15.04.2025, 00:04 ✶
Przypominała trochę Matkę Naturę, która wychynęła z lasu, aby szukać sprawiedliwości.
Jakieś dawne, zapomniane już przez współczesność bóstwo, które chowało się między najgrubszymi konarami drzew i przemykało gdzieś za plecami. Zawsze obecne i czujne, ale z jakąś taką pewną nonszalancją - właściwą wszystkiemu, co było zbyt stare i zbyt potężne, by przejmować się tym jak zostanie przyjęte. Przyrównałby ją może i do wiedźmy, tej magicznej istoty kryjącej się w lasach, ale zawsze było w niej nieco więcej niż bycie pokrzywioną, pokrytą kurzajkami staruchą którą straszyło się dzieci. Helloise może i mieszkała w chatce na kurzej nóżce, ale nie zjadała niczyich dzieci. Chyba. A może i jeszcze.
Może gdyby nie znał jej tak długo, przypisywałby jej o wiele więcej ulotnych, mitycznych wręcz wartości. Może nawet obdarzał fascynacją, a nie zwyczajnym zaciekawieniem, chociaż nie posiadał cienia wątpliwości, że była osobą która ktoś inny byłby w stanie obdarzyć tego typu uczuciami.
- Może innym razem - mruknął cicho, przez moment przyglądając jej się uważnie, jakby szukając potwierdzenia jej słów w tym jak wyglądała, a może i zastanawiając się nad tym, czy faktycznie nie ściągnąć teraz maski i nie spojrzeć jej prosto w oczy. Cokolwiek jednak chodziło mu faktycznie po głowie, Leviathan przez dłuższą chwilę stał niczym posążek, nieruchawy i zatrzymany w czasie, ale w końcu uśmiechnął się, kiedy w zaułku rozległ się jej chichot.
- Potwór z głębin, który przynosi ognie piekielne. Przecież pasuje - szepnął, kiedy podeszła blisko, bliżej jak na wyciągnięcie ręki. Jej spojrzenie błądziło po jakichś znakach, które pozostawiłaby na nim noc, ale Rowle zawsze miał wrażenie, że zaklęte przez Czarnego Pana szaty robiły wszystko, by utrudnić wychwycenie nawet takich detali. A może tylko miał taką nadzieję. Przekręcił głowę lekko, w ślad za nią, kiedy zaczęła go obchodzić. - Smok zieje ogniem tylko wtedy, kiedy to konieczne - chciał się może odrobinę usprawiedliwić, jakby resztki sumienia wreszcie dopchały się do jakiejkolwiek szansy zabrania głosu. Czy podobał mu się cały ten pokaz siły? Sam nie był do końca pewien. Było w nim coś upajającego, ale jakaś jego przytomna część mówiła mu, że większość z tego była zwyczajnym marnotrawstwem. Nie mógł jednak tego zmienić i teraz pozostawało myśleć o tym, co mogli na terrorze dzisiaj zasianym wybudować.
Jeszcze przez moment był faktycznie sobą - wciśniętym w ciasną skorupę narastających łusek, które wydawały się ograniczać jego ruchliwość, jakby wszelki brak obecności ognia zanadto wymarzał jego ciało. Reagował powoli, jakby z namysłem i trochę sztywnawo, ale kiedy wspomniała jego ojca w ten sposób, tym razem to on się roześmiał.
- Spodoba mu się to. Draconis Emeritus - położył dłoń na jej barku, czując pod kciukiem kościsty obojczyk. - Chciałbym być dokładnie tak straszliwą bestią, jaką mnie malujesz, ale niestety, przebudzenie jak z Zaślubin nieba i piekła nie było mi dzisiaj pisane. Może innym razem. Ale myślę że i tak biorą z nami ostatnie oddechy ci, których prochy rozwiewa teraz po ulicach wiatr. To nawet malownicze, kiedy tak to opisać.
Jakieś dawne, zapomniane już przez współczesność bóstwo, które chowało się między najgrubszymi konarami drzew i przemykało gdzieś za plecami. Zawsze obecne i czujne, ale z jakąś taką pewną nonszalancją - właściwą wszystkiemu, co było zbyt stare i zbyt potężne, by przejmować się tym jak zostanie przyjęte. Przyrównałby ją może i do wiedźmy, tej magicznej istoty kryjącej się w lasach, ale zawsze było w niej nieco więcej niż bycie pokrzywioną, pokrytą kurzajkami staruchą którą straszyło się dzieci. Helloise może i mieszkała w chatce na kurzej nóżce, ale nie zjadała niczyich dzieci. Chyba. A może i jeszcze.
Może gdyby nie znał jej tak długo, przypisywałby jej o wiele więcej ulotnych, mitycznych wręcz wartości. Może nawet obdarzał fascynacją, a nie zwyczajnym zaciekawieniem, chociaż nie posiadał cienia wątpliwości, że była osobą która ktoś inny byłby w stanie obdarzyć tego typu uczuciami.
- Może innym razem - mruknął cicho, przez moment przyglądając jej się uważnie, jakby szukając potwierdzenia jej słów w tym jak wyglądała, a może i zastanawiając się nad tym, czy faktycznie nie ściągnąć teraz maski i nie spojrzeć jej prosto w oczy. Cokolwiek jednak chodziło mu faktycznie po głowie, Leviathan przez dłuższą chwilę stał niczym posążek, nieruchawy i zatrzymany w czasie, ale w końcu uśmiechnął się, kiedy w zaułku rozległ się jej chichot.
- Potwór z głębin, który przynosi ognie piekielne. Przecież pasuje - szepnął, kiedy podeszła blisko, bliżej jak na wyciągnięcie ręki. Jej spojrzenie błądziło po jakichś znakach, które pozostawiłaby na nim noc, ale Rowle zawsze miał wrażenie, że zaklęte przez Czarnego Pana szaty robiły wszystko, by utrudnić wychwycenie nawet takich detali. A może tylko miał taką nadzieję. Przekręcił głowę lekko, w ślad za nią, kiedy zaczęła go obchodzić. - Smok zieje ogniem tylko wtedy, kiedy to konieczne - chciał się może odrobinę usprawiedliwić, jakby resztki sumienia wreszcie dopchały się do jakiejkolwiek szansy zabrania głosu. Czy podobał mu się cały ten pokaz siły? Sam nie był do końca pewien. Było w nim coś upajającego, ale jakaś jego przytomna część mówiła mu, że większość z tego była zwyczajnym marnotrawstwem. Nie mógł jednak tego zmienić i teraz pozostawało myśleć o tym, co mogli na terrorze dzisiaj zasianym wybudować.
Jeszcze przez moment był faktycznie sobą - wciśniętym w ciasną skorupę narastających łusek, które wydawały się ograniczać jego ruchliwość, jakby wszelki brak obecności ognia zanadto wymarzał jego ciało. Reagował powoli, jakby z namysłem i trochę sztywnawo, ale kiedy wspomniała jego ojca w ten sposób, tym razem to on się roześmiał.
- Spodoba mu się to. Draconis Emeritus - położył dłoń na jej barku, czując pod kciukiem kościsty obojczyk. - Chciałbym być dokładnie tak straszliwą bestią, jaką mnie malujesz, ale niestety, przebudzenie jak z Zaślubin nieba i piekła nie było mi dzisiaj pisane. Może innym razem. Ale myślę że i tak biorą z nami ostatnie oddechy ci, których prochy rozwiewa teraz po ulicach wiatr. To nawet malownicze, kiedy tak to opisać.