11.04.2025, 19:20 ✶
Weszła w uliczkę powoli, a za nią leniwie płynęła jej miotła. Noc wyprała ją z determinacji i sił, z którymi w nią wchodziła. Piekielna kokofonia wokół przycichała, nic już nie pompowało w jej żyły adrenaliny. Zgasła iskra podniecenia w oku, była znów snującą się nieobecnie, niby bez celu czarownicą. Teraz przypomniała sobie, że w Londynie czuje się przede wszystkim nie na swoim miejscu i zapewne wróciłaby do domu, gdyby nie dana obietnica.
Straciła gdzieś po drodze żółtą pelerynę poszarzałą od popiołów, ale pozostałe ubranie również zdążyło się porządnie w międzyczasie umorusać. Szerokie, haftowane w kwiaty rękawy bluzki haczyły o wszystko, co możliwe, zbierając brud; spódnica była poplamiona przypomnieniem tego, że wieczorem Helloise klęczała w kałuży śmierciożerczej krwi. Szkoda było przebierać się w świeżą, skoro istniała szansa, że zrobi to ponownie.
Patrzyli na siebie z Leviathanem przez ten moment po jego powitaniu. On, żeby sprawdzić, czy nic jej nie jest; ona: czy to na pewno on. Czy to w tej masce przyszedł ją wcześniej tu zaprosić? Zwrócił się do niej po imieniu, ale to przecież nie jego głos, a jakieś diabelskie warkoty z piekielnych czeluści.
— Szkoda, że ja nie mogę… dobrze… cię widzieć — odpowiedziała z namysłem, patrząc uparcie na tę maskę i porównując ją z tą, którą wyrzeźbiła na wzór maski innego Śmierciożercy.
Prawdopodobnie w rzeczy samej wszystko było z nią fizycznie w porządku, więc potwierdziła kiwnięciem głowy. (Nie wiem tego na pewno, bo retrospektywnie się wciąż tłukę z mugolakami, ale będzie dobrze). Psychicznie… nie do końca jeszcze ta noc ułożyła się w jej głowie i Bogini raczy wiedzieć, czy kiedykolwiek się ułoży, czy też Helloise porzuci roztrząsanie jej, pójdzie dalej, a plątaninę ostatnich obrazków oraz emocji skompresuje i wtasuje między karty psychodelicznych wizji.
Nie próbowała powstrzymać chichotu, gdy usłyszała pouczenie odnośnie imienia. Jest szansa, że była pierwszą osobą, która tego dnia zaśmiała się w Londynie tak czysto.
— Taki zatrważający stwór z głębin, a ty i tak wymieniłeś go na smoka. — Podeszła blisko niego, na centymetry, żeby przyjrzeć się śladom, jakie zostawiła na Leviathanie noc. Wypatrywać krwi przyjaciela lub wroga na rękawicach. Sprawdzić, czy pachnie tak samo jak jej gość, mimo że nie potrafiła już wyczuć niczego dystynktywnego po godzinach wdychania pożarów. — Draconisss — powtórzyła za nim rozwlekle. — Musiało ci się dziś podobać. — Nieusatysfakcjonowana wstępnymi oględzinami zaczęła obchodzić go, żeby sprawdzić, czy na pewno na żadnym skrawku szaty nie ma wyliczonych żyć, które przez niego uleciały. — Zionąć ogniem całą, caaałą noc. Gotowali się we własnych skórach. Teraz ich prochy rozwiane po ulicach. Myślisz, że wdychamy ich właśnie teraz? Draconisie. — Stanęła na powrót przed nim i zawiesiła na ustach nieruchomy uśmiech. — Draconis Emeritus musi być z ciebie dumny.
Straciła gdzieś po drodze żółtą pelerynę poszarzałą od popiołów, ale pozostałe ubranie również zdążyło się porządnie w międzyczasie umorusać. Szerokie, haftowane w kwiaty rękawy bluzki haczyły o wszystko, co możliwe, zbierając brud; spódnica była poplamiona przypomnieniem tego, że wieczorem Helloise klęczała w kałuży śmierciożerczej krwi. Szkoda było przebierać się w świeżą, skoro istniała szansa, że zrobi to ponownie.
Patrzyli na siebie z Leviathanem przez ten moment po jego powitaniu. On, żeby sprawdzić, czy nic jej nie jest; ona: czy to na pewno on. Czy to w tej masce przyszedł ją wcześniej tu zaprosić? Zwrócił się do niej po imieniu, ale to przecież nie jego głos, a jakieś diabelskie warkoty z piekielnych czeluści.
— Szkoda, że ja nie mogę… dobrze… cię widzieć — odpowiedziała z namysłem, patrząc uparcie na tę maskę i porównując ją z tą, którą wyrzeźbiła na wzór maski innego Śmierciożercy.
Prawdopodobnie w rzeczy samej wszystko było z nią fizycznie w porządku, więc potwierdziła kiwnięciem głowy. (Nie wiem tego na pewno, bo retrospektywnie się wciąż tłukę z mugolakami, ale będzie dobrze). Psychicznie… nie do końca jeszcze ta noc ułożyła się w jej głowie i Bogini raczy wiedzieć, czy kiedykolwiek się ułoży, czy też Helloise porzuci roztrząsanie jej, pójdzie dalej, a plątaninę ostatnich obrazków oraz emocji skompresuje i wtasuje między karty psychodelicznych wizji.
Nie próbowała powstrzymać chichotu, gdy usłyszała pouczenie odnośnie imienia. Jest szansa, że była pierwszą osobą, która tego dnia zaśmiała się w Londynie tak czysto.
— Taki zatrważający stwór z głębin, a ty i tak wymieniłeś go na smoka. — Podeszła blisko niego, na centymetry, żeby przyjrzeć się śladom, jakie zostawiła na Leviathanie noc. Wypatrywać krwi przyjaciela lub wroga na rękawicach. Sprawdzić, czy pachnie tak samo jak jej gość, mimo że nie potrafiła już wyczuć niczego dystynktywnego po godzinach wdychania pożarów. — Draconisss — powtórzyła za nim rozwlekle. — Musiało ci się dziś podobać. — Nieusatysfakcjonowana wstępnymi oględzinami zaczęła obchodzić go, żeby sprawdzić, czy na pewno na żadnym skrawku szaty nie ma wyliczonych żyć, które przez niego uleciały. — Zionąć ogniem całą, caaałą noc. Gotowali się we własnych skórach. Teraz ich prochy rozwiane po ulicach. Myślisz, że wdychamy ich właśnie teraz? Draconisie. — Stanęła na powrót przed nim i zawiesiła na ustach nieruchomy uśmiech. — Draconis Emeritus musi być z ciebie dumny.
dotknij trawy