09.04.2025, 17:53 ✶
Była nie tylko piękna — była genialna w sposób, który go obezwładniał. Z pozoru skromna, a jednak każda jej wypowiedź była jak uderzenie dzwonu pod wodą: nieoczywiste, głębokie, rezonujące jeszcze długo po tym, jak umilkło. Dobierała słowa z chirurgiczną precyzją, jakby każde miało znaczyć więcej niż tylko to, co mówi. I może rzeczywiście miało. Może to wszystko, co mówiła — i jak wyglądała — było jedną wielką wiadomością, zagadką, do której on, przez lata odsunięty od jej orbit, teraz nie miał klucza. Chciał skomplementować jej suknię, lecz powstrzymał się, świadom, że Lorien uzna to za zbyt błachą, wręcz tanią z jego strony zagrywkę. Nie mógł jednak nie wstrzymać oddechu w mimowolnym zachwycie. Kreacja, którą dziś założyła, miała delikatny połysk, niemal niedostrzegalny — jak zorza, jak tajemnica. Jedwabisty materiał w kolorze wieczornego nieba spływał po niej bezszelestnie, poruszając się z każdym ruchem bioder, jakby sam chciał coś powiedzieć, coś zasugerować. Westchnienie, które zdołał w sobie stłumić, pojawiło się gdy splotły się ich ramiona i było odczuwalne w całym jego ciele — jak zbyt ciepłe światło na skórze, które nie parzy, ale przypomina, że się żyje. Nie śmiał myśleć, że ubrała się tak dla niego. W końcu celebrowali jej święto. Ale z pewnością to nie był przypadek. Ona nigdy nie robiła niczego przypadkiem. Czy chciała mu coś powiedzieć? Przekazać, że pamięta? Że żałuje? A może wręcz przeciwnie — że przeszła dalej, a jego obecność traktuje już tylko jako cień dawnego błędu? Czasem wydawała mu się aż nazbyt spokojna, jakby zadowolona z tej kolejnej, nowej dynamiki między nimi. Jakby to była jej gra. A on — pionek na szachownicy, mimo całego doświadczenia, które zebrał, wciąż nie mógł pojąć zasad tej gry.
– Ani przez moment. Prędzej Hiszpania, Włochy byłyby dla mnie pokusą. Egipt pozostał dziecięcym marzeniem, ogrodem strzeżonym ognistym mieczem, który teraz, gdy jest otwarty, nie stanowi dla mnie już takiej... wartości– odpowiedział jej gładko, ciesząc oczy jej rozchodzącym wkoło, promieniującym pięknem. Duch jego jednak pozostawał niespokojny, co skrzętnie dusił w swojej piersi. Była wdową. Nie minął jeszcze nawet miesiąc, a on już pozwolił sobie na tak bliską obecność. Gościł ją w swoim domu pod pozorem przyjaźni — lecz to słowo wydawało się teraz zbyt blade, nieostre, nijakie wobec tej przejmującej, miękkiej intensywności, która między nimi zaległa. Odsuwał od siebie myśl, że przekracza granice, których sam przecież przez całe życie pilnował z nabożnym rygorem. Zasada była prosta: nie dotykać, nie zbliżać się do tych, którzy ślubowali innym. Ale Lorien nie była już żoną. Była sama. A jednak nie potrafił pozbyć się wrażenia, że wciąż należy do kogoś innego — do wspomnień, do przysięgi złożonej komuś, kto teraz milczał sześć stóp pod ziemią. To czyniło jakiekolwiek podszepty własnego pragnienia nieprzyzwoitymi, niegodnymi i bolesnymi. Nawet jeśli to on ją karmił, to on ofiarował jej dach nad głową, to on znał rytm jej kroków, bezmyślne głaskanie kociego łba i inne drobne gesty, którymi próbowała ukryć rozpad. Co mu było wolno? I co właściwie ona robiła w jego kuchni o świcie, w jego fotelu z książką, w jego życiu? Jak długo w nim pozostanie? Niewiadoma, brak kontroli... Nie chciał, żeby go opuszczała, ale nie rozumiał, nie potrafił nazwać, a jego domagający się kontroli nad wszystkim umysł krwawił.
Po chwili usłyszał jego imię i zadrżał od środka, choć na zewnątrz pozostał nieruchomy. Aleksander. Naturalnie, że była tam z nim, więc nie on, Anthony, nie musiał się martwić. Z wszystkich ludzi na świecie musiała znaleźć ukojenie właśnie przy nim. Mulciber był dla Anthony’ego wszystkim, co niegodne zaufania — Niewymowny udowadniający na każdym kroku skłonności do używek, skłonności do patologicznych zachowań, niestabilny, o skruszałym ego i pełni pogardy dla tych, którzy wierzyli w jakiekolwiek zasady. Ale najwyraźniej Lorien widziała w nim coś innego. Przyjaciela. Kogoś, kto był blisko w tamtym czasie. Kogoś, kto prawdopodobnie... dał jej coś, czego Anthony nigdy nie mógłby. Myśl o ich fizycznej bliskości — choć nie miał na to żadnych dowodów — została zasiana jeszcze wtedy, gdy pokazała mu dziwaczną fotografię z okresu dzieciństwa. Gdy nie pozwoliła mu przejść przez bramę swojej wielkiej z Mulciberami zażyłości, której on i tak by pewnie nie zrozumiał. Niewyrażona, domyślna, a przez to jeszcze bardziej dojmująca.
A jednak teraz była tu, z nim. Więc czego chciała? Czego on chciał? Towarzystwa? Pocieszenia? Bezpieczeństwa? A może...
– Cieszę się, że udało mi się trafić – uśmiechnął się łagodnie podnosząc ku niej wzrok znad kieliszka, nie wracając już do tematu swoich zmartwień, nie wracając też do tematu wyjazdu w którym przytłaczająca obecność jej Aleksandra, była zbyt dojmująca by ją znieść. – Powinniśmy przychodzić tu częściej. – Sposób w jaki wypowiadała słowo "Jordania" był bolesny w nostalgii, która momentalnie zalewała go swoim bladoniebieskim światłem. Mógł zapytać, mógł zapytać chociaż raz, czy żałowała kiedykolwiek tego, że się nie zgodziła. Mógł zacząć fantazjować z nią na temat życia, które mogliby mieć. Pogrzebu, który nie obszedłby ich wcale, jakiegoś nieznanego wyrobnika z Nokturnu. Przełknął gorycz zebraną w ustach. Mieli jedno życie. Jedną ścieżkę. Jej świeca zgaśnie szybciej niż jego. Nie było warto tracić czasu, na rzeczy, które porwał pustynny wiatr.
– Powiedz mi, gdybyś miała szansę wpłynąć na kształt Magicznej Akademii, w której nie tylko uczy się medycyny, na co byś położyła nacisk? – zapytał możliwie swobodnie, próbując nakierować ich rozmowę na inne tory, bardziej znajome, lżejsze w wymiarze, w czuciu.
– Ani przez moment. Prędzej Hiszpania, Włochy byłyby dla mnie pokusą. Egipt pozostał dziecięcym marzeniem, ogrodem strzeżonym ognistym mieczem, który teraz, gdy jest otwarty, nie stanowi dla mnie już takiej... wartości– odpowiedział jej gładko, ciesząc oczy jej rozchodzącym wkoło, promieniującym pięknem. Duch jego jednak pozostawał niespokojny, co skrzętnie dusił w swojej piersi. Była wdową. Nie minął jeszcze nawet miesiąc, a on już pozwolił sobie na tak bliską obecność. Gościł ją w swoim domu pod pozorem przyjaźni — lecz to słowo wydawało się teraz zbyt blade, nieostre, nijakie wobec tej przejmującej, miękkiej intensywności, która między nimi zaległa. Odsuwał od siebie myśl, że przekracza granice, których sam przecież przez całe życie pilnował z nabożnym rygorem. Zasada była prosta: nie dotykać, nie zbliżać się do tych, którzy ślubowali innym. Ale Lorien nie była już żoną. Była sama. A jednak nie potrafił pozbyć się wrażenia, że wciąż należy do kogoś innego — do wspomnień, do przysięgi złożonej komuś, kto teraz milczał sześć stóp pod ziemią. To czyniło jakiekolwiek podszepty własnego pragnienia nieprzyzwoitymi, niegodnymi i bolesnymi. Nawet jeśli to on ją karmił, to on ofiarował jej dach nad głową, to on znał rytm jej kroków, bezmyślne głaskanie kociego łba i inne drobne gesty, którymi próbowała ukryć rozpad. Co mu było wolno? I co właściwie ona robiła w jego kuchni o świcie, w jego fotelu z książką, w jego życiu? Jak długo w nim pozostanie? Niewiadoma, brak kontroli... Nie chciał, żeby go opuszczała, ale nie rozumiał, nie potrafił nazwać, a jego domagający się kontroli nad wszystkim umysł krwawił.
Po chwili usłyszał jego imię i zadrżał od środka, choć na zewnątrz pozostał nieruchomy. Aleksander. Naturalnie, że była tam z nim, więc nie on, Anthony, nie musiał się martwić. Z wszystkich ludzi na świecie musiała znaleźć ukojenie właśnie przy nim. Mulciber był dla Anthony’ego wszystkim, co niegodne zaufania — Niewymowny udowadniający na każdym kroku skłonności do używek, skłonności do patologicznych zachowań, niestabilny, o skruszałym ego i pełni pogardy dla tych, którzy wierzyli w jakiekolwiek zasady. Ale najwyraźniej Lorien widziała w nim coś innego. Przyjaciela. Kogoś, kto był blisko w tamtym czasie. Kogoś, kto prawdopodobnie... dał jej coś, czego Anthony nigdy nie mógłby. Myśl o ich fizycznej bliskości — choć nie miał na to żadnych dowodów — została zasiana jeszcze wtedy, gdy pokazała mu dziwaczną fotografię z okresu dzieciństwa. Gdy nie pozwoliła mu przejść przez bramę swojej wielkiej z Mulciberami zażyłości, której on i tak by pewnie nie zrozumiał. Niewyrażona, domyślna, a przez to jeszcze bardziej dojmująca.
A jednak teraz była tu, z nim. Więc czego chciała? Czego on chciał? Towarzystwa? Pocieszenia? Bezpieczeństwa? A może...
– Cieszę się, że udało mi się trafić – uśmiechnął się łagodnie podnosząc ku niej wzrok znad kieliszka, nie wracając już do tematu swoich zmartwień, nie wracając też do tematu wyjazdu w którym przytłaczająca obecność jej Aleksandra, była zbyt dojmująca by ją znieść. – Powinniśmy przychodzić tu częściej. – Sposób w jaki wypowiadała słowo "Jordania" był bolesny w nostalgii, która momentalnie zalewała go swoim bladoniebieskim światłem. Mógł zapytać, mógł zapytać chociaż raz, czy żałowała kiedykolwiek tego, że się nie zgodziła. Mógł zacząć fantazjować z nią na temat życia, które mogliby mieć. Pogrzebu, który nie obszedłby ich wcale, jakiegoś nieznanego wyrobnika z Nokturnu. Przełknął gorycz zebraną w ustach. Mieli jedno życie. Jedną ścieżkę. Jej świeca zgaśnie szybciej niż jego. Nie było warto tracić czasu, na rzeczy, które porwał pustynny wiatr.
– Powiedz mi, gdybyś miała szansę wpłynąć na kształt Magicznej Akademii, w której nie tylko uczy się medycyny, na co byś położyła nacisk? – zapytał możliwie swobodnie, próbując nakierować ich rozmowę na inne tory, bardziej znajome, lżejsze w wymiarze, w czuciu.