30.03.2025, 22:08 ✶
Nigdy nie mogłaby odmówić pomocy lub wysłuchania ludziom, na którym jej zależało. Jej problemy nie były aż tak istotne, nic olbrzymiego poza zirytowaniem przez brak odpowiedzi jej przecież nie dolegało. W pracy było dobrze i miała coraz większe szanse na awans, a ojciec był tak zajęty wojną i transportem morskim na skalę międzynarodową, że miała święty spokój z propozycjami małżeństwa czy bzdurnymi wydarzeniami towarzyskimi, na które zwyczajnie nie było teraz właściwego momentu. Ludzie powinni wyciągnąć wnioski po wydarzeniach z maja. Spędy groziły kolejnym zamachem i nowymi trupami w kostnicy.
- Schlebiasz mi. - skwitowała z uśmiechem, wywracając oczami na odsunięcie barku na kilka sekund. Pewne nawyki nie zmieniały się od dekady.
Ulżyłoby jej, że ma tyle ludzi dookoła siebie, na których mógł polegać, gdyby o nich wspomniał. Takich, którzy pewnie zrobiliby dla niego więcej, niż ich sądził. Sauriel z pewnością by go wysłuchał, o Anthonym nie wspominając.
- To musiało być coś więcej niż zawał. Dla mugoli może i jest to przypadłość z ostrożnymi rokowaniami i wysoką śmiertelnością, ale dobry uzdrowiciel jest w stanie zregenerować mięsień sercowy i większość szkód, które jego uszkodzenie mogło wywołać. A we Francji jest przyzwoita opieka medyczna. Czasem serce jest po prostu słabe i zniszczone. - odparła mimowolnie, a ton jej głosu nieco złagodniał, przypominając ten, którym udzielała mu kiedyś korepetycji z zielarstwa. Nie mówiła tego celowo, był to raczej nawyk wyniesiony z pracy, tysiąca przeczytanych ksiąg i setek serc z uszkodzeniami, które trzymała w dłoniach. Narząd ten był niezwykle fascynującym i z trudem powstrzymała się od kontynuowania swojego wywodu na jego temat, wzdychając krótko zamiast tego i znów wygodniej przywierając do jego pleców. Rozmowa o śmierci nigdy nie była dla ludzi łatwa.
- Śmierć kogoś bliskiego przypomina nam o własnej śmiertelności. O tym, że każdy dzień jest tylko numerkiem i o tym, że to ona nadaje sens życiu, będąc jego uwieńczeniem. To normalne, że przewija się przez Ciebie cała paleta emocji. Głośniejsze, cichsze, ale każde z nich są właściwie i na każde z nich powinieneś sobie pozwolić.
Nie była to może rada zbyt mądra i praktyczna, ale starała się zachować rozsądek i tłumić ewentualne chęci wejścia w buty Roberta. Anne wychowała go zupełnie inaczej i powinien się trzymać tych wartości, a nie ścigać ojca, który nigdy nim nie był. Ciężko było nazwać ich relację rodzicielską, gdy trwała tak krótko i mężczyzna nic o Borginie tak naprawdę nie wiedział. A rodzice powinni znać swoje dzieci.
- Łatwo być ojcem, zwłaszcza tylko z nazwy, a trudno być Tatą. - stwierdziła jedynie na jego słowa, wcale nie zdziwiona i wciąż daleka od współczucia i składania mu kondolencji. Stanley przeszedł w życiu tyle, że Cynthia była pewna, że sobie z tym poradzi. Musiał mu minąć po prostu szok od nagłej informacji, być może również żal wywołany przez jakieś zerwane obietnice.
Ciemność była kusząca i oferowała to, czego większość w głębi duszy pragnęła, ale cena była straszna. I po fakcie, często się przepłaciło. Nie mogła wyobrazić sobie bruneta sięgającego dna, pozbawionego uczuć i tej iskry, która wciąż tkwiła gdzieś w jego oczach, obecnie uśpiona żałobą. Blondynka znów wywróciła oczami, delikatnym ruchem głowy pozbywając się jasnych pasm z twarzy i pozwoliła opaść im na ramię, wbijając wzrok tym razem w wyłaniające się spomiędzy gałęzi niebo. -To jest poważne, skoro rozmawiasz o tym ze mną. O ile pamiętam, już dawno nie mieliśmy spotkania polegającego na czymś błahym.
Zwykle przeplatała się w tym wszystkim nekromancja z poczuciem winy, sentymentem, przyjaźnią, śmiercią, traumą i wojną Czarodziejów. Nie rozmawiali o tym, które wino jest dobre lub co najbardziej pasuje do truskawek. Przestali nawet żartować.
Taka była dorosłość?
Jego słowa sprawiły, że ściągnęła brwi i znów zerknęła przez ramię, jakby chciała się upewnić, czy dobrze słyszała.
- Ja? Skąd Ci to przyszło do głowy? - zapytała, tkwiąc jeszcze chwilę w tej pozycji, zanim znów wyprostowała głowę, trzymając podbródek nieco zadarty i spoglądając w niebo, kontynuowała. - Mam dużo pracy. Poza Ministerstwem biorę udział w innych projektach i mam własne badania, a do tego mój ojciec angażuje mnie do pomocy waszej małej organizacji, myśląc, że o tym nie wiem. - wyjaśniła ze spokojem, nie kłamiąc. Ostatnie tygodnie uciekły jej naprawdę szybko, dni zdawały się przelewać przez palce, a jej ciągle brakowało czasu.
- Schlebiasz mi. - skwitowała z uśmiechem, wywracając oczami na odsunięcie barku na kilka sekund. Pewne nawyki nie zmieniały się od dekady.
Ulżyłoby jej, że ma tyle ludzi dookoła siebie, na których mógł polegać, gdyby o nich wspomniał. Takich, którzy pewnie zrobiliby dla niego więcej, niż ich sądził. Sauriel z pewnością by go wysłuchał, o Anthonym nie wspominając.
- To musiało być coś więcej niż zawał. Dla mugoli może i jest to przypadłość z ostrożnymi rokowaniami i wysoką śmiertelnością, ale dobry uzdrowiciel jest w stanie zregenerować mięsień sercowy i większość szkód, które jego uszkodzenie mogło wywołać. A we Francji jest przyzwoita opieka medyczna. Czasem serce jest po prostu słabe i zniszczone. - odparła mimowolnie, a ton jej głosu nieco złagodniał, przypominając ten, którym udzielała mu kiedyś korepetycji z zielarstwa. Nie mówiła tego celowo, był to raczej nawyk wyniesiony z pracy, tysiąca przeczytanych ksiąg i setek serc z uszkodzeniami, które trzymała w dłoniach. Narząd ten był niezwykle fascynującym i z trudem powstrzymała się od kontynuowania swojego wywodu na jego temat, wzdychając krótko zamiast tego i znów wygodniej przywierając do jego pleców. Rozmowa o śmierci nigdy nie była dla ludzi łatwa.
- Śmierć kogoś bliskiego przypomina nam o własnej śmiertelności. O tym, że każdy dzień jest tylko numerkiem i o tym, że to ona nadaje sens życiu, będąc jego uwieńczeniem. To normalne, że przewija się przez Ciebie cała paleta emocji. Głośniejsze, cichsze, ale każde z nich są właściwie i na każde z nich powinieneś sobie pozwolić.
Nie była to może rada zbyt mądra i praktyczna, ale starała się zachować rozsądek i tłumić ewentualne chęci wejścia w buty Roberta. Anne wychowała go zupełnie inaczej i powinien się trzymać tych wartości, a nie ścigać ojca, który nigdy nim nie był. Ciężko było nazwać ich relację rodzicielską, gdy trwała tak krótko i mężczyzna nic o Borginie tak naprawdę nie wiedział. A rodzice powinni znać swoje dzieci.
- Łatwo być ojcem, zwłaszcza tylko z nazwy, a trudno być Tatą. - stwierdziła jedynie na jego słowa, wcale nie zdziwiona i wciąż daleka od współczucia i składania mu kondolencji. Stanley przeszedł w życiu tyle, że Cynthia była pewna, że sobie z tym poradzi. Musiał mu minąć po prostu szok od nagłej informacji, być może również żal wywołany przez jakieś zerwane obietnice.
Ciemność była kusząca i oferowała to, czego większość w głębi duszy pragnęła, ale cena była straszna. I po fakcie, często się przepłaciło. Nie mogła wyobrazić sobie bruneta sięgającego dna, pozbawionego uczuć i tej iskry, która wciąż tkwiła gdzieś w jego oczach, obecnie uśpiona żałobą. Blondynka znów wywróciła oczami, delikatnym ruchem głowy pozbywając się jasnych pasm z twarzy i pozwoliła opaść im na ramię, wbijając wzrok tym razem w wyłaniające się spomiędzy gałęzi niebo. -To jest poważne, skoro rozmawiasz o tym ze mną. O ile pamiętam, już dawno nie mieliśmy spotkania polegającego na czymś błahym.
Zwykle przeplatała się w tym wszystkim nekromancja z poczuciem winy, sentymentem, przyjaźnią, śmiercią, traumą i wojną Czarodziejów. Nie rozmawiali o tym, które wino jest dobre lub co najbardziej pasuje do truskawek. Przestali nawet żartować.
Taka była dorosłość?
Jego słowa sprawiły, że ściągnęła brwi i znów zerknęła przez ramię, jakby chciała się upewnić, czy dobrze słyszała.
- Ja? Skąd Ci to przyszło do głowy? - zapytała, tkwiąc jeszcze chwilę w tej pozycji, zanim znów wyprostowała głowę, trzymając podbródek nieco zadarty i spoglądając w niebo, kontynuowała. - Mam dużo pracy. Poza Ministerstwem biorę udział w innych projektach i mam własne badania, a do tego mój ojciec angażuje mnie do pomocy waszej małej organizacji, myśląc, że o tym nie wiem. - wyjaśniła ze spokojem, nie kłamiąc. Ostatnie tygodnie uciekły jej naprawdę szybko, dni zdawały się przelewać przez palce, a jej ciągle brakowało czasu.