07.04.2025, 18:42 ✶
Ciała biegły, potykały się, płonęły, natomiast nie patrzyła na to. Jej oczy były tylko wpatrzone w niego. Drżał. Co mieli zrobić? Uciekać? Ale dokąd? Gdzie jeszcze było bezpiecznie? Nie było an to czasu. Tak bardzo pragnęłaby go zlepić powoli zanim zacząłby pękać, ale nie mieli czasu. Bogowie, nie miała czasu.
— Dasz radę ją znaleźć sam?! Nie mogę iść z tobą, muszę iść po Świstka, a ty znaleźć Ellie! — odparła ponad hukiem. Nie powiedziała „tak” ani „poradzę sobie”. Nie wiedziała. — Przy pożarach największe niebezpieczeństwo to dym — zaczęła tłumaczyć szybko. Kobieta szarpnięciem rozwiązała szalik z szyi i wcisnęła mu go w dłoń. Miała go od lat. Nie był piękny, ale był jej. I teraz był jego. — Unikaj wdychania, a jak już to oddychaj przez materiał. Trzymaj się nisko ziemi i nie panikuj. Nigdy nie panikuj. To zabija szybciej niż ogień, Ari rozumiesz?! — rodowa posiadłość i budynki mieszkalne były pod ochroną od ognia w Walii, ale każdy pracownik znał podstawowe procedury w wypadku pożaru. Wspięła się na palcach i złożyła szybki i lękliwy pocałunek na jego czole. Był niewypowiedzianym „kocham cię” i cicha klątwą, żeby wrócił do niej żywy. Zaraz potem dotknęła czołem jego czoła, przylgnęła do niego po raz ostatni. Bez miejsca na powietrze, bez przerwy między myślą a uczuciem. Jej sprawna dłoń zadrżały na jego karku. Bogowie, dajcie mi jeszcze chwilę, pomyślała. Mona miała ochotę zapłakać, bo czas zadrwił z nich okrutnie. Przecież myślała, że mieli go dużo i że skoro odnalazł ją po dziesięciu latach — we śnie i na jawie — to znaczyło coś więcej.
— Znajdę cię choćby pozostał sam popiół. Masz na siebie uważać, więc żadnych bohaterskich zrywów — odparła surowo i puściła go. Musiała iść. Bo tak właśnie wyglądała miłość w świecie, który najwyraźniej się kończył: z dymem w gardle oraz ostatnim pocałunkiem.
— Dasz radę ją znaleźć sam?! Nie mogę iść z tobą, muszę iść po Świstka, a ty znaleźć Ellie! — odparła ponad hukiem. Nie powiedziała „tak” ani „poradzę sobie”. Nie wiedziała. — Przy pożarach największe niebezpieczeństwo to dym — zaczęła tłumaczyć szybko. Kobieta szarpnięciem rozwiązała szalik z szyi i wcisnęła mu go w dłoń. Miała go od lat. Nie był piękny, ale był jej. I teraz był jego. — Unikaj wdychania, a jak już to oddychaj przez materiał. Trzymaj się nisko ziemi i nie panikuj. Nigdy nie panikuj. To zabija szybciej niż ogień, Ari rozumiesz?! — rodowa posiadłość i budynki mieszkalne były pod ochroną od ognia w Walii, ale każdy pracownik znał podstawowe procedury w wypadku pożaru. Wspięła się na palcach i złożyła szybki i lękliwy pocałunek na jego czole. Był niewypowiedzianym „kocham cię” i cicha klątwą, żeby wrócił do niej żywy. Zaraz potem dotknęła czołem jego czoła, przylgnęła do niego po raz ostatni. Bez miejsca na powietrze, bez przerwy między myślą a uczuciem. Jej sprawna dłoń zadrżały na jego karku. Bogowie, dajcie mi jeszcze chwilę, pomyślała. Mona miała ochotę zapłakać, bo czas zadrwił z nich okrutnie. Przecież myślała, że mieli go dużo i że skoro odnalazł ją po dziesięciu latach — we śnie i na jawie — to znaczyło coś więcej.
— Znajdę cię choćby pozostał sam popiół. Masz na siebie uważać, więc żadnych bohaterskich zrywów — odparła surowo i puściła go. Musiała iść. Bo tak właśnie wyglądała miłość w świecie, który najwyraźniej się kończył: z dymem w gardle oraz ostatnim pocałunkiem.