Obserwowanie tego całego zamieszania z perspektywy zwykłego mieszkańca Londynu było niemalże równie przyjemne jak samo niszczenie go. Jednak należało być tak samo uważnym i zorientowanym na niebezpieczeństwo jak wtedy kiedy mieli na sobie śmierciożercze szaty. W przeciwieństwie do przeciętnych czarodziei na ich twarzach nie gościło to samo przerażenie i lęk przed katastrofą jak u reszty postronnych. Wręcz przeciwnie. Dopiero patrząc Bellatrix prosto w jej onyksowe spojrzenie, zrozumiał że widać to po nich. Widać, że jako jedyni na tle całego, pogrążonego w panice, Londynu mają tę pasję i zaangażowanie w oczach, co mogłoby zdradzać ich podłe zamiary. A tego ani trochę nie potrzebowali prawda? Spojrzał w jej twarz i przez moment jakby zobaczył odbicie samego siebie, te same emocje, tą samą chorą radość. Chorą, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien cieszyć się z tego co działo się na ulicach. Chyba, że było się współodpowiedzialnym za skalę tej tragedii.
- Pysznie. Odparł bardzo pocieszony tym, że będzie im dane jeszcze raz narobić trochę więcej zła w tym mieście. Właściwie to nie spodziewał się innej odpowiedzi. Współpraca razem zawsze im wychodziła i dobrze się dogadywali, więc nie istniały żadne inne przeciwskazania. - Jeśli mamy iść podejść, nie możemy zrobić tego w maskach. Dlatego musimy uważać. Dodał po chwili, dalej zwracając się do niej półszeptem. To będzie dość ryzykowne, bo jeśli nie uda im się za pierwszym razem, mogą sobie narobić spore kłopoty. No i ich twarze, a być może nawet personalia mogą zostać zapamiętane, o ile któryś z tych gadzin w mundurach ich rozpozna. No ale cóż. Żyli po to by służyć mrocznej woli. Na szczęście on był dość sprawnym manipulatorem, a Trixi bardzo wprawioną w urokach czarownicą. Posiadali odpowiednie atuty, żeby osiągnąć to co chcieli.
- Spróbuję odwrócić ich uwagę, a Ty rzuć na nich urok zgoda? Przedstawił swój sklejony naprędce plan, jednocześnie wyglądając jednym okiem zza rogu wpatrując się w ich przyszłe ofiary. Następnie sięgnął w stronę głowy kuzynki. Z jej włosów wyjął dla siebie jedną szpilkę, a opadający kosmyk zaczesał delikatnym ruchem palca za ucho. Ostrym końcem przejechał sobie nad lewą brwią potem niżej w stronę skroni i jeszcze chwilę obok policzka. Ciemna jak smoła krew spłynęła po jego twarzy. Skoro zaraz miał próbować kogoś oszukać musiał się uwiarygodnić. Na koniec ostatnim ruchem sięgnął po wszędobylski kurz i pył, aby ubrudzić sobie kawałek marynarki, by jak najbardziej wyglądać przypominać ofiarę płonącego Londynu. Ostatni rzut spojrzenia na swoją partnerkę, jakby w niewymowny sposób chciał im obojgu życzyć powodzenia i ruszył w kierunku brygadzistów, którzy dalej zatrzymywali uciekających przechodniów.
Zaszedł ich z boku, a kiedy był już na kilkanaście metrów od nich odezwał się: - Brygada! Pomocy! - trzymając się ręką za świeżo otwartą ranę na twarzy wsparł się na ramieniu jednego z mundurowych. - Jakiś czarodziej napadł mnie i groził śmiercią. Uciekł, bo strop budynku się zawalił nad nami. Wbiegł w tłum, o tam! Podniósł rękę i wskazał przeciwny kierunek, gdzie przed chwilą ukrywał się z kuzynką, a w gdzie między ciasnymi ścieżkami straganów wciąż kotłowali się spanikowani ludzie.- No rzucajcie zaklęciami, bo zaraz ktoś może zginąć! Popędzał magiczną policję, próbując wywrzeć na nich presję, by podjęli ryzyko rzucania zaklęciami na oślep. W końcu byli od tego, żeby zapobiegać rozrastaniu się tragedii, a sytuacja nadzwyczajna wymagała nadzwyczajnych kroków, czyż nie? Na twarzy miał grymas bólu i strachu, a do tego głośno dyszał jakby przed chwilą dopiero co uszedł śmierci.
charyzma, próbuję nakłonić brygadzistów do rzucania zaklęć w tłum, dodatkowo używam przewagi Kłamstwo I za co doliczam sobie +10 do rzutu
Akcja nieudana