03.04.2025, 00:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:58 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
08.09.1972, po zmierzchu, okolice zachodniej części Alei Horyzontalnej
Londyn płonął. Łuna bijąca od szalejącego żywiołu ciągnęła się aż po horyzont. Sprawiała, że ciemne niebo było jednocześnie przeraźliwie stalowo-czarne i nienaturalnie jasne: zabarwione przebłyskami żółci, pomarańczu i czerwieni. Płomienie trawiły dosłownie wszystko, co napotykały na swej drodze. Dachy kolejnych kamienic zapadały się z głuchym trzaskiem. Echo wrzasków, panicznych błagań o ratunek, czasami o zbawienie albo o odkupienie niosło się pomiędzy ciasno upchniętymi budynkami. Pośród krzyków nie dało się jednak rozróżnić większości słów. Zlewały się w jeden głośny chór przerażenia. Wszechotaczający, bo trudno było stwierdzić, z której strony dobiegał najintensywniej.
Aleja Horyzontalna stanęła w ogniu. Nie było budynku, który nie ucierpiałby w taki albo inny sposób. Niektóre paliły się mocniej, inne słabiej. Były miejsca, gdzie elewacje zostały wyłącznie okopcone przez ogień. Fragmenty niektórych kamienice jedynie się żarzyły. Nie płonęły niczym łebki zapałek.
Jeszcze nie. Prawdopodobnie była to jedynie kwestia czasu. W końcu nikt nie był w stanie przerwać ściany ognia. Nie było takiej ilości wody, która byłaby w stanie stłumić tak gwałtownie rozwijającą się pożogę. Co gorsza, podsycaną przez popleczników Voldemorta, którzy pojawili się pośród tłumu.
Gdzieniegdzie dało się dostrzec pojedyncze osoby usiłujące walczyć z falą ognia. Rzucające zaklęcia, tworzące strumienie przy pomocy wysoko uniesionych różdżek. Tyle tylko, że ich działania były bezskuteczne. Może nawet wręcz niebezpieczne, bowiem tak wąskie strużki szybko przemieniały się w gorącą parę, której kłęby uderzały w ich własnych twórców.
Nie było jednak sensu wyrzucać z siebie kolejnych ostrzeżeń. Pośród makabrycznego chóru masowej histerii nie dało się już przemówić komukolwiek do rozsądku. Równie dobrze można byłoby spróbować przekrzyczeć sztorm. Fala dźwięku przekraczającego się przez ulicę w pewnym sensie przypominała łoskot morza obijającego się o klify w momentach gniewu natury.
Tyle tylko, że w żywiole, który trawił Londyn nie było nic naturalnego. To nie mogło być dzieło przypadku. Gdy wychodzili z Geraldine z domu, niebo było zachmurzone, mżyło, ale nie zapowiadało się na burze. Było już zresztą po sezonie. Prawdopodobieństwo, że gdzieś uderzył zbłąkany piorun równało się praktycznie zeru. Nie był to także wynik zaprószenia kołdry żarem z papierosa. Nie chodziło o pękniętą latarnię uliczną, z której wydostałby się zaczarowany płomień.
Ambroise już to wiedział. Podpalacze pojawili się później, pierwszy był popiół. Czarna magia? Znajdując się na ulicy w momencie, w którym panika jeszcze nie wybuchła na dobre, był świadkiem rozwoju sytuacji. Widział. Widział naprawdę wiele. Tłum nie ograniczał mu zasięgu wzroku. Patrzył ponad większością głów, nawet jeśli w pewnych momentach wcale nie chciałby musieć tego robić.
Wtedy, gdy pył dopiero zaczynał sypać się z nieba niczym makabrycznie szary, duszący śnieg. Kiedy płomienie nie sięgały jeszcze nieba. I teraz. Teraz też miał wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju możliwość zajmowania jednej z najmniej ograniczonych widokowo pozycji pośród tłumu.
Wysoki wzrost jeszcze nigdy nie był dla niego tak dużym przekleństwem. Już wcześniej przysparzał mu wielu niedogodności, jednak teraz Greengrassowi wydawało się, że patrzy na wszystko z góry, jednocześnie samemu znajdując się tak nisko. Nie będąc w stanie zrobić nic, by zapobiec większości wydarzeń, które mógł przewidzieć z wręcz zatrważającą pewnością.
Dostrzegał ludzi, którzy parli przed siebie z różdżkami w dłoni, gotowi torować sobie drogę po trupach. Wpadających na osoby usiłujące gasić ogień z zewnątrz kamienic. Zauważał iskry lecące w niebo, wzywające pomocy. Te słabsze jednostki zagubione w mrowiu ludzi i przez ten sam tłum porywane w kierunku, z którego nie było już ucieczki.
Jeśli Ministerstwo pojawiło się już na ulicy, przedstawiciele organów rządowych nie byli widoczni pośród spanikowanych mas. Nie wyglądało na to, aby ktokolwiek zarządzał ewakuacją. Nawet jeżeli ktoś usiłował kierować stłoczoną falą czarodziejów i czarownic, ewidentnie nic to nie dawało. A w obliczu szalejącego kataklizmu ujawniały się najbardziej obrzydliwe oblicza zewu przetrwania.
Lecz nie tylko one. Niestety nie. Nie chodziło wyłącznie o te pierwotne instynkty, choć bez wątpienia dało się je spostrzec pośród dwóch głównych typów zachowań. Jedni rzucali się do ucieczki, gotowi miażdżyć i tratować wszystkich na swojej drodze. Inni zamierali w miejscu. To oni prędzej niż później napotykali spody podeszw butów i ciężar spiętrzonych ciał przelewających się chodnikami.
Ale był też trzeci typ. Ten, z którym zetknęli się już na samym początku w alejce w pobliżu Nokturnu i w momencie powtórnego znalezienia się na ulicy. Wtedy, kiedy udało im się odnaleźć Rotha. W większości zamaskowani ludzie przyczyniający się do jeszcze większych zniszczeń. Podpalający budynki, miotający zaklęciami w elewacje albo po prostu bezpośrednio w wybrane przez siebie ofiary.
Nie można było ich powstrzymać. Interwencja skończyłaby się tragicznie. Tej nocy w Londynie w ludziach budziły się najgłębiej ukryte instynkty. Tej nocy można było dostrzec ich prawdziwe twarze. Nawet, jeśli ukrywali je pod kapturami, chustami czy maskami.
Jego załzawione, zaczerwienione od dymu oczy napotkały znajomą sylwetkę. Charakterystyczny nastroszony czubek głowy. Ciemne, prawie czarne włosy zebrane w kitkę. Osmoloną kurtkę, której klapy poruszały się wraz ze zdecydowanymi, energicznymi ruchami postaci, która parła na ukos przez tłum z tylko sobie znanym zamiarem, w tylko przez siebie zrozumiałym kierunku. Nie tam, gdzie kierowali się inni. Cokolwiek kierowało Aloysiusem, nie była to panika.
Roise zawiesił wzrok na postaci przyjaciela, usiłując zrozumieć, do czego zmierza Benjy. Przyglądając się jego sylwetce. Jego sylwetce?
Jednej, wysokiej...
...dwóch? Ta druga też była mu znana, choć z początku niemalże nie zwrócił na nią uwagi. Była tycia, niska. Gdyby nie znacznie wyższy i bardziej postawny mężczyzna, najpewniej zniknęłaby w tłumie. Możliwe, że już na zawsze. Drobniejsze osoby znacznie szybciej stawały się ofiarami masowego obłędu. Niestety tak wyglądały realia. Nie sposób było im zaradzić.
A jednak niektórzy ewidentnie próbowali to robić. W najbardziej osobliwy, ale chyba jednocześnie najskuteczniejszy sposób. To miało zadziwiająco dużo sensu. Prudence była lekka. Niesienie jej na barana z pewnością nie sprawiało Loysowi większego problemu.
Przyjaciele... ...przyjaciele?... ...czy Pru była jego przyjaciółką? Po tym wszystkim, co razem przeszli i robili, powinien bez wahania móc to określić, ale w tym momencie nie potrafił tego zrobić. Najważniejsze, że trochę ulżyło mu na jej widok. Całej i najpewniej względnie zdrowej.
A więc... ...przyjaciele... ...przyjaciele usiłowali przepychać się wspólnie przez kolejne metry żywych barier. Przeciskali się pomiędzy ludźmi. Torowali sobie drogę. Cholera wiedziała, gdzie dokładnie, bo nie było nawet najmniejszych szans, żeby porozumieć się w tym hałasie.
Krzyknąć tak, aby zostać usłyszanym. Zwrócić na siebie uwagę. Sformułować wypowiedź albo chociażby rzucić kilka głośnych słów będących w stanie przedrzeć się przez kakofonię paniki i śmierci. Zastygnięcie w miejscu, próba pomachanie a następnie makabryczna pantomima również nie miała sensu. Wyłącznie zmniejszyłaby szanse przeżycia obu stron.
Tych, które teraz mijały się po przeciwnych stronach ulicy. Zmierzały w zupełnie innym kierunku. Łączyło ich wyłącznie to, że nie byli w tym wszystkim sami. On miał Astarotha i Geraldine, Benjy miał Prudence. Kuriozalne połączenia. Szczególnie w wypadku tego drugiego, które w tym całym braku sensu miało go dziwnie dużo.
W końcu kto jak kto, ale Ambroise nie był głupi. Już w czasach młodości potrafił łączyć kropki. Zauważał mniej oczywiste związki przyczynowo-skutkowe. Zwracał uwagę na drobne detale.
Tyle tylko, że wbrew pozorom, nawet jako wyjątkowo pyskaty, wygadany szczeniak miał w sobie na tyle zdrowego rozsądku i przyzwoitości, aby nie poruszać niektórych spraw. To, że łaskawie nie wypowiadał się w pewnych kwestiach nie znaczyło, że dostrzegał więcej niż sugerował. Po prostu nic nie mówił. Szczególnie odnośnie tematów, które mogły zaszkodzić jego bliskim.
A zauroczenia osobami przybrudzonej krwi, gdy samemu było się z jednego z najbardziej konserwatywnych rodów czystokrwistych zdecydowanie mogły to zrobić. Nie warto było mówić o tym na głos dla kilku minut żartów z zażenowania tych osób. Wieść o tym mogłaby dotrzeć za daleko, huknąć zbyt mocno. Tak jak to zresztą zrobiła, ale w przypadku jeszcze gorszej decyzji.
Na tym jednak kończyłaby się lista jego zalet w tym zakresie. Tudzież domniemana wyrozumiałość. Jasne: nie wyciągał niektórych spostrzeżeń na wierzch. Zamiast tego całkiem bezczelnie wykorzystywał swoją wiedzę, żeby czerpać z niej więcej rozrywki niż ktokolwiek byłby w stanie zauważyć. Żeby mieszać i podpuszczać. By prowokować kolejne wyjątkowo bawiące go sytuacje, jednocześnie udając, że nie ma pojęcia o jakimkolwiek drugim dnie.
Dokładnie tak było w przypadku Aloysiusa i jego absurdalnych, zdecydowanie godnych pożałowania ciągot do interesowania się dziewczętami spoza ich klasy społecznej. Rosie bardzo celowo podpuszczał go do tego, by wbijał Prudence kolejne szpile. W końcu wkurwiała ich wszystkich, więc zasłużyła sobie na kolejne dowody niezadowolenia.
Jego przyjaciel zawsze miał tendencję do bardzo intensywnych zachowań. Do nieustannych prób przekraczania granic i naruszania ogólnie przyjętych schematów. Był pierwszy do całkiem zabawnego reagowania w bardzo, bardzo barwny sposób. Czasami wywołując tym poklask (tak jak w przypadku znęcania się nad bliźniaczką Eliasa) innym razem wyłącznie zmieszane spojrzenia albo gorzki śmiech otoczenia (jak przy próbach podrywania cholernej Alice Farley).
Pod tym względem Ambroise nigdy nie był w stanie całkowicie go zrozumieć. Nawet wiedząc to wszystko, co wiedział. Będąc świadomym tego, co działo się u Rookwoodów w domu. Tego, że zewnętrzna persona Rookiego diametralnie różniła się od tej prezentowanej pośród krewnych. Szczególnie przed ojcem. Tego, że na dłuższą metę młodemu chłopcu nie mogło udać się rozgraniczanie tych dwóch światów.
I się nie udało.
Trwało przez wiele lat, ale ostatecznie wciąż doprowadziło do czegoś, czego Roise nie życzyłby nawet najgorszemu wrogowi. Cholernie trudno było żyć w ten sposób. Jeszcze trudniej było zostać przymuszonym do śmierci dla jednego i drugiego świata. Tułać się, nie mogąc zagrzać miejsca. Po to, by po drodze zostać jeszcze wykorzystanym i zdradzonym.
Na sam koniec wracając do punktu wyjścia. Do ojczyzny ogarniętej chaosem. Prawie od razu w sam środek pożaru. Wcześniej w przenośni, teraz dosłownego. Żywiołu trawiącego resztki tego, co znane. Nad ranem ich świat miał wyglądać już zupełnie inaczej. Nie dało się nie mieć tego przekonania.
Tej nocy miało zginąć wielu ludzi. Z dużym prawdopodobieństwem także ich własnych znajomych. Członków rodzin? Roise nie zamierzał po tym wszystkim pytać, co sprawiło, że akurat ta dwójka postanowiła towarzyszyć sobie tej przeklętej nocy. Z jego perspektywy to, w jaki sposób przemierzali wspólnie tłum mogło być wyłącznie wyjątkowo wymowne i jednoznaczne. W tym wypadku planował być jednak tak samo milczący jak w czasach szkolnych.
To nie była jego sprawa. Liczyło się to, że ten widok w pewnym sensie chociaż trochę go uspokoił. Trzy osoby. Astaroth był z nim i z Geraldine. Ta dwójka ze sobą. Pozostało zatrważająco wielu innych ludzi. Zbyt wielu, aby upewnić się, co do bezpieczeństwa wszystkich. Los części z nich miał być im znany dopiero po tym jak siła żywiołu wygaśnie. Londyn kiedyś w końcu ucichnie. Pożar bez pożywki sam się wypali. Wtedy będą mogli liczyć straty.
Teraz? Mogli wyłącznie wykorzystywać daną im przewagę orientacji w terenie i siły fizycznej, żeby wydostać się z tłumu. Niestety, zmierzając w zupełnie przeciwnych kierunkach i nie mogąc tego zmienić.
W końcu musiał jeszcze bardziej zdecydowanym ruchem przepchnąć się w kierunku kamienicy, którą zajmował wraz z Corneliusem, Eliasem i Romulusem. Ludźmi, o których nic jeszcze nie wiedział. Nie miał pojęcia, czy tam zostali. A jeśli nie, to gdzie znajdują się w tym momencie. Czy Bletchley wiedział coś na temat swojej siostry. Tej, której wzrok Ambroise chyba wreszcie pochwycił w tłumie. Przynajmniej tak mu się wydawało. Odruchowo uniósł rękę.
Moment później huk przedarł powietrze. Gwałtowny i niespodziewany. Szyby pobliskiej kamienicy wybuchły. Z nieba posypał się deszcz szkła rozgrzanego niemal do czerwoności. Drobne szklane konfetti.
- To kawałki czegoś, co mogło być, ale już nie jest. Fragmenty czegoś, co kiedyś było całością, przeszłe odbicia teraźniejszości - nie wiedział, czemu przyszło mu to na myśl, ale w tym momencie całkowicie odruchowo sięgnął do wspomnienia słów, które usłyszał przed laty.
Pasowało. Cała reszta tamtej wypowiedzi także nagle stała się znacznie bardziej zrozumiała, klarowna, choć nie napawająca optymizmem. Nie była pozytywna. Nie w kontekście, jakiego okazała się dotyczyć.
Część maciupeńkich szklanych odłamków połączyła się z popiołem bezustannie sypiącym z nieba. Mogłoby się zdawać, że tłum na ułamek sekundy zastygł, wpatrzony w iskrzący śnieg. Zaraz potem ponownie zawrzało. Wszyscy dookoła jak jeden rzucili się do ucieczki, całkowicie odcinając mu widok na przyjaciół. Spychając ich wszystkich jeszcze dalej od siebie. Tak daleko, że zupełnie stracili się z oczu.
Tak. W momentach takich jak ten zatrważająco łatwo było nazywać ich przyjaciółmi. W końcu mogli nie przeżyć tej nocy.
- To jest chwila, gdy ścieżka się rozdwaja a ty musisz wybrać, co zabrać ze sobą. To będzie twój ostatni moment. Zamknięte drzwi, gdy otworzą się ponownie, nie będą prowadzić w to samo miejsce - nie chciał znać dalszego sensu, czuł się dostatecznie obciążony.
Miał przeczucie, że nie był to jednak jego wybór. On mógł tylko ruszyć dalej, przepychając się przez tłum i życząc reszcie powodzenia. Tej piekielnej nocy miało przydać się im wszystkim.
Postać opuszcza sesję
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Poza tym nie używam nic więcej.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down