17.04.2025, 17:58 ✶
Nie wiedziała o żadnej paramilitarnej, dziwacznej, stworzonej pod nosem Ministerstwa armii czy innej grupie nocnych mścicieli, do których należała część jej przyjaciół. I może ta niewiedza ratowała ich wszystkich?
Ale niestety ta sama niewiedza pozostawiła ją ślepą na tak wiele problemów z jakimi musiał się borykać Anthony.
Ale wiedziała jedno o domu Salazara Slytherina - nigdy nie pachniało w nim stęchlizną i wilgocią. Pachniał bogactwem i hebanowym drewnem. Jego wychowankowie byli dumni, bo mieli z czego. Bo historia ich rodzin sięgała najstarszych zapisków, a umysły pozostawały wierne wpajanym tradycjom. Dziedzice fortun, panny których posagi były warte więcej niż życia ludzkie. Banda rozpieszczonych, egocentrycznych bachorów, którym wszystko podsuwano na srebrnej tacy.
Ale fakt - spędzenie większości młodości tak głęboko w trzewiach zamku sprawiało, że Ślizgonów zdawała się łączyć jeszcze jedna rzecz - nie bali się swoich własnych grobów.
Nie rozwinął tematu winnicy, a szkoda - chciała o niej porozmawiać. O Hiszpanii. To nie brzmiało źle. Zresztą jeśli jej nie chciał, mogłaby ją od niego odkupić i wyjechać i… Zatrzymała się w rozmyślaniach. Cóż ona mogłaby robić w zrujnowanej winnicy przez następne miesiące? Mieć kurczaka? Och, to był uroczy pomysł. Albo ogród z kwiatami. Uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia jak się hoduje kwiaty. Skrzywiła się do własnych myśli. Nie znała się też szczególnie na remontach. I winnicach. I co najgorsze nie znała hiszpańskiego, więc nawet nie wiedziałaby jak się z tamtejszymi mugolami porozumieć. Jak w ogóle stał teraz kurs hiszpańskiej pesety? Zmarszczyła brwi. Mhm, jednak kiepska logistycznie sprawa.
Zamrugała parokrotnie słysząc odpowiedź Shafiq'a na kwestię plotek. A raczej to z jaką nonszalancją do tego wszystkiego podszedł.
- Oh.- Odparła szalenie elokwentnie, ale tym razem uśmiech był nieco bardziej wymuszony.- Wybacz. To rzeczywiście głupstwo.- Odpowiedziała mu lekko. Może odrobinę zbyt lekko, minimalnie urażona z jaką łatwością przychodziło mu odrzucenie tego czym nie tak dawno żyła spora część ministerstwa. I jej rodzina. No ale oczywiście. Skąd mógł o tym wiedzieć, skoro nie bywał w pracy? To nie było coś co mogło dotknąć kogoś takiego jak Anthony Shafiq. To nie on wychodził na niewiernego. Nie on musiał znosić wszystkie ukradkiem wymieniane spojrzenia z sędziowskich ław, bo jak ktoś taki miał czelność dyktować innym jak moralnie żyć.
Czasem się nawet zastanawiała - dlaczego spędzał czas właśnie z nią. Mógł wybrać sobie każdą inną zamężną damę. Jeśli rzeczywiście próbował zatuszować plotkami inne, o wiele brudniejsze sekrety, które Lorien nigdy nie interesowały - rozegrał to fantastycznie. Wiedziała tyle ile zdradził jej przed laty - wiedziała i nigdy nie zrobiła mu z tego powodu wyrzutu.
Ale nic nie przygotowało jej na tą zmianę postawy Anthony’ego gdy zeszli na temat Akademii. Widziała, czuła (bo nadal nie przestał przecież trzymać jej dłoni, w swojej), jak się rozluźnił. Twarz Lorien z kolei wyrażała przez parę sekund czyste niedowierzanie, a jedyne na co się zdobyła w odpowiedzi to zaskoczone parsknięcie śmiechem - proste “heh” i pokręcenie głową.
- Wow.- Mruknęła.
Więc to tak? Nie odpowiadał na jej pytania, nie włożył nawet minimum wysiłku, żeby się czegoś dowiedzieć, ale nie widział problemu, żeby rozwodzić się o jakiejś… Akademii. Ugryzła się w język, ale pytanie "Dlaczego miałaby mnie obchodzić jakaś nowa szkoła?" tknęło mocno.
Nie rób sobie tego. Nie warto.
Umieram, a ty rozprawiasz o swoich wielkich sukcesach?
Nie mów tego. On na pewno tak nie myśli. To facet, oni nie rozumieją.
Zapraszasz mnie, żeby chwalić się tym, że pozwalasz się wywalić Jenkins z Ministerstwa na zbity ryj pod płaszczykiem wielkich możliwości, bo chyba uznała cię za wielkie zagrożenie?
Nie nakręcaj się Lorka.
Zacisnęła usta w wąską kreskę, ciężko powiedzieć czy zła na głosik rozsądku w głowie czy na Anthony'ego; odwracając głowę na tyle szybko, aby zdążyć ukryć przed spojrzeniem czarodzieja pierwsze łzy zbierające się w kącikach oczu. Wdech wydech. Uspokój się. Po prostu pozwól mu mówić o tym co go uszczęśliwia.
Poczuła nagłą, dziwną gorycz w gardle. Dlaczego by miała? To było nie w porządku. Zaprosił ją tu, żeby spędzić razem jej urodziny. Jej ostatnie urodziny. Nie będzie już miała żadnych innych, a on… Przygryzła wargę czując jakby znowu miała te dziesięć lat i ojciec nie przyszedł na przyjęcie, bo zasiedział się w Wizengamocie. Ale nie była już dzieckiem. A Anthony nie był jej ojcem.
Cofnęła rękę, a gestu tego nie dało się pomylić z niczym innym jak tylko dziwacznym odebraniem przywilejów, o których istnieniu pewnie Shafiq nawet nie wiedział. Po prostu wyszarpnęła ją z czułego uścisku. Ot jak łatwo było stracić Lorien Crouch na rzecz persony, z którą najwyraźniej czuł się o wiele bardziej komfortowo.
- Nie rozumiem dlaczego brzmisz, jakbyś się wahał.- Powiedziała sucho, robiąc to co robiła najlepiej. Wycofała się w najgorszy dla nich obojga sposób - zdusiła kompletnie emocje. Sięgnęła po kieliszek, który wcześniej Anthony napełnił winem. Upiła, próbując stłumić wszelkie nieprzyjemne myśli. Zignorowała, że pewnie ślad łzy na policzku lekko rozmazał jej dopieszczony specjalnie na tą okazję makijaż.- Sam mówiłeś, że twój gabinet w Ministerstwie jest dla ciebie zbyt mały. To brzmi jak okazja jedna na milion.
Nie patrzyła na niego, a Lorien Mulciber nie miała zwyczaju uciekać spojrzeniem. Jak pisklę, które wypadło z gniazda i nie do końca wie co ze sobą zrobić. Nie wypadło uciekać, więc siedziała. I najwyraźniej czekała na degustację dań. Gdzie do cholery był ten kelner?!
- Muszę z tobą o czymś porozmawiać…- Powiedziała chwili. Nie wiedziała jak podejść do tematu, więc podeszła w pewnie najgorszy z możliwych sposobów.- I wybacz, ale jakkolwiek fascynującym wydaje się ta cała…zabawa w szkołę… - Cmoknęła, zaciskając usta w wąską kreskę. Machnęła lekko ręką. Każda komórka w jej ciele buntowała się przed tym co podpowiadał mózg, ale nie potrafiła inaczej. Spędziła ostatnie dni na kompletnym wypizdowie, pracowała nad sobą, była z siebie tak szalenie dumna! A ten pierdolił o jakiejś Akademii. Nic nie dopytał. Nawet się nie postarał! A ona tak bardzo chciała mu opowiedzieć... Wdech wydech.
Nie, to nie był ich wspólny język.
To była pochodna wszystkich lat, gdzie Lorien słuchała jego opowieści, a Anthony nawet nie silił się by zgłębić tajemnic, które ukrywała pod swoimi półsłówkami. Jak na kogoś kto potrafił mówić w tylu językach - nadal ją zachwycało, że potrafił pieprzyć o sobie w każdym z nich.
Wiedziała. Lorien Mulciber naprawdę wiedziała, że nie jest najważniejszym elementem, wokół którego kręciłby się wszechświat Anthony’ego. Nie próbowała nim być. Nie chciała nim być, dla jego własnego dobra. Ale to miały być jej urodziny. Miała ochotę parsknąć, że nawet pierdolony Greyback miał na tyle taktu, żeby poświęcić raz jeden całą uwagę jej. Nie zrobiła tego. Może powinna.
- Widziałam się z Basiliusem.- Powiedziała za to, tym samym niemalże znudzonym tonem, którego używała z reguły na sali sądowej. Kolejny plaster, który musiała zedrzeć z wciąż świeżej rany.- Jeszcze przed twoim wyjazdem do Egiptu. Ale uznałam, że to nie był dobry czas. Teraz kiedy pojawiła się to.. coś… Akademia? Dobrze zrozumiałam?- Pytanie było tak retoryczne jak retorycznie mogła je zadać wyraźnie podirytowana kobieta.- Well… Może nie być dobrego czasu.- Wzięła głęboki oddech. Upiła jeszcze trochę wina, choć rosnąca gula w gardle utrudniała każdy łyk.- Według Basiliusa zostało mi... sama nie wiem, z pół roku? Mniej więcej i to tylko jeśli ograniczę stres związany z pracą i rodziną do minimum, albo wyjadę gdzieś na długie wakacje, a jak oboje dobrze wiemy, nie jestem w sytuacji, w której mogłabym sobie na to pozwolić.
Kolejne ciche, nieco bardziej nerwowe parsknięcie śmiechu. Odsunęła się na krześle na tyle, by pod żadnym pozorem nie mógł jej dotknąć, nawet jeśli by się położył na stole. Dobrze że bukiet kwiatów to uniemożliwiał.
- Nie mówię Ci tego, bo czegokolwiek od ciebie… oczekuję. - Odetchnęła głęboko, choć żal w głosie przebił się na główny plan.- Po prostu uważam, że to byłoby wobec Ciebie szalenie nieuczciwe, gdybyś nie znał pełnej prawdy.
Przygryzła wnętrze policzka, zaciskając palce na materiale sukienki na kolanach.
I po raz pierwszy tego dnia poczuła się jak kompletna idiotka. Powinna była zostać w czerni. W czerni zawsze było jej najbardziej do twarzy. Zrobiła mentalną notatkę, żeby po drodze do pracy kupić czerwony lakier do paznokci. Pomaluje je sobie na popołudniowym posiedzeniu, akurat zapowiadało się kilka nudniejszych przemówień.
Ale niestety ta sama niewiedza pozostawiła ją ślepą na tak wiele problemów z jakimi musiał się borykać Anthony.
Ale wiedziała jedno o domu Salazara Slytherina - nigdy nie pachniało w nim stęchlizną i wilgocią. Pachniał bogactwem i hebanowym drewnem. Jego wychowankowie byli dumni, bo mieli z czego. Bo historia ich rodzin sięgała najstarszych zapisków, a umysły pozostawały wierne wpajanym tradycjom. Dziedzice fortun, panny których posagi były warte więcej niż życia ludzkie. Banda rozpieszczonych, egocentrycznych bachorów, którym wszystko podsuwano na srebrnej tacy.
Ale fakt - spędzenie większości młodości tak głęboko w trzewiach zamku sprawiało, że Ślizgonów zdawała się łączyć jeszcze jedna rzecz - nie bali się swoich własnych grobów.
Nie rozwinął tematu winnicy, a szkoda - chciała o niej porozmawiać. O Hiszpanii. To nie brzmiało źle. Zresztą jeśli jej nie chciał, mogłaby ją od niego odkupić i wyjechać i… Zatrzymała się w rozmyślaniach. Cóż ona mogłaby robić w zrujnowanej winnicy przez następne miesiące? Mieć kurczaka? Och, to był uroczy pomysł. Albo ogród z kwiatami. Uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia jak się hoduje kwiaty. Skrzywiła się do własnych myśli. Nie znała się też szczególnie na remontach. I winnicach. I co najgorsze nie znała hiszpańskiego, więc nawet nie wiedziałaby jak się z tamtejszymi mugolami porozumieć. Jak w ogóle stał teraz kurs hiszpańskiej pesety? Zmarszczyła brwi. Mhm, jednak kiepska logistycznie sprawa.
Zamrugała parokrotnie słysząc odpowiedź Shafiq'a na kwestię plotek. A raczej to z jaką nonszalancją do tego wszystkiego podszedł.
- Oh.- Odparła szalenie elokwentnie, ale tym razem uśmiech był nieco bardziej wymuszony.- Wybacz. To rzeczywiście głupstwo.- Odpowiedziała mu lekko. Może odrobinę zbyt lekko, minimalnie urażona z jaką łatwością przychodziło mu odrzucenie tego czym nie tak dawno żyła spora część ministerstwa. I jej rodzina. No ale oczywiście. Skąd mógł o tym wiedzieć, skoro nie bywał w pracy? To nie było coś co mogło dotknąć kogoś takiego jak Anthony Shafiq. To nie on wychodził na niewiernego. Nie on musiał znosić wszystkie ukradkiem wymieniane spojrzenia z sędziowskich ław, bo jak ktoś taki miał czelność dyktować innym jak moralnie żyć.
Czasem się nawet zastanawiała - dlaczego spędzał czas właśnie z nią. Mógł wybrać sobie każdą inną zamężną damę. Jeśli rzeczywiście próbował zatuszować plotkami inne, o wiele brudniejsze sekrety, które Lorien nigdy nie interesowały - rozegrał to fantastycznie. Wiedziała tyle ile zdradził jej przed laty - wiedziała i nigdy nie zrobiła mu z tego powodu wyrzutu.
Ale nic nie przygotowało jej na tą zmianę postawy Anthony’ego gdy zeszli na temat Akademii. Widziała, czuła (bo nadal nie przestał przecież trzymać jej dłoni, w swojej), jak się rozluźnił. Twarz Lorien z kolei wyrażała przez parę sekund czyste niedowierzanie, a jedyne na co się zdobyła w odpowiedzi to zaskoczone parsknięcie śmiechem - proste “heh” i pokręcenie głową.
- Wow.- Mruknęła.
Więc to tak? Nie odpowiadał na jej pytania, nie włożył nawet minimum wysiłku, żeby się czegoś dowiedzieć, ale nie widział problemu, żeby rozwodzić się o jakiejś… Akademii. Ugryzła się w język, ale pytanie "Dlaczego miałaby mnie obchodzić jakaś nowa szkoła?" tknęło mocno.
Nie rób sobie tego. Nie warto.
Umieram, a ty rozprawiasz o swoich wielkich sukcesach?
Nie mów tego. On na pewno tak nie myśli. To facet, oni nie rozumieją.
Zapraszasz mnie, żeby chwalić się tym, że pozwalasz się wywalić Jenkins z Ministerstwa na zbity ryj pod płaszczykiem wielkich możliwości, bo chyba uznała cię za wielkie zagrożenie?
Nie nakręcaj się Lorka.
Zacisnęła usta w wąską kreskę, ciężko powiedzieć czy zła na głosik rozsądku w głowie czy na Anthony'ego; odwracając głowę na tyle szybko, aby zdążyć ukryć przed spojrzeniem czarodzieja pierwsze łzy zbierające się w kącikach oczu. Wdech wydech. Uspokój się. Po prostu pozwól mu mówić o tym co go uszczęśliwia.
Poczuła nagłą, dziwną gorycz w gardle. Dlaczego by miała? To było nie w porządku. Zaprosił ją tu, żeby spędzić razem jej urodziny. Jej ostatnie urodziny. Nie będzie już miała żadnych innych, a on… Przygryzła wargę czując jakby znowu miała te dziesięć lat i ojciec nie przyszedł na przyjęcie, bo zasiedział się w Wizengamocie. Ale nie była już dzieckiem. A Anthony nie był jej ojcem.
Cofnęła rękę, a gestu tego nie dało się pomylić z niczym innym jak tylko dziwacznym odebraniem przywilejów, o których istnieniu pewnie Shafiq nawet nie wiedział. Po prostu wyszarpnęła ją z czułego uścisku. Ot jak łatwo było stracić Lorien Crouch na rzecz persony, z którą najwyraźniej czuł się o wiele bardziej komfortowo.
- Nie rozumiem dlaczego brzmisz, jakbyś się wahał.- Powiedziała sucho, robiąc to co robiła najlepiej. Wycofała się w najgorszy dla nich obojga sposób - zdusiła kompletnie emocje. Sięgnęła po kieliszek, który wcześniej Anthony napełnił winem. Upiła, próbując stłumić wszelkie nieprzyjemne myśli. Zignorowała, że pewnie ślad łzy na policzku lekko rozmazał jej dopieszczony specjalnie na tą okazję makijaż.- Sam mówiłeś, że twój gabinet w Ministerstwie jest dla ciebie zbyt mały. To brzmi jak okazja jedna na milion.
Nie patrzyła na niego, a Lorien Mulciber nie miała zwyczaju uciekać spojrzeniem. Jak pisklę, które wypadło z gniazda i nie do końca wie co ze sobą zrobić. Nie wypadło uciekać, więc siedziała. I najwyraźniej czekała na degustację dań. Gdzie do cholery był ten kelner?!
- Muszę z tobą o czymś porozmawiać…- Powiedziała chwili. Nie wiedziała jak podejść do tematu, więc podeszła w pewnie najgorszy z możliwych sposobów.- I wybacz, ale jakkolwiek fascynującym wydaje się ta cała…zabawa w szkołę… - Cmoknęła, zaciskając usta w wąską kreskę. Machnęła lekko ręką. Każda komórka w jej ciele buntowała się przed tym co podpowiadał mózg, ale nie potrafiła inaczej. Spędziła ostatnie dni na kompletnym wypizdowie, pracowała nad sobą, była z siebie tak szalenie dumna! A ten pierdolił o jakiejś Akademii. Nic nie dopytał. Nawet się nie postarał! A ona tak bardzo chciała mu opowiedzieć... Wdech wydech.
Nie, to nie był ich wspólny język.
To była pochodna wszystkich lat, gdzie Lorien słuchała jego opowieści, a Anthony nawet nie silił się by zgłębić tajemnic, które ukrywała pod swoimi półsłówkami. Jak na kogoś kto potrafił mówić w tylu językach - nadal ją zachwycało, że potrafił pieprzyć o sobie w każdym z nich.
Wiedziała. Lorien Mulciber naprawdę wiedziała, że nie jest najważniejszym elementem, wokół którego kręciłby się wszechświat Anthony’ego. Nie próbowała nim być. Nie chciała nim być, dla jego własnego dobra. Ale to miały być jej urodziny. Miała ochotę parsknąć, że nawet pierdolony Greyback miał na tyle taktu, żeby poświęcić raz jeden całą uwagę jej. Nie zrobiła tego. Może powinna.
- Widziałam się z Basiliusem.- Powiedziała za to, tym samym niemalże znudzonym tonem, którego używała z reguły na sali sądowej. Kolejny plaster, który musiała zedrzeć z wciąż świeżej rany.- Jeszcze przed twoim wyjazdem do Egiptu. Ale uznałam, że to nie był dobry czas. Teraz kiedy pojawiła się to.. coś… Akademia? Dobrze zrozumiałam?- Pytanie było tak retoryczne jak retorycznie mogła je zadać wyraźnie podirytowana kobieta.- Well… Może nie być dobrego czasu.- Wzięła głęboki oddech. Upiła jeszcze trochę wina, choć rosnąca gula w gardle utrudniała każdy łyk.- Według Basiliusa zostało mi... sama nie wiem, z pół roku? Mniej więcej i to tylko jeśli ograniczę stres związany z pracą i rodziną do minimum, albo wyjadę gdzieś na długie wakacje, a jak oboje dobrze wiemy, nie jestem w sytuacji, w której mogłabym sobie na to pozwolić.
Kolejne ciche, nieco bardziej nerwowe parsknięcie śmiechu. Odsunęła się na krześle na tyle, by pod żadnym pozorem nie mógł jej dotknąć, nawet jeśli by się położył na stole. Dobrze że bukiet kwiatów to uniemożliwiał.
- Nie mówię Ci tego, bo czegokolwiek od ciebie… oczekuję. - Odetchnęła głęboko, choć żal w głosie przebił się na główny plan.- Po prostu uważam, że to byłoby wobec Ciebie szalenie nieuczciwe, gdybyś nie znał pełnej prawdy.
Przygryzła wnętrze policzka, zaciskając palce na materiale sukienki na kolanach.
I po raz pierwszy tego dnia poczuła się jak kompletna idiotka. Powinna była zostać w czerni. W czerni zawsze było jej najbardziej do twarzy. Zrobiła mentalną notatkę, żeby po drodze do pracy kupić czerwony lakier do paznokci. Pomaluje je sobie na popołudniowym posiedzeniu, akurat zapowiadało się kilka nudniejszych przemówień.