15.04.2025, 16:31 ✶
Wielką chlubą Peregrinusa było to, że uważał się za rosądnego. Człowieka trzeźwego osądu, pragmatycznej decyzji, logicznego rozumowania. Może nawet za utylitarystę, choć nie przywiązywał się do tej filozofii nazbyt sztywno. Rzecz w tym, że był przekonany, iż jest w stanie powściągnąć irracjonalne, impulsywne ciągoty ku eksperymentom z góry skazanym na porażkę. Był też jednak jasnowidzem, a to — trzeba tu przyznać Basiliusowi rację — czyniło niewolnikiem własnej ciekawości. Nie tylko zresztą jasnowidza, a każdego, kto widział więcej i poruszał się w dziedzinie o rozległych połaciach obszarów niezbadanych, gdzie to za każdym rogiem mógł kryć się przełom.
Z tego też powodu, gdyby usłyszał Trelawney groźbę zamknięcia w Limbo… nie postrzegałby tego koniecznie jako kary. Byłby to całkiem ciekawy punkt wyjścia dla rozważań akademickich i z pewnością wyprodukowałby na ten temat co najmniej kilka publikacji. Tak, gdyby go tam kto wepchnął, zaakceptowałby swój los bez szemrania. Gdyby mógł zdecydować, czy tam zejść, to… umm, zaglądał tylko? Najpierw zaglądał, potem zrobił jeden kroczek, potem kolejny, powoli staczał się w otchłań, przesuwając granicę tego, co rozsądne, pragmatyczne, logiczne, utylitarystyczne et cetera.
W innych okolicznościach być może podchwyciłby groźbę w prewettowym spojrzeniu, skontrował ją, przypomniał, że jest dużym i odpowiedzialnym chłopcem, który nie potrzebuje niani. Tego wieczora gardło miał jednak ściśnięte stresem i głowę pełną koszmarnych scenariuszy, więc tylko uśmiechnął się niezgrabnie i pokiwał głową, poddając walkę o dobre imię swojego rozsądku. Jego słowa były zresztą jedynie formą manifestacji bezsilności i frustracji, nie realnego planu nadwyrężania daru i ludzkich możliwości. Widział już Aurorę w tylu koszmarnych stanach, że kolejny był… jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało… tylko kolejnym z nich. Kolejnym razem, kiedy Peregrin zdenerwuje się, obwini, pomęczy wyrzutami, ale w gruncie rzeczy pójdzie dalej niezmieniony. Z tego samego powodu nie wahał się zostać przy niej, gdy Basilius rozpoczynał swoje zabiegi. Nie mógł powiedzieć, aby był na jej cierpienie w pełni znieczulony, lecz przywykły — jak najbardziej.
— Nie trzeba, nie jestem zmęczony. Zostanę, gdybyś potrzebował pomocy. — Był w końcu on jeden. To, że Trelawneyowa nie stawiała oporów, nie znaczyło, że nie będzie trzeba potrzymać czegoś, odpowiedzieć na jakieś pytanie, poasystować.
Czuł poza tym wróżbita jakąś powinność względem matki. To wszystko była w jakimś stopniu jego wina, tak…? Przynajmniej w tej mniej racjonalnej części jego głowy.
Podziękował za otrzymaną chałwę, podarunek był tym bardziej niespodziewany, że to on powinien przecież coś ofiarować w zamian za pomoc, nie dostawać jeszcze więcej. Peregrinus odstawił torebki na szafkę w korytarzu i wszedł do pokoju pacjentki za Prewettem. Czarownica zdawała się nie zauważać w ogóle obecności ani obcego, ani swojego syna. Pozostała pogrążona w swoim świecie, gdy zbliżył się do niej uzdrowiciel i miało tak pozostać, dopóki nie zaboli.
Z tego też powodu, gdyby usłyszał Trelawney groźbę zamknięcia w Limbo… nie postrzegałby tego koniecznie jako kary. Byłby to całkiem ciekawy punkt wyjścia dla rozważań akademickich i z pewnością wyprodukowałby na ten temat co najmniej kilka publikacji. Tak, gdyby go tam kto wepchnął, zaakceptowałby swój los bez szemrania. Gdyby mógł zdecydować, czy tam zejść, to… umm, zaglądał tylko? Najpierw zaglądał, potem zrobił jeden kroczek, potem kolejny, powoli staczał się w otchłań, przesuwając granicę tego, co rozsądne, pragmatyczne, logiczne, utylitarystyczne et cetera.
W innych okolicznościach być może podchwyciłby groźbę w prewettowym spojrzeniu, skontrował ją, przypomniał, że jest dużym i odpowiedzialnym chłopcem, który nie potrzebuje niani. Tego wieczora gardło miał jednak ściśnięte stresem i głowę pełną koszmarnych scenariuszy, więc tylko uśmiechnął się niezgrabnie i pokiwał głową, poddając walkę o dobre imię swojego rozsądku. Jego słowa były zresztą jedynie formą manifestacji bezsilności i frustracji, nie realnego planu nadwyrężania daru i ludzkich możliwości. Widział już Aurorę w tylu koszmarnych stanach, że kolejny był… jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało… tylko kolejnym z nich. Kolejnym razem, kiedy Peregrin zdenerwuje się, obwini, pomęczy wyrzutami, ale w gruncie rzeczy pójdzie dalej niezmieniony. Z tego samego powodu nie wahał się zostać przy niej, gdy Basilius rozpoczynał swoje zabiegi. Nie mógł powiedzieć, aby był na jej cierpienie w pełni znieczulony, lecz przywykły — jak najbardziej.
— Nie trzeba, nie jestem zmęczony. Zostanę, gdybyś potrzebował pomocy. — Był w końcu on jeden. To, że Trelawneyowa nie stawiała oporów, nie znaczyło, że nie będzie trzeba potrzymać czegoś, odpowiedzieć na jakieś pytanie, poasystować.
Czuł poza tym wróżbita jakąś powinność względem matki. To wszystko była w jakimś stopniu jego wina, tak…? Przynajmniej w tej mniej racjonalnej części jego głowy.
Podziękował za otrzymaną chałwę, podarunek był tym bardziej niespodziewany, że to on powinien przecież coś ofiarować w zamian za pomoc, nie dostawać jeszcze więcej. Peregrinus odstawił torebki na szafkę w korytarzu i wszedł do pokoju pacjentki za Prewettem. Czarownica zdawała się nie zauważać w ogóle obecności ani obcego, ani swojego syna. Pozostała pogrążona w swoim świecie, gdy zbliżył się do niej uzdrowiciel i miało tak pozostać, dopóki nie zaboli.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie