15.04.2025, 11:49 ✶
Pożar ogarnął dosłownie cały Londyn. Trawił wszystko dookoła, wyłącznie przybierając na sile. Ambroise mógł mieć chustę osłaniającą dolną połówkę twarzy (mocno zawiązaną, w przeciwieństwie do tamtej na gębie jednego z agresorów), ale noc dookoła była na tyle jasna, że Geraldine z pewnością mogła wyłapać jego spojrzenie, gdy wyciągnęła ku niemu rękę. Zaś ono w dalszym ciągu było ostre i nieprzejednane. Był zły. Poirytowany, podkurwiony, tak bardzo zawiedziony jak tylko mógł być.
Jeszcze tego dnia rano oboje doszli do porozumienia. Później nieoczekiwanie, ale wyjątkowo skutecznie przedyskutowali ze sobą całkiem spory kawałek wspólnych problemów. Mieli naprawdę dobry dzień. Jeden z takich, które w przeciągu ostatnich dwóch lat nie zdarzyły się ot tak. Nie było to coś częstego. Naprawdę był zadowolony i szczęśliwy.
Dopóki nie przestał taki być. Na skali irytacji, jaką dziewczyna z pewnością stworzyła sobie przez ich wspólne lata życia, mieścił się mniej więcej na szóstej kropce z dziesięciu. I w żadnym wypadku nie zamierzał ukrywać prawdy odnośnie tego jak bardzo jest zły o to, co się stało.
Nawet jeśli rzadko kiedy w swojej irytacji dochodził do ósmego czy dziewiątego poziomu, a dziesiąty praktycznie w ogóle mu się nie zdarzał. Nawet jeśli bez wątpienia bywał już znacznie bardziej wkurwiony. Nawet jeśli nie zamierzał rozmawiać w tej chwili o tych dwóch wydarzeniach, jakie miały miejsce zaledwie w przeciągu niespełna godziny, bo to nie była odpowiednia pora.
Wciąż mógł emanować irytacją. Typowym dla siebie żarliwym chłodem, który w obliczu szalejącego żywiołu mógł zdawać się jeszcze bardziej lodowaty i oceniający. To, że Ambroise jednocześnie nie powiedział ani słowa, odkąd opuścili tamten fragment ulicy, wyłącznie podkreślało jego podminowanie. Nigdy nie był kimś, kto otwierał gębę, gdy nie miał takiej potrzeby, ale całkowity brak komentarza z jego strony mógł wydawać się dosyć wymowny, nawet jak na niego.
Nie zamierzał nic mówić. Tak po prawdzie, praktycznie nie czuł się w stanie. Uciekanie przez zatłoczoną ulicę po nawdychaniu się kłębów dymu nie było dla niego łatwe. Mógł mieć naprawdę dobrą kondycję, ale to nie zmieniało faktu, że wobec zawodowej łowczyni i wampira był najsłabszym ogniwem. Co kurewsko mu się nie podobało, bo w tym momencie miał tego pełną świadomość.
Cholera wie, ile czasu szedł bocznymi alejkami, wdychając pył, dym i opary bijące od płonących przedmiotów. Trzymał się z Yaxleyówną, której oddał swój szalik, nie mając możliwości zatrzymania się i zasłonięcia sobie twarzy golfem, dopóki nie znaleźli się we względnie spokojnym miejscu. Później znowu pchali się przez tłum, pokonywali schody po kilka stopni na raz, na szybko zgarniali konieczne przedmioty. Dźwigał torbę medyczną, uskakiwał przed klątwami, ponownie kolejny raz przeciskał się przez mrowie ludzi, uciekał przed agresorami...
...a miał kurwa trzydzieści trzy lata, nie siedemnaście. Mógł mieć naprawdę dobrą kondycję, być w dosłownie najlepszej formie w swoim życiu, jeśli chodzi o stan fizyczny, ale nie mógł konkurować z kimś, kto żyje z pracy mięśniami. Z kimś, kto z tego nie żyje też nie. Nie zamierzał o tym mówić, ale czuł się zmęczony. Raz za razem tłumił kaszel, starając się nie sapać. Przynajmniej nie dosłownie, bo emocjonalnie jak najbardziej się sapał. Tyle tylko, że milczał, polegając na wrażeniu irytacji.
Bez słowa chwycił dłoń dziewczyny, lekko ją przy tym ściskając zanim przeszedł do otwierania ciężkich drewnianych drzwi, które jeszcze jakimś cudem pozostały względnie nietknięte. Na pierwszy rzut oka kamienica stała jeszcze całkiem stabilnie. Elewacja była osmolona, ale nie wyglądało na to, żeby budynek ucierpiał na tyle mocno, że mógł w każdej chwili runąć.
Wręcz przeciwnie: był jednym z najmniej zniszczonych w okolicy. Analiza sytuacji w głębszym stopniu nie była jednak tym po co tu przyszli, więc Roise nie zamierzał stać na zewnątrz, wpatrując się w miejsce, w którym mieszkał przez ostatnie półtora roku. Jasne, łączył z nim na tyle dużo przyjemnych wspomnień, że patrzenie na to, co się dzieje w pewnym stopniu go bolało, ale nie mieli już żadnych cennych sekund do zmarnowania.
Mimo wszystko, mógł być skrajnie rozstrojony I podminowany, ale pchając drzwi na klatkę schodową, zrobił przy tym instynktowny krok w bok, przepuszczając Yaxleyównę przed nim. Astaroth musiał mu to wybaczyć albo i nie, bo dzieciak też miał swoje humory, z którymi Ambroise nie czuł potrzeby walczyć, bo w dalszym ciągu trzymając rękę Geraldine, nie mógł zaczekać aż Yaxley wejdzie jako drugi. Zrobił za nią krok na zadziwiająco chłodny korytarz, wolną ręką przytrzymując drzwi.
Nie puścił ich prosto w mordę Dobrego Obywatela™, nawet jeśli miał na to ochotę, zamiast tego bez dalszych rozmów ruszył w kierunku pierwszych drzwi, nawalając w nie pięścią, zanim nie zdecydował, że prawdopodobnie obudziłby tym umarłego nie, nie chciał tak myśleć i mógł tylko iść dalej. Na górę po schodach. Mieli zadanie do wykonania. W końcu byli bohaterami. Mhm.
Jeszcze tego dnia rano oboje doszli do porozumienia. Później nieoczekiwanie, ale wyjątkowo skutecznie przedyskutowali ze sobą całkiem spory kawałek wspólnych problemów. Mieli naprawdę dobry dzień. Jeden z takich, które w przeciągu ostatnich dwóch lat nie zdarzyły się ot tak. Nie było to coś częstego. Naprawdę był zadowolony i szczęśliwy.
Dopóki nie przestał taki być. Na skali irytacji, jaką dziewczyna z pewnością stworzyła sobie przez ich wspólne lata życia, mieścił się mniej więcej na szóstej kropce z dziesięciu. I w żadnym wypadku nie zamierzał ukrywać prawdy odnośnie tego jak bardzo jest zły o to, co się stało.
Nawet jeśli rzadko kiedy w swojej irytacji dochodził do ósmego czy dziewiątego poziomu, a dziesiąty praktycznie w ogóle mu się nie zdarzał. Nawet jeśli bez wątpienia bywał już znacznie bardziej wkurwiony. Nawet jeśli nie zamierzał rozmawiać w tej chwili o tych dwóch wydarzeniach, jakie miały miejsce zaledwie w przeciągu niespełna godziny, bo to nie była odpowiednia pora.
Wciąż mógł emanować irytacją. Typowym dla siebie żarliwym chłodem, który w obliczu szalejącego żywiołu mógł zdawać się jeszcze bardziej lodowaty i oceniający. To, że Ambroise jednocześnie nie powiedział ani słowa, odkąd opuścili tamten fragment ulicy, wyłącznie podkreślało jego podminowanie. Nigdy nie był kimś, kto otwierał gębę, gdy nie miał takiej potrzeby, ale całkowity brak komentarza z jego strony mógł wydawać się dosyć wymowny, nawet jak na niego.
Nie zamierzał nic mówić. Tak po prawdzie, praktycznie nie czuł się w stanie. Uciekanie przez zatłoczoną ulicę po nawdychaniu się kłębów dymu nie było dla niego łatwe. Mógł mieć naprawdę dobrą kondycję, ale to nie zmieniało faktu, że wobec zawodowej łowczyni i wampira był najsłabszym ogniwem. Co kurewsko mu się nie podobało, bo w tym momencie miał tego pełną świadomość.
Cholera wie, ile czasu szedł bocznymi alejkami, wdychając pył, dym i opary bijące od płonących przedmiotów. Trzymał się z Yaxleyówną, której oddał swój szalik, nie mając możliwości zatrzymania się i zasłonięcia sobie twarzy golfem, dopóki nie znaleźli się we względnie spokojnym miejscu. Później znowu pchali się przez tłum, pokonywali schody po kilka stopni na raz, na szybko zgarniali konieczne przedmioty. Dźwigał torbę medyczną, uskakiwał przed klątwami, ponownie kolejny raz przeciskał się przez mrowie ludzi, uciekał przed agresorami...
...a miał kurwa trzydzieści trzy lata, nie siedemnaście. Mógł mieć naprawdę dobrą kondycję, być w dosłownie najlepszej formie w swoim życiu, jeśli chodzi o stan fizyczny, ale nie mógł konkurować z kimś, kto żyje z pracy mięśniami. Z kimś, kto z tego nie żyje też nie. Nie zamierzał o tym mówić, ale czuł się zmęczony. Raz za razem tłumił kaszel, starając się nie sapać. Przynajmniej nie dosłownie, bo emocjonalnie jak najbardziej się sapał. Tyle tylko, że milczał, polegając na wrażeniu irytacji.
Bez słowa chwycił dłoń dziewczyny, lekko ją przy tym ściskając zanim przeszedł do otwierania ciężkich drewnianych drzwi, które jeszcze jakimś cudem pozostały względnie nietknięte. Na pierwszy rzut oka kamienica stała jeszcze całkiem stabilnie. Elewacja była osmolona, ale nie wyglądało na to, żeby budynek ucierpiał na tyle mocno, że mógł w każdej chwili runąć.
Wręcz przeciwnie: był jednym z najmniej zniszczonych w okolicy. Analiza sytuacji w głębszym stopniu nie była jednak tym po co tu przyszli, więc Roise nie zamierzał stać na zewnątrz, wpatrując się w miejsce, w którym mieszkał przez ostatnie półtora roku. Jasne, łączył z nim na tyle dużo przyjemnych wspomnień, że patrzenie na to, co się dzieje w pewnym stopniu go bolało, ale nie mieli już żadnych cennych sekund do zmarnowania.
Mimo wszystko, mógł być skrajnie rozstrojony I podminowany, ale pchając drzwi na klatkę schodową, zrobił przy tym instynktowny krok w bok, przepuszczając Yaxleyównę przed nim. Astaroth musiał mu to wybaczyć albo i nie, bo dzieciak też miał swoje humory, z którymi Ambroise nie czuł potrzeby walczyć, bo w dalszym ciągu trzymając rękę Geraldine, nie mógł zaczekać aż Yaxley wejdzie jako drugi. Zrobił za nią krok na zadziwiająco chłodny korytarz, wolną ręką przytrzymując drzwi.
Nie puścił ich prosto w mordę Dobrego Obywatela™, nawet jeśli miał na to ochotę, zamiast tego bez dalszych rozmów ruszył w kierunku pierwszych drzwi, nawalając w nie pięścią, zanim nie zdecydował, że prawdopodobnie obudziłby tym umarłego nie, nie chciał tak myśleć i mógł tylko iść dalej. Na górę po schodach. Mieli zadanie do wykonania. W końcu byli bohaterami. Mhm.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down