17.04.2025, 11:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.04.2025, 12:30 przez Helloise Rowle.)
Być może i łatwo było na pierwszy rzut oka tę zadartą dumnie głowę, dzikie spojrzenie i ściągnięte gniewem brwi przypisać mitycznej bogini przychodzącej wywrzeć zemstę na śmiertelnych, którzy naruszyli porządek świata. O ile nie widziało się wcześniej identycznej maniery przy rodzinnym stole u nadąsanej nastolatki uśmiercającej wzrokiem kolejnych członków rodziny, których wytypowała jako współwinnych przymuszenia jej do uczestnictwa w sabatowej kolacji. Helloise nosiła wciąż tamtą butę, odmienną tyle tylko, ile zdołał oszlifować ją czas, utrudniając zbycie czarownicy jako byle kapryśnej dziewczynki. Obudowała się przez lata w swoim świecie pradawnej Kniei i kreowała wrażenie, że nic, co pochodziło z zewnątrz, nie jest w stanie jej naruszyć.
— Może? — Wytknęła mu to słowo tonem nagany. — Noc się wkrótce skończy, nie zostaniesz przecież w niej.
Choć było coś majestatycznego w czarnym posągu o stalowej twarzy, dręczyło ją patrzenie na niego w tej odsłonie. Czarna szata odcinała kontury próżni, z której wykrojono Leviathana, żeby zrzucić go z tego świata w głębiny, z których dudnił teraz śmiechem chtonicznego bóstwa. Choć ciężko było nie poddać się wrażeniu, że Śmierciożerca jest monolitem nie do pokonania, to ona nie lubiła wpatrywać się w skostniałe monumenty. Ciągnęło ją do tego, co żywe.
— Nie mówię, że nie pasuje. Ale czy to nie zachłanność? Potwór morski, podniebne smoki. I jeszcze ten ogień. Ile można zamknąć żywiołów w jednym mężczyźnie? — Niewinna ciekawość, z jaką o to pytała, ocierała się o uszczypliwość lub wyzwanie.
Uśmiech nie drgnął nawet na jej twarzy, gdy usłyszała jego usprawiedliwienie.
— Tylko wola Matki jest konieczna. — I nie sposób zgadnąć, czy go tymi słowy poprawiała, czy też wywodziła z nich, że smok musi być wykonawcą boskiej woli. Nie było żadnego absolutu ponad wolę bogini, tego trzymała się konsekwentnie. Co było zaś ową wolą? Ten pogląd dość plastycznie przeobrażał się w jej głowie, dając uzasadnienie i usprawiedliwienie temu, na co akurat ich potrzebowała. — Ja potrafię zrozumieć i dojrzeć konieczne. Oni? Nie zobaczą tego. — Z każdym słowem jej szept cedzony przez zęby był coraz ostrzejszy, a uśmiech bardziej rozedrgany. — Potrafię dojrzeć, co mogłoby tu powstać. Zamiast tego oni zbudują na zgliszczach budynki jeszcze wyższe, brzydsze, surowsze. A potem? Pójdą obłudnie na Mabon, rzucą się na kolana przebłagać Matkę. Wyłuskają na ołtarz dary dla Niej, które od Niej pochodzą, a które oni odrzucają każdego innego dnia.
A mogłoby być inaczej. Tam, gdzie zgasną popioły, naprzód po pobojowisku wespną się cmentarne bluszcze, które zacementują sczerniałe szkielety na ich miejscach, aby nikt nie mógł ich usunąć. Po nich wyprężą się wysokie ostre trawy, dziesiątki gatunków żarłocznych chwastów przygotują grunt pierwszym karłowatym drzewom.
— Może... nie skupiłeś się na odpowiednich… — Słowa powoli rozmyły się, gdy zaczęła błądzić wzrokiem po zwęglonych budynkach i straciła wątek. — Te prochy. Nie da się odróżnić w prochach, czy to czyjś spopielony warkocz, czy spopielone szaty — na powrót zwróciła oczy na niego, wyciągnęła palce ku jego masce, żeby przeciągnąć po niej opuszkami i zebrać sadzę — czy matki, czy ojcowie. — Gdy położył dłoń na jej barku, ręka Helloise zmieniła zdanie w pół gestu: zakrzywiła palce w szpony, a paznokcie skrobnęły o nierówności metalu w nędznej próbie rozerwania go. Z wyrzutem w oczach czarownica otarła się policzkiem o rękę Leviathana, żeby wypomnieć mu, jakie to niesprawiedliwe, że on chował się w skorupie tego posągu, gdy ona stała tu odsłonięta. — Prochy… racja… to nawet malownicze. — Cofnęła się, rozcierając popioły między palcami.
— Może? — Wytknęła mu to słowo tonem nagany. — Noc się wkrótce skończy, nie zostaniesz przecież w niej.
Choć było coś majestatycznego w czarnym posągu o stalowej twarzy, dręczyło ją patrzenie na niego w tej odsłonie. Czarna szata odcinała kontury próżni, z której wykrojono Leviathana, żeby zrzucić go z tego świata w głębiny, z których dudnił teraz śmiechem chtonicznego bóstwa. Choć ciężko było nie poddać się wrażeniu, że Śmierciożerca jest monolitem nie do pokonania, to ona nie lubiła wpatrywać się w skostniałe monumenty. Ciągnęło ją do tego, co żywe.
— Nie mówię, że nie pasuje. Ale czy to nie zachłanność? Potwór morski, podniebne smoki. I jeszcze ten ogień. Ile można zamknąć żywiołów w jednym mężczyźnie? — Niewinna ciekawość, z jaką o to pytała, ocierała się o uszczypliwość lub wyzwanie.
Uśmiech nie drgnął nawet na jej twarzy, gdy usłyszała jego usprawiedliwienie.
— Tylko wola Matki jest konieczna. — I nie sposób zgadnąć, czy go tymi słowy poprawiała, czy też wywodziła z nich, że smok musi być wykonawcą boskiej woli. Nie było żadnego absolutu ponad wolę bogini, tego trzymała się konsekwentnie. Co było zaś ową wolą? Ten pogląd dość plastycznie przeobrażał się w jej głowie, dając uzasadnienie i usprawiedliwienie temu, na co akurat ich potrzebowała. — Ja potrafię zrozumieć i dojrzeć konieczne. Oni? Nie zobaczą tego. — Z każdym słowem jej szept cedzony przez zęby był coraz ostrzejszy, a uśmiech bardziej rozedrgany. — Potrafię dojrzeć, co mogłoby tu powstać. Zamiast tego oni zbudują na zgliszczach budynki jeszcze wyższe, brzydsze, surowsze. A potem? Pójdą obłudnie na Mabon, rzucą się na kolana przebłagać Matkę. Wyłuskają na ołtarz dary dla Niej, które od Niej pochodzą, a które oni odrzucają każdego innego dnia.
A mogłoby być inaczej. Tam, gdzie zgasną popioły, naprzód po pobojowisku wespną się cmentarne bluszcze, które zacementują sczerniałe szkielety na ich miejscach, aby nikt nie mógł ich usunąć. Po nich wyprężą się wysokie ostre trawy, dziesiątki gatunków żarłocznych chwastów przygotują grunt pierwszym karłowatym drzewom.
— Może... nie skupiłeś się na odpowiednich… — Słowa powoli rozmyły się, gdy zaczęła błądzić wzrokiem po zwęglonych budynkach i straciła wątek. — Te prochy. Nie da się odróżnić w prochach, czy to czyjś spopielony warkocz, czy spopielone szaty — na powrót zwróciła oczy na niego, wyciągnęła palce ku jego masce, żeby przeciągnąć po niej opuszkami i zebrać sadzę — czy matki, czy ojcowie. — Gdy położył dłoń na jej barku, ręka Helloise zmieniła zdanie w pół gestu: zakrzywiła palce w szpony, a paznokcie skrobnęły o nierówności metalu w nędznej próbie rozerwania go. Z wyrzutem w oczach czarownica otarła się policzkiem o rękę Leviathana, żeby wypomnieć mu, jakie to niesprawiedliwe, że on chował się w skorupie tego posągu, gdy ona stała tu odsłonięta. — Prochy… racja… to nawet malownicze. — Cofnęła się, rozcierając popioły między palcami.
dotknij trawy