AF (III) - przepychanie się przez tłum.
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down