08.04.2025, 12:33 ✶
Niby pogroził Asenie palcem za oddawanie się w godzinach pracy grom planszowym, ale tej groźby nie dało się wziąć na poważnie, gdy towarzyszyło jej spojrzenie pełne uznania dla kobiecej obrotności. Grać i pracować, to już coś.
Gdyby natomiast zapachy spalenizny nawet pochodziły z kuchni, to nie pogardziłby Woody i takim daniem. Pociągały go w pewnym stopniu kotlety z warstewką węgla i zasuszone na amen frytki. Zupa na winie wyniesiona przez Lewisa owionęła go jednak standardową, niepodrabialną wonią. No jak nic musiało z dworu wionąć tym dymem, tym bardziej że kolejna osoba otworzyła drzwi i wpuściła nową porcję aromatycznej chmury. Woody spojrzał kątem oka na starą babę, ale jego uwagę odciągnęło magiczne słowo-klucz.
— Wiwern?! — Ta iskra w oku, ta nuta podniecenia w głosie, ta nieśmiała nadzieja. Wymienił wymowne spojrzenia ze swoimi współpracownikami, dzieląc ten wyjątkowy moment zjednoczenia w radości. — Te, te, te, synku, gorzałą? Hamuj się — skarcił Lewisa za te bluźniercze pomysły. — Oliwę z kuchni wyniosę i chlust, do ognia. Skończą się delikatesy, na oleju najtańszym będziesz smażył, po pięć razy.
Choć przyznać trzeba, że Woody nie miał pojęcia, czy smaży się u nich na oliwie i co dokładnie znajduje się w kuchni, która była królestwem niepodległym pod władaniem McKinnona. Dopóki się budżet spinał, mógł tam dzieciak kombinować, co chciał.
Ale do rzeczy: sprawę Wiwerna należało bezsprzecznie zbadać. W kroku pierwszym: przesłuchanie świadków. Wyszedł więc gospodarz do wzburzonej starowinki, skłonił się galanteryjnie, uchylił kapelusza i rzekł:
— Dobra matko, tylko spokojnie, bez nerwów. Senka, weź dobrej kobicie polej Mocnego Merlina na rozluźnienie, co? — Otoczył staruszkę ramieniem. — Pani jak szła, to widziała może, Wiwern faktycznie w og…? — Stęknął, gdy laska z zaskakująco dosadnym łupnięciem rąbnęła w czuba jego buta.
— Opoju ty! moczymordo jedna! z łapami precz! — Stara zaczęła smagać go wyzwiskami, odgrażając się laseczką. Na Nokturnie nawet babcie były jakby krwiożercze.
Tarp odstąpił od niej, unosząc ręce w pojednawczym geście. Wyklinając staruchę pod nosem, sam podszedł do drzwi i wystąpił przed lokal. Na zewnątrz rosła panika, ktoś gdzieś biegł, ktoś wychodził przed dom, ludzie wyglądali z okien, wśród okrzyków słychać było co chwilę trzaski teleportacji. U końca ulicy, zza zasłony wirujących popiołów, faktycznie jaśniało ogniem, lecz nie był czarodziej zdolny z takiej odległości ocenić, który to lokal. Czy Wiwern faktycznie, czy też nie. Obrócił się w drugą stronę: tam również błyszczały pierwsze płomienie. Jego myśli mimowolnie powędrowały ku słowom, które usłyszał od Morpheusa w zeszłym tygodniu: nadchodzą ataki i ognie, Dolina w ogniu. Nie chciał temu dowierzać w pierwszej chwili. Na litość boską, to Nokturn. Zaprószyć tu ogień… ach, nie byłby to pierwszy raz (w tym miesiącu) jak jakiś pijaczek próbujący się grzać przy kominku wsadził weń pelerynę i się zajęło wszystko dookoła. Lecz te popioły… spojrzał w górę. Czy z byle ogniska przywiałoby je aż tu?
Ktoś brutalnie przepchnął Woody’ego z powrotem do środka, próbując samemu dostać się do Rejwachu. Widać w pierwotnych odruchach niektórzy szukali poczucia bezpieczeństwa wśród ciasnego, spoconego stada. Tarp przedostał się za ladę, odzyskując rezon, który był wiarygodny tylko i wyłącznie dzięki jego wybornej sztuce kłamczuszenia. W jego głowie tymczasem kiełkowały coraz poważniejsze obawy.
— Hej, młoda damo. — Poklepał Nico po ramieniu. — Wracaj ty może do domu, co? Kocioł się zaczyna robić, co się tu będziesz męczyć. Gdzie pomieszkujesz? — Wiedział o niej tyle, co mu rzuciła przelotem Asena, i że ostatnich kilka dni widział młodą często u siebie. Pytań nie miał jeszcze jej okazji zadać, więc była w zasadniczej części zagadką. Zagadką o młodziutkiej, gładkiej buzi, która wyglądała jak ktoś, kto powinien wracać do swojego bezpiecznego, cywilizowanego kąta, jeśli Nokturnem miałby wkrótce zawładnąć chaos.
Na boku zaś podzielił się z Aseną swoją obserwacją wypowiedzianą przyciszonym (w miarę możliwości) głosem:
— Pali się, ale coś jest nie tak. Czuję w bebechu, że, cholera, coś się kroi. Pada popiołem, ogień z prawej, ogień z lewej. Tak nie wyglądają zwykłe wypadki.
Do pubu napływały kolejne osoby, a wesołość w nim panująca zaczynała przygasać pod falą niepokojów. Dawno w Rejwachu nie było takiego rejwachu.
Gdyby natomiast zapachy spalenizny nawet pochodziły z kuchni, to nie pogardziłby Woody i takim daniem. Pociągały go w pewnym stopniu kotlety z warstewką węgla i zasuszone na amen frytki. Zupa na winie wyniesiona przez Lewisa owionęła go jednak standardową, niepodrabialną wonią. No jak nic musiało z dworu wionąć tym dymem, tym bardziej że kolejna osoba otworzyła drzwi i wpuściła nową porcję aromatycznej chmury. Woody spojrzał kątem oka na starą babę, ale jego uwagę odciągnęło magiczne słowo-klucz.
— Wiwern?! — Ta iskra w oku, ta nuta podniecenia w głosie, ta nieśmiała nadzieja. Wymienił wymowne spojrzenia ze swoimi współpracownikami, dzieląc ten wyjątkowy moment zjednoczenia w radości. — Te, te, te, synku, gorzałą? Hamuj się — skarcił Lewisa za te bluźniercze pomysły. — Oliwę z kuchni wyniosę i chlust, do ognia. Skończą się delikatesy, na oleju najtańszym będziesz smażył, po pięć razy.
Choć przyznać trzeba, że Woody nie miał pojęcia, czy smaży się u nich na oliwie i co dokładnie znajduje się w kuchni, która była królestwem niepodległym pod władaniem McKinnona. Dopóki się budżet spinał, mógł tam dzieciak kombinować, co chciał.
Ale do rzeczy: sprawę Wiwerna należało bezsprzecznie zbadać. W kroku pierwszym: przesłuchanie świadków. Wyszedł więc gospodarz do wzburzonej starowinki, skłonił się galanteryjnie, uchylił kapelusza i rzekł:
— Dobra matko, tylko spokojnie, bez nerwów. Senka, weź dobrej kobicie polej Mocnego Merlina na rozluźnienie, co? — Otoczył staruszkę ramieniem. — Pani jak szła, to widziała może, Wiwern faktycznie w og…? — Stęknął, gdy laska z zaskakująco dosadnym łupnięciem rąbnęła w czuba jego buta.
— Opoju ty! moczymordo jedna! z łapami precz! — Stara zaczęła smagać go wyzwiskami, odgrażając się laseczką. Na Nokturnie nawet babcie były jakby krwiożercze.
Tarp odstąpił od niej, unosząc ręce w pojednawczym geście. Wyklinając staruchę pod nosem, sam podszedł do drzwi i wystąpił przed lokal. Na zewnątrz rosła panika, ktoś gdzieś biegł, ktoś wychodził przed dom, ludzie wyglądali z okien, wśród okrzyków słychać było co chwilę trzaski teleportacji. U końca ulicy, zza zasłony wirujących popiołów, faktycznie jaśniało ogniem, lecz nie był czarodziej zdolny z takiej odległości ocenić, który to lokal. Czy Wiwern faktycznie, czy też nie. Obrócił się w drugą stronę: tam również błyszczały pierwsze płomienie. Jego myśli mimowolnie powędrowały ku słowom, które usłyszał od Morpheusa w zeszłym tygodniu: nadchodzą ataki i ognie, Dolina w ogniu. Nie chciał temu dowierzać w pierwszej chwili. Na litość boską, to Nokturn. Zaprószyć tu ogień… ach, nie byłby to pierwszy raz (w tym miesiącu) jak jakiś pijaczek próbujący się grzać przy kominku wsadził weń pelerynę i się zajęło wszystko dookoła. Lecz te popioły… spojrzał w górę. Czy z byle ogniska przywiałoby je aż tu?
Ktoś brutalnie przepchnął Woody’ego z powrotem do środka, próbując samemu dostać się do Rejwachu. Widać w pierwotnych odruchach niektórzy szukali poczucia bezpieczeństwa wśród ciasnego, spoconego stada. Tarp przedostał się za ladę, odzyskując rezon, który był wiarygodny tylko i wyłącznie dzięki jego wybornej sztuce kłamczuszenia. W jego głowie tymczasem kiełkowały coraz poważniejsze obawy.
— Hej, młoda damo. — Poklepał Nico po ramieniu. — Wracaj ty może do domu, co? Kocioł się zaczyna robić, co się tu będziesz męczyć. Gdzie pomieszkujesz? — Wiedział o niej tyle, co mu rzuciła przelotem Asena, i że ostatnich kilka dni widział młodą często u siebie. Pytań nie miał jeszcze jej okazji zadać, więc była w zasadniczej części zagadką. Zagadką o młodziutkiej, gładkiej buzi, która wyglądała jak ktoś, kto powinien wracać do swojego bezpiecznego, cywilizowanego kąta, jeśli Nokturnem miałby wkrótce zawładnąć chaos.
Na boku zaś podzielił się z Aseną swoją obserwacją wypowiedzianą przyciszonym (w miarę możliwości) głosem:
— Pali się, ale coś jest nie tak. Czuję w bebechu, że, cholera, coś się kroi. Pada popiołem, ogień z prawej, ogień z lewej. Tak nie wyglądają zwykłe wypadki.
Do pubu napływały kolejne osoby, a wesołość w nim panująca zaczynała przygasać pod falą niepokojów. Dawno w Rejwachu nie było takiego rejwachu.
piw0 to moje paliwo