01.04.2025, 22:30 ✶
Nie chciał o tym mówić. Kiedy ktoś, kto mówił tylko i wyłącznie prawdę potrzebował wymigać się od czegoś, stawał się (mimo wygadania) kimś naprawdę oszczędnym w słowach.
- Ta, jutro przychodzą.
Tyle, nic więcej. Jutro widzę się z byłą żoną i córką, których nie widziałem od miesięcy. Wróciłem do nich do kraju, w którym toczy się wojna domowa i jej skala z każdym dniem narasta. Do kraju, w którym ludzie boją się o jutro. Wróciłem i nie były moim priorytetem. To znaczy... No były, ale chyba nie w taki sposób, w jaki oczekiwaliby od niego normalni ludzie. Ciągle się o to z kimś kłócił. Wbrew wszelkiej logice zawiłości tej relacji zdawała się pojmować tylko Viviane.
- Dla niego to lepiej, przygłodowaliśmy w tym roku na morzu - przyznał, nie kryjąc kotłującego się w środku poczucia winy. A później milczał i analizował kolejne słowa, gołe palce w zestawieniu z najświeższymi plotkami, które napływały do ludzi w Londynie mimowolnie. - Zaręczona też nie jesteś. - Zauważył, mrużąc oczy, żeby lepiej dostrzec ślady ukryte w cieniu nocy. - Chyba że z pracą. - Dodał po chwili, łapiąc jej dłoń we własną i przesuwając palcem wzdłuż śladu, jaki na niej powstał. Nie mówił tego w sposób sugerujący jej zaprzestanie takich praktyk. Jego ręce również były okaleczone - był człowiekiem pracy i rozumiał innych ludzi pracy, ale czasami jego myśli zatrzymywały się przy tematach nieco bardziej przyziemnych. Takich, których nie powinno się rozważać, kiedy wszystkim zebranym chciało się spać. Ani kiedy ciężar słów o zamkniętej Isobell przytłaczał bardziej, niż chciałby to przyznać.
Tak długie milczenie nie było u niego czymś spotykanym. Musiał prowadzić jakąś wewnętrzną walkę, monolog, jaki nie miał prawa opuścić jego ust nawet przy kimś tak zaufanym jak Victoria. Kiedy wreszcie odetchnął, niechętnie podnosząc się z barierki i prostując obolałe plecy, przyznał coś, co zapewne wielu wydałoby się oznaką słabości.
- To dużo.
To naprawdę było dużo. Zbyt mocno pobudzało wyobraźnię. Zwinięta kobieta na łóżku pośrodku niczego, bez rzeczy do modlitwy, bez światła księżyca otulającego jej twarz. Po tych wszystkich latach, jakie poświęciła dla ich społeczności. Nie musiała tego robić. Mogła wieść zupełnie inne życie!
- Wyławiałem dla niej książki z wody sitem, ryzykując swoim bezpieczeństwem, żeby okazało się, że nie mogę jej ich dać. Bo siedzi w więzieniu. - Jeszcze raz zadarł głowę do góry. - Pewnie nawet nie widzi nieba. - A później pokręcił głową. - Nie musisz mi się niczym specjalnie odwdzięczać. Wiem, że gdyby coś mi się stało, to pomogłabyś mi bez zawahania. I masz rację. Idę spać, zanim mnie tu zastanie świt. - Ale bardziej niż pewien potrzeby odpoczynku wydawał się teraz być pewien tego, że to pora uciec od odpowiedzialności za to co powiedział. Jego uśmiech był szczery, chociaż odrobinę przerażający. - Dobranoc, prawie-sąsiadko.
I naprawdę wiele energii włożył w to, aby wydostać się stąd, zanim ktokolwiek odważy się zadać pytanie, dlaczego bardziej frustrowało go odcięcie Arcykapłanki od świata zewnętrznego, niż próba złożenia w ofierze jednej z wyznawczyń Pani Księżyca.
- Ta, jutro przychodzą.
Tyle, nic więcej. Jutro widzę się z byłą żoną i córką, których nie widziałem od miesięcy. Wróciłem do nich do kraju, w którym toczy się wojna domowa i jej skala z każdym dniem narasta. Do kraju, w którym ludzie boją się o jutro. Wróciłem i nie były moim priorytetem. To znaczy... No były, ale chyba nie w taki sposób, w jaki oczekiwaliby od niego normalni ludzie. Ciągle się o to z kimś kłócił. Wbrew wszelkiej logice zawiłości tej relacji zdawała się pojmować tylko Viviane.
- Dla niego to lepiej, przygłodowaliśmy w tym roku na morzu - przyznał, nie kryjąc kotłującego się w środku poczucia winy. A później milczał i analizował kolejne słowa, gołe palce w zestawieniu z najświeższymi plotkami, które napływały do ludzi w Londynie mimowolnie. - Zaręczona też nie jesteś. - Zauważył, mrużąc oczy, żeby lepiej dostrzec ślady ukryte w cieniu nocy. - Chyba że z pracą. - Dodał po chwili, łapiąc jej dłoń we własną i przesuwając palcem wzdłuż śladu, jaki na niej powstał. Nie mówił tego w sposób sugerujący jej zaprzestanie takich praktyk. Jego ręce również były okaleczone - był człowiekiem pracy i rozumiał innych ludzi pracy, ale czasami jego myśli zatrzymywały się przy tematach nieco bardziej przyziemnych. Takich, których nie powinno się rozważać, kiedy wszystkim zebranym chciało się spać. Ani kiedy ciężar słów o zamkniętej Isobell przytłaczał bardziej, niż chciałby to przyznać.
Tak długie milczenie nie było u niego czymś spotykanym. Musiał prowadzić jakąś wewnętrzną walkę, monolog, jaki nie miał prawa opuścić jego ust nawet przy kimś tak zaufanym jak Victoria. Kiedy wreszcie odetchnął, niechętnie podnosząc się z barierki i prostując obolałe plecy, przyznał coś, co zapewne wielu wydałoby się oznaką słabości.
- To dużo.
To naprawdę było dużo. Zbyt mocno pobudzało wyobraźnię. Zwinięta kobieta na łóżku pośrodku niczego, bez rzeczy do modlitwy, bez światła księżyca otulającego jej twarz. Po tych wszystkich latach, jakie poświęciła dla ich społeczności. Nie musiała tego robić. Mogła wieść zupełnie inne życie!
- Wyławiałem dla niej książki z wody sitem, ryzykując swoim bezpieczeństwem, żeby okazało się, że nie mogę jej ich dać. Bo siedzi w więzieniu. - Jeszcze raz zadarł głowę do góry. - Pewnie nawet nie widzi nieba. - A później pokręcił głową. - Nie musisz mi się niczym specjalnie odwdzięczać. Wiem, że gdyby coś mi się stało, to pomogłabyś mi bez zawahania. I masz rację. Idę spać, zanim mnie tu zastanie świt. - Ale bardziej niż pewien potrzeby odpoczynku wydawał się teraz być pewien tego, że to pora uciec od odpowiedzialności za to co powiedział. Jego uśmiech był szczery, chociaż odrobinę przerażający. - Dobranoc, prawie-sąsiadko.
I naprawdę wiele energii włożył w to, aby wydostać się stąd, zanim ktokolwiek odważy się zadać pytanie, dlaczego bardziej frustrowało go odcięcie Arcykapłanki od świata zewnętrznego, niż próba złożenia w ofierze jednej z wyznawczyń Pani Księżyca.
Koniec sesji
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr