11.04.2025, 11:02 ✶
Był w pełni świadomy tego, że pewnie rozsądniej byłoby zostać w Mungu i tam przyjmować rannych. To przecież nie tak, że w tym momencie mogliby mieć problemy z nadmiarem rąk do pracy. Jednak Prewett czuł, że nie był w stanie usiedzieć na miejscu opatrujac rannych, kiedy wiedział, że większość z nich potrzebowała zapewne natychmiastowej pomocy na miejscu zdarzenia. Musiał coś zrobić. Potrzebował poczucia jakiejkolwiek sprawczości w tym wszystkim. Dlatego, gdy tylko jedna z grup magicznego pogotowia ratunkowego wpadła do Munga z pytaniem, czy ktoś z pracujących uzdrowicieli-klątwołamaczy nie dałby rady do nich dołączyć, bo ich własny doznał właśnie poważnych oparzeń i musiał zostać w szpitaku, Basilius niewiele myśląc zgodził się.
Prawdę mówiąc jeszcze jeden powód brał udział w tej decyzji – uzdrowiciel chyba zwariowałby, gdyby spędził całą noc w Mungu nie wiedząc co się działo z jego rodziną, a tak... Nie że widział duże szanse na to, ale liczył, że może jednak na kogoś wpadnie, upewni się że nic mu nie jest, a potem odeśle go w jakieś bezpieczne miejsce.
No cóż...
Po części miał rację i w sumie nie wiedział dlaczego zdziwił się że zobaczył kuzyna, bo przecież jeśli ktoś z nich miał być ranny to lekkomyślny Bulstrode z tendencją do pakowania się w kłopoty i to jeszcze auror był idealny wyborem z całej jego rodziny.
– Atre... Dlaczego? Po co? Jak? Poczekałbyś chociaż jeszcze kilka godzin z uszkadzaniem się, jeśli już bardzo chcesz mieć blizny– mruknął, podchodząc do nich i od razu przyglądając się zakrwawionej nogawce kuzyna. Nawet złośliwość w głosie Prewetta nie dała rady zamaskować zmartwionego spojrzenia uzdrowiciela. Hej, może i kuzyn krwawił, ale przynajmniej żył. – Nie powiem Florence, jeśli ty jej nie powiesz, że nie siedzę w szpitalu, dobrze? Co się stało? – Tu przeniósł wzrok na towarzyszącą Atreusowi kobietę, u której nie widział żadnych obrażeń. – Jest pani też ranna?
Prawdę mówiąc jeszcze jeden powód brał udział w tej decyzji – uzdrowiciel chyba zwariowałby, gdyby spędził całą noc w Mungu nie wiedząc co się działo z jego rodziną, a tak... Nie że widział duże szanse na to, ale liczył, że może jednak na kogoś wpadnie, upewni się że nic mu nie jest, a potem odeśle go w jakieś bezpieczne miejsce.
No cóż...
Po części miał rację i w sumie nie wiedział dlaczego zdziwił się że zobaczył kuzyna, bo przecież jeśli ktoś z nich miał być ranny to lekkomyślny Bulstrode z tendencją do pakowania się w kłopoty i to jeszcze auror był idealny wyborem z całej jego rodziny.
– Atre... Dlaczego? Po co? Jak? Poczekałbyś chociaż jeszcze kilka godzin z uszkadzaniem się, jeśli już bardzo chcesz mieć blizny– mruknął, podchodząc do nich i od razu przyglądając się zakrwawionej nogawce kuzyna. Nawet złośliwość w głosie Prewetta nie dała rady zamaskować zmartwionego spojrzenia uzdrowiciela. Hej, może i kuzyn krwawił, ale przynajmniej żył. – Nie powiem Florence, jeśli ty jej nie powiesz, że nie siedzę w szpitalu, dobrze? Co się stało? – Tu przeniósł wzrok na towarzyszącą Atreusowi kobietę, u której nie widział żadnych obrażeń. – Jest pani też ranna?