09.04.2025, 19:59 ✶
Najchętniej bym coś rozjebał. Tu i teraz. Ale w przeciwieństwie do niektórych z naszego grona przyjacielskiego, nie miałem skłonności do tak dramatycznych eksplozji emocji, które pociągałyby mnie do czynienia faktycznych fizycznych szkód. I dobrze, bo wtedy przez rosnące niezliczone koszty, jeszcze ojciec by mnie wydziedziczył, zgrabnie tłumacząc, że jestem mu aż za drogim synem. A jednak ceniłem sobie jego wsparcie. I jego kieszeń. Dlatego zamiast demolować bar, siedziałem grzecznie przed szklanką i wyobrażałem sobie apokalipsę. Taką w odcieniach karmazynu, z wrzaskiem tłumu i dramatyczną muzyką w tle. Pięknie.
Ale nie mogłem sobie pozwolić na pełną sesję melancholii. Nie sam. Byłem w towarzystwie, a to zobowiązuje. Poza tym... nie byłbym sobą, gdybym tak po prostu postawił krzyżyk – albo, co gorsza, nudną kropkę – na dyskusji o moim ego.
– Porażki kłują kruche ego, no błagam cię, Bletchley. Kłują? – prychnąłem. – One tam urządzają całe przedstawienie kukiełkowe. Z orkiestrą. I chórem. I tuzinem seksownych chórzystek w piórach. I wszystkie mają moje nazwisko w refrenie. To jest dramat, a nie jakieś tam kłucie – rzuciłem to z udawanym luzem, próbując przykryć frustrację cienkim kocem humoru. Ale jak to z takimi kocami bywa – nogi wystają. I trochę serca też.
Wyciągnąłem z kieszeni fajki i zapalniczkę. Klasyk. Zaproponowałem Eliasowi jedną – gest czysto towarzyski – zanim sam pozwoliłem sobie na ten luksus. Dym może nie leczył, ale przynajmniej chwilowo odwracał uwagę.
Albo i nie.
Bo zamiast skupić się na nogach tych wyimaginowanych chórzystek, umysł wciąż kręcił się wokół tej ostatniej porażki. Tej upiornie upartej kobiety, z którą nie dało się przeprowadzić normalnej rozmowy o terapii dla jej córki. Każda próba hipnozy, na którą wreszcie się zgodziła, kończyła się klapą przez jej niewyparzony język i emocjonalne wyskoki. Żałowałem, że nie mogłem jej wyjebać za drzwi. Ale niestety, obowiązywały mnie jakieś zasady...
Tak, lepiej było przekierować złość na starą kurwę, zamiast na siebie. Ale też nie byłem w pracy. Byłem w barze. Miałem dzień wolny. Więc dlaczego, do cholery, wciąż o tym myślałem?!
– Mam ci powiedzieć coś naprawdę głupiego, czy sam zapytasz, ile kosztuje eliksir na spieczone ego? – rzuciłem klasyczek przyozdobiony sztucznym uśmieszkiem, bardziej do szkła niż do Eliasza, po czym łyknąłem alkoholu, jakby miał wypłukać z ust smak tej całej frustracji.
Ale nie mogłem sobie pozwolić na pełną sesję melancholii. Nie sam. Byłem w towarzystwie, a to zobowiązuje. Poza tym... nie byłbym sobą, gdybym tak po prostu postawił krzyżyk – albo, co gorsza, nudną kropkę – na dyskusji o moim ego.
– Porażki kłują kruche ego, no błagam cię, Bletchley. Kłują? – prychnąłem. – One tam urządzają całe przedstawienie kukiełkowe. Z orkiestrą. I chórem. I tuzinem seksownych chórzystek w piórach. I wszystkie mają moje nazwisko w refrenie. To jest dramat, a nie jakieś tam kłucie – rzuciłem to z udawanym luzem, próbując przykryć frustrację cienkim kocem humoru. Ale jak to z takimi kocami bywa – nogi wystają. I trochę serca też.
Wyciągnąłem z kieszeni fajki i zapalniczkę. Klasyk. Zaproponowałem Eliasowi jedną – gest czysto towarzyski – zanim sam pozwoliłem sobie na ten luksus. Dym może nie leczył, ale przynajmniej chwilowo odwracał uwagę.
Albo i nie.
Bo zamiast skupić się na nogach tych wyimaginowanych chórzystek, umysł wciąż kręcił się wokół tej ostatniej porażki. Tej upiornie upartej kobiety, z którą nie dało się przeprowadzić normalnej rozmowy o terapii dla jej córki. Każda próba hipnozy, na którą wreszcie się zgodziła, kończyła się klapą przez jej niewyparzony język i emocjonalne wyskoki. Żałowałem, że nie mogłem jej wyjebać za drzwi. Ale niestety, obowiązywały mnie jakieś zasady...
Tak, lepiej było przekierować złość na starą kurwę, zamiast na siebie. Ale też nie byłem w pracy. Byłem w barze. Miałem dzień wolny. Więc dlaczego, do cholery, wciąż o tym myślałem?!
– Mam ci powiedzieć coś naprawdę głupiego, czy sam zapytasz, ile kosztuje eliksir na spieczone ego? – rzuciłem klasyczek przyozdobiony sztucznym uśmieszkiem, bardziej do szkła niż do Eliasza, po czym łyknąłem alkoholu, jakby miał wypłukać z ust smak tej całej frustracji.