08.04.2025, 13:03 ✶
Nie podobało mu się to, co zaproponował Astaroth. Nawet nie próbował tego ukrywać. Nie zamierzał przyklaskiwać czemuś, co w jego oczach było nie tylko bezcelowe, lecz także z dużym prawdopodobieństwem skrajnie głupie i niebezpieczne.
Grupa oprychów nie zwracała na nich uwagi. Była zajęta demolowaniem ulicy, podpalaniem budynków, rzucaniem bombami domowej roboty w elewacje, nie w ludzi. To, że grad gorącego szkła odbijał się od ścian i leciał w tłum było skutkiem, efektem ubocznym. Pewnie po części też czymś, co dodatkowo satysfakcjonowało bandziorów, ale w gruncie rzeczy nie dochodziło do bezpośrednich rękoczynów.
Nikt nie próbował podpalać przechodniów, nikt nie wyciągał nikogo na środek ulicy, żeby spróbować zająć mu ubrania ogniem. Jeszcze nie. Tych konkretnych ludzi interesowało wyłącznie sianie zamętu, nie mordowanie. Przynajmniej nie bezpośrednie, bo jednocześnie bez wątpienia przyczyniali się do rozprzestrzeniania ognia, który prędzej niż później miał kogoś zabić.
Jasne, oczywiście, na pewno nie było mu w smak to, co robili ci ludzie. W żadnym wypadku nie popierał ich działań. Ale interwencja? Uważał ją za ostatnią rzecz, jaką powinni robić. Mieli swoje zadanie, musieli zająć się czymś, co mogło mieć znacznie większy wpływ na czyjeś życie. Albo na czyjąś śmierć, choć w tym momencie naprawdę usiłował o tym nie myśleć. Niestety nie był w stanie zignorować świadomości, że każda chwila poświęcona na zajmowanie się czymś, czego nie muszą robić mogła zaważyć na być albo nie być ich najbliższych.
Tego wieczoru byli już z Geraldine świadkami sytuacji, w której dosłownie sekundy zadecydowały o ostatecznym rozwiązaniu tragicznej sytuacji. W takich momentach liczyła się każda kolejna minuta. Wszelki czas, jakim dysponowali. A oni nie mieli go praktycznie wcale. Oczywiście, że był wściekły.
Być może w całym swoim dotychczasowym życiu robił naprawdę sporo rzeczy na przypał. Szczególnie we wczesnej młodości niespecjalnie analizował sytuację, mając tendencję do rzucania się w nią na główkę. Tyle tylko, że w tym momencie podchodził do tego już zdecydowanie bardziej analitycznie.
Jego całkowicie idiotycznie porywcze zachowanie uległo zmianie w momencie, w którym przestał odpowiadać wyłącznie za siebie. Choć z początku wcale nie tak łatwo było mu zmienić dawne nawyki, z czasem zaczął zachowywać się znacznie bardziej zachowawczo. Być może w dalszym ciągu niekoniecznie spokojnie, ale jeśli nie potrzebował rzucać się w ogień to się weń nie rzucał.
No, poza ostatnim półtora roku, gdy zdecydowanie zbyt często wracał do starych przyzwyczajeń, ale to w teorii powinno już być za nim. Za nimi. Przeprowadzili już rozmowę o priorytetach. O tym, że w ich nowej rzeczywistości nie było miejsca dla idealistów. Dla ludzi działających dla większego dobra, nie patrząc wpierw na swoje własne otoczenie. Na swoich najbliższych i siebie.
Do chuja Merlina, do kurwy nędzy, dla ich bliskich te zmarnowane sekundy mogły mieć znaczenie. Znacznie większe od tego, co mogli zyskać przeznaczeniem ich na identyfikację podpalaczy.
W jego oczach sytuacja wyglądała zupełnie inaczej niż w umysłach reszty towarzystwa. To, że w tym momencie nie musieli prowadzić bezpośredniej konfrontacji nie oznaczało, że swoimi czynami nie mieli się w nią wmieszać. Trudno było ukryć, że wszyscy troje mogli w znacznym stopniu wyróżniać się na tle tłumu. Nawet tak chaotycznego i spanikowanego, na którego ciągłym przelewaniu się trudno było na dłużej skupić wzrok.
Jasne, nie byli jedynymi wysokimi ludźmi w całej okolicy. Ich głowy wcale nie były wyłącznymi, które wystawały ponad mrowie ludzi. Zniknięcie pośród stłoczonej masy, gdyby coś im się nie powiodło, było jak najbardziej wykonalne. Miał w tym już wcześniejsze doświadczenie, nawet jeśli jeszcze nigdy nie było one związane z koniecznością unikania wszechobecnych płomieni i walących się fragmentów budynków.
Miał niemal całkowitą pewność, że tak czy siak miało mu się udać utorować sobie drogę do wyjścia szybciej niż bandziory byłyby w stanie dopaść do niego. Dzieliła ich całkiem spora odległość. Miał też przewagę związaną z momentem zaskoczenia, bo wątpił, by którykolwiek z tych ludzi spodziewał się ataku. Gdyby tak było, ktoś na pewno zwróciłby uwagę na niezwiązaną chustę i ją poprawił.
Te oprychy być może były na tyle inteligentne, żeby zasłaniać swoje twarze, ale ewidentnie już nie tak bardzo, żeby robić to w bardziej przemyślany sposób. Nie tak jak on czy Geraldine, bowiem oboje mieli w dalszym ciągu osłonięte usta i nosy. Wokół dolnej połowy twarzy Ambroisa zawiązana była ciemna, praktycznie czarna chusta. Górna połowa była już trochę osmolona, przybrudzona sadzą. Jego dziewczyna zasłaniała się ciemnozielonym, trochę grubszym szalikiem, który przekazał jej na samym początku pożarów. Ponadto sam Greengrass miał naciągnięty kaptur a włosy jego dziewczyny, choć nieosłonięte nie były już w ciepłym odcieniu. Zostały przysiwione przez pył i popiół. Z pewnością mogli nie być tacy łatwi do identyfikacji po fakcie. To trochę go uspokajało, choć nieznacznie. Nadal był bardziej rozbity niż próbował okazywać.
Zwłaszcza, że Astaroth, wysmarowany czerwoną farbą idealista, zdecydowanie go rozdrażnił. Z gówniakiem też ewidentnie miał do pogadania. Tyle tylko, że nie teraz. Aktualnie musiał reagować na równi z tym, co postanowili odstawić Astaroth i Geraldine. Nie czekał. Gdy Roth przy pomocy zaklęcia zdarł osłonę z twarzy bandziora, Roise również skupił się na wyczarowaniu kuli bardzo jasnego, wręcz oślepiającego światła, która miałaby zawisnąć przed twarzami bandziorów. Potrzebowali mieć szansę na ucieczkę, do której też nie zamierzał się zbyt długo szykować.
Kształtowanie (III) - kula oślepiającego światła
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Grupa oprychów nie zwracała na nich uwagi. Była zajęta demolowaniem ulicy, podpalaniem budynków, rzucaniem bombami domowej roboty w elewacje, nie w ludzi. To, że grad gorącego szkła odbijał się od ścian i leciał w tłum było skutkiem, efektem ubocznym. Pewnie po części też czymś, co dodatkowo satysfakcjonowało bandziorów, ale w gruncie rzeczy nie dochodziło do bezpośrednich rękoczynów.
Nikt nie próbował podpalać przechodniów, nikt nie wyciągał nikogo na środek ulicy, żeby spróbować zająć mu ubrania ogniem. Jeszcze nie. Tych konkretnych ludzi interesowało wyłącznie sianie zamętu, nie mordowanie. Przynajmniej nie bezpośrednie, bo jednocześnie bez wątpienia przyczyniali się do rozprzestrzeniania ognia, który prędzej niż później miał kogoś zabić.
Jasne, oczywiście, na pewno nie było mu w smak to, co robili ci ludzie. W żadnym wypadku nie popierał ich działań. Ale interwencja? Uważał ją za ostatnią rzecz, jaką powinni robić. Mieli swoje zadanie, musieli zająć się czymś, co mogło mieć znacznie większy wpływ na czyjeś życie. Albo na czyjąś śmierć, choć w tym momencie naprawdę usiłował o tym nie myśleć. Niestety nie był w stanie zignorować świadomości, że każda chwila poświęcona na zajmowanie się czymś, czego nie muszą robić mogła zaważyć na być albo nie być ich najbliższych.
Tego wieczoru byli już z Geraldine świadkami sytuacji, w której dosłownie sekundy zadecydowały o ostatecznym rozwiązaniu tragicznej sytuacji. W takich momentach liczyła się każda kolejna minuta. Wszelki czas, jakim dysponowali. A oni nie mieli go praktycznie wcale. Oczywiście, że był wściekły.
Być może w całym swoim dotychczasowym życiu robił naprawdę sporo rzeczy na przypał. Szczególnie we wczesnej młodości niespecjalnie analizował sytuację, mając tendencję do rzucania się w nią na główkę. Tyle tylko, że w tym momencie podchodził do tego już zdecydowanie bardziej analitycznie.
Jego całkowicie idiotycznie porywcze zachowanie uległo zmianie w momencie, w którym przestał odpowiadać wyłącznie za siebie. Choć z początku wcale nie tak łatwo było mu zmienić dawne nawyki, z czasem zaczął zachowywać się znacznie bardziej zachowawczo. Być może w dalszym ciągu niekoniecznie spokojnie, ale jeśli nie potrzebował rzucać się w ogień to się weń nie rzucał.
No, poza ostatnim półtora roku, gdy zdecydowanie zbyt często wracał do starych przyzwyczajeń, ale to w teorii powinno już być za nim. Za nimi. Przeprowadzili już rozmowę o priorytetach. O tym, że w ich nowej rzeczywistości nie było miejsca dla idealistów. Dla ludzi działających dla większego dobra, nie patrząc wpierw na swoje własne otoczenie. Na swoich najbliższych i siebie.
Do chuja Merlina, do kurwy nędzy, dla ich bliskich te zmarnowane sekundy mogły mieć znaczenie. Znacznie większe od tego, co mogli zyskać przeznaczeniem ich na identyfikację podpalaczy.
W jego oczach sytuacja wyglądała zupełnie inaczej niż w umysłach reszty towarzystwa. To, że w tym momencie nie musieli prowadzić bezpośredniej konfrontacji nie oznaczało, że swoimi czynami nie mieli się w nią wmieszać. Trudno było ukryć, że wszyscy troje mogli w znacznym stopniu wyróżniać się na tle tłumu. Nawet tak chaotycznego i spanikowanego, na którego ciągłym przelewaniu się trudno było na dłużej skupić wzrok.
Jasne, nie byli jedynymi wysokimi ludźmi w całej okolicy. Ich głowy wcale nie były wyłącznymi, które wystawały ponad mrowie ludzi. Zniknięcie pośród stłoczonej masy, gdyby coś im się nie powiodło, było jak najbardziej wykonalne. Miał w tym już wcześniejsze doświadczenie, nawet jeśli jeszcze nigdy nie było one związane z koniecznością unikania wszechobecnych płomieni i walących się fragmentów budynków.
Miał niemal całkowitą pewność, że tak czy siak miało mu się udać utorować sobie drogę do wyjścia szybciej niż bandziory byłyby w stanie dopaść do niego. Dzieliła ich całkiem spora odległość. Miał też przewagę związaną z momentem zaskoczenia, bo wątpił, by którykolwiek z tych ludzi spodziewał się ataku. Gdyby tak było, ktoś na pewno zwróciłby uwagę na niezwiązaną chustę i ją poprawił.
Te oprychy być może były na tyle inteligentne, żeby zasłaniać swoje twarze, ale ewidentnie już nie tak bardzo, żeby robić to w bardziej przemyślany sposób. Nie tak jak on czy Geraldine, bowiem oboje mieli w dalszym ciągu osłonięte usta i nosy. Wokół dolnej połowy twarzy Ambroisa zawiązana była ciemna, praktycznie czarna chusta. Górna połowa była już trochę osmolona, przybrudzona sadzą. Jego dziewczyna zasłaniała się ciemnozielonym, trochę grubszym szalikiem, który przekazał jej na samym początku pożarów. Ponadto sam Greengrass miał naciągnięty kaptur a włosy jego dziewczyny, choć nieosłonięte nie były już w ciepłym odcieniu. Zostały przysiwione przez pył i popiół. Z pewnością mogli nie być tacy łatwi do identyfikacji po fakcie. To trochę go uspokajało, choć nieznacznie. Nadal był bardziej rozbity niż próbował okazywać.
Zwłaszcza, że Astaroth, wysmarowany czerwoną farbą idealista, zdecydowanie go rozdrażnił. Z gówniakiem też ewidentnie miał do pogadania. Tyle tylko, że nie teraz. Aktualnie musiał reagować na równi z tym, co postanowili odstawić Astaroth i Geraldine. Nie czekał. Gdy Roth przy pomocy zaklęcia zdarł osłonę z twarzy bandziora, Roise również skupił się na wyczarowaniu kuli bardzo jasnego, wręcz oślepiającego światła, która miałaby zawisnąć przed twarzami bandziorów. Potrzebowali mieć szansę na ucieczkę, do której też nie zamierzał się zbyt długo szykować.
Kształtowanie (III) - kula oślepiającego światła
Rzut 1d100+15 - 46 +15 = 61
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down