13.04.2025, 00:35 ✶
Od samego początku nie odpowiadała mu ta nagła inwencja Astarotha. Przypływ ambicji najmłodszego Yaxleya, by stać się urodzoną sześćdziesiątką. Naczelnym ministralnym pieskiem, który w tak krytycznym momencie, gdy liczyła się dosłownie każda sekunda, postanowił bawić się w odkrywanie twarzy podpalaczy.
Do dopełnienia obrazka brakowało im jeszcze tylko jednej, nieco nerdowatej przedstawicielki płci pięknej i gadającego psa. Na ich nieszczęście, niestety Prudence Bletchley została poniesiona gdzieś przez tłum na plecach Aloysiusa Rookwooda a Ministerstwo ewidentnie zawiodło z posłaniem Erika Longbottoma na ulice, by jak zwykle ratował dzień (czy tam noc) swoją elegancko medialną gębą.
Od samego początku byli skazani na porażkę. Ku zgryzocie Ambroisa, tylko on był na tyle przytomny, żeby zdawać sobie z tego sprawę. Już na starcie nie był bowiem przekonany do tego, by ciskać jakimikolwiek zaklęciami w tak gęstym tłumie.
Nie bez powodu przecież nie wdali się z Geraldine w konfrontację z człowiekiem, który zaatakował ich tamtym ognistym, czarnomagicznym zaklęciem. Jakiekolwiek próby skutecznego wycelowania kuli światła dostatecznie jasnej, żeby oślepić podpalaczy spaliły na panewce jeszcze zanim się dobrze rozpoczęły. Wiedział to już praktycznie w momencie, w którym rzucił zaklęcie, nie musząc zastanawiać się wiele dłużej.
Być może była to nie tylko kwestia otaczającego go tłumu, lecz także czegoś głębszego. Tego, co siedziało we wnętrzu Roisa praktycznie od samego początku tego tragicznego wieczoru. Jasne. Usiłował ignorować fakt, że jest bardziej rozproszony niż zazwyczaj, jednak fakty pozostawały faktami i cokolwiek sobie założył po prostu nie wyszło.
Jak na dodatkową ironię, wykształtowane światło było przy tym jednak dostatecznie jasne, żeby wyjątkowo dobrze (wyśmienicie, co nie, Geraldine?) podkreśliło wszystkie szczegóły rysów twarzy czarodzieja, którego Roth pozbawił chusty z twarzy. To był groźny człowiek. Jeden z tych, z którymi nie należy zadzierać zupełnie bez powodu.
A oni tego powodu zdecydowanie nie mieli. Przynajmniej nie z perspektywy Greengrassa, dla którego ta cała akcja była po prostu niebezpieczną, porywczą, bezsensowną stratą czasu. Tego, którego i tak im brakowało, żeby dotrzeć do wszystkich najbliższych osób. Musieli priorytetyzować. Wybrali najgorszy z możliwych priorytetów.
Był zły. Naprawdę zły. Nie zamierzał nawet tego ukrywać, nawet jeśli w dalszym ciągu osłaniał większość twarzy chustką, resztę kryjąc pod kapturem. Jego oczy zdecydowanie mówiły dostatecznie wiele. Po prawdzie mówiąc, dokładnie wszystko, czego nie powiedziały zaciśnięte usta. Mieli sobie do pogadania. Wszyscy, co do jednego.
Wpierw jednak musieli jakoś przetrwać ten wieczór. Ambroise nie miał czasu obserwować bohaterskiej akcji ulubionego szwagra. Działał instynktownie, reagując praktycznie w tym samym momencie, w którym towarzysze ich nie mniej ulubionego piromana postanowili przejść do ofensywy. Nie potrzebował do tego wrzasku od Astarotha, instynktownie uskoczył w prawo - w przeciwnym kierunku do tego, który obrała Geraldine.
Nie zrobił tego celowo, jednak z dwojga złego, rozpraszał tym przynajmniej część uwagi agresorów. W razie czego wziąłby zaklęcie tylko na siebie, nie mając tego w planach, tylko chcąc praktycznie od razu po tym rzucić się do ucieczki w taki sposób, aby zaraz ponownie dołączyć do reszty. Nie zamierzał wdawać się w walkę, nigdy tego nie planował.
A jednak ostatnio życie nieczęsto uwzględniało jego plany, więc mentalnie przygotowywał się na wszystko.
AF (III) - uskok w prawo do ucieczki
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Do dopełnienia obrazka brakowało im jeszcze tylko jednej, nieco nerdowatej przedstawicielki płci pięknej i gadającego psa. Na ich nieszczęście, niestety Prudence Bletchley została poniesiona gdzieś przez tłum na plecach Aloysiusa Rookwooda a Ministerstwo ewidentnie zawiodło z posłaniem Erika Longbottoma na ulice, by jak zwykle ratował dzień (czy tam noc) swoją elegancko medialną gębą.
Od samego początku byli skazani na porażkę. Ku zgryzocie Ambroisa, tylko on był na tyle przytomny, żeby zdawać sobie z tego sprawę. Już na starcie nie był bowiem przekonany do tego, by ciskać jakimikolwiek zaklęciami w tak gęstym tłumie.
Nie bez powodu przecież nie wdali się z Geraldine w konfrontację z człowiekiem, który zaatakował ich tamtym ognistym, czarnomagicznym zaklęciem. Jakiekolwiek próby skutecznego wycelowania kuli światła dostatecznie jasnej, żeby oślepić podpalaczy spaliły na panewce jeszcze zanim się dobrze rozpoczęły. Wiedział to już praktycznie w momencie, w którym rzucił zaklęcie, nie musząc zastanawiać się wiele dłużej.
Być może była to nie tylko kwestia otaczającego go tłumu, lecz także czegoś głębszego. Tego, co siedziało we wnętrzu Roisa praktycznie od samego początku tego tragicznego wieczoru. Jasne. Usiłował ignorować fakt, że jest bardziej rozproszony niż zazwyczaj, jednak fakty pozostawały faktami i cokolwiek sobie założył po prostu nie wyszło.
Jak na dodatkową ironię, wykształtowane światło było przy tym jednak dostatecznie jasne, żeby wyjątkowo dobrze (wyśmienicie, co nie, Geraldine?) podkreśliło wszystkie szczegóły rysów twarzy czarodzieja, którego Roth pozbawił chusty z twarzy. To był groźny człowiek. Jeden z tych, z którymi nie należy zadzierać zupełnie bez powodu.
A oni tego powodu zdecydowanie nie mieli. Przynajmniej nie z perspektywy Greengrassa, dla którego ta cała akcja była po prostu niebezpieczną, porywczą, bezsensowną stratą czasu. Tego, którego i tak im brakowało, żeby dotrzeć do wszystkich najbliższych osób. Musieli priorytetyzować. Wybrali najgorszy z możliwych priorytetów.
Był zły. Naprawdę zły. Nie zamierzał nawet tego ukrywać, nawet jeśli w dalszym ciągu osłaniał większość twarzy chustką, resztę kryjąc pod kapturem. Jego oczy zdecydowanie mówiły dostatecznie wiele. Po prawdzie mówiąc, dokładnie wszystko, czego nie powiedziały zaciśnięte usta. Mieli sobie do pogadania. Wszyscy, co do jednego.
Wpierw jednak musieli jakoś przetrwać ten wieczór. Ambroise nie miał czasu obserwować bohaterskiej akcji ulubionego szwagra. Działał instynktownie, reagując praktycznie w tym samym momencie, w którym towarzysze ich nie mniej ulubionego piromana postanowili przejść do ofensywy. Nie potrzebował do tego wrzasku od Astarotha, instynktownie uskoczył w prawo - w przeciwnym kierunku do tego, który obrała Geraldine.
Nie zrobił tego celowo, jednak z dwojga złego, rozpraszał tym przynajmniej część uwagi agresorów. W razie czego wziąłby zaklęcie tylko na siebie, nie mając tego w planach, tylko chcąc praktycznie od razu po tym rzucić się do ucieczki w taki sposób, aby zaraz ponownie dołączyć do reszty. Nie zamierzał wdawać się w walkę, nigdy tego nie planował.
A jednak ostatnio życie nieczęsto uwzględniało jego plany, więc mentalnie przygotowywał się na wszystko.
AF (III) - uskok w prawo do ucieczki
Rzut 1d100+15 - 18 +15 = 33
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down