19.04.2025, 03:05 ✶
Wywrócił na nią oczami, ale całe szczęście, nie mogła tego widzieć przez nałożoną na twarz maskę. Może. Może, ale tylko tego wieczoru. Na pewno za każdym innym razem, kiedy nie będzie go wiązać zobowiązanie wobec Czarnego Pana.
- A może konieczność? - zasugerował. - Słyszałem też, że dualizm leży w mojej naturze - matka wywracała na niego oczami, kiedy wskazywała jego nieznośne tendencje, czasem ocierające się o przeciwległe krańce spektrum, którym był jego charakter. Bycie tak samo bestią morską, jak i tą podniebną, również mogło się wpisywać w ten wzorzec. W końcu smoki miały to do siebie, że były zachłanne. Gromadziły swoje skarby, zachowywały je tylko dla siebie i były bardzo niezadowolone, kiedy ktoś chciał je im wyrwać ze szponów. - Brakuje tylko ziemi, prawda? Może to ty, Helloise? - zapytał jej cicho, niemal szeptem, ale w tych słowach dało się pochwycić odpowiedź na jej wyzwanie. Delikatną nutę, która mimo wszystko wyraźnie przebiła się przez magię maski i zawisła między nimi.
- Pamiętasz? Spotkałem ją. Matkę - zaczął, przypominając jej delikatnie o rewelacjach związanych ze świętem Lithy. Pochwalił się jej tym, kiedy snuły się nad nimi opary opium. - Może przemawia przez nas wola Matki, hm? - przez nas, śmierciożerców. Przez niego, odzianego w kotłującą się czerń, która nie pozwalała nikomu dostrzec, kto pod nią się chował. Matka była wyrozumiała, nie to co Dziewica, która wzgardziła darem, jaki na ołtarzu Trójbogini złożyła Isobell. - Londyn dawno stał się zapomnianym przez Dziewicę, Matkę i Staruchę miejscem. Po to mamy nasze lasy, żeby nikt nie wyrwał ich kolejnych kawałków i nie zbezcześcił. Żeby nikt nie wybudował tam kolejnego rynsztoka.
W pewien kwestii się zgadzali, a było to umiłowanie natury. Ona oddała swoje serce Matce Ziemi, on natomiast wszystkiemu temu, co po niej stąpało, a co nie było człowiekiem. Wszystkiemu, co było w stanie koegzystować w świecie naturalnym, zamiast uciekać się do niskich potrzeb nakazujących wykarczowanie drzew i wybicie wszystkiego, co ruszało się i nie znało ludzkiej mowy. Ich rodowa posiadłość wciąż stała otulona ciasno naturalnymi krajobrazami; zielenią, cieniem gór, błękitem nieba i jezior. Stała w Snowdonii, łapiąc w krużganki wiatr zrywany przez smocze skrzydła i niosący przez siebie ich odległe pieśni.
Pieśni, których osłuchiwał się przez całe życie i miał wrażenie, że zawsze snuły mu się po głowie, a czasem stawały się silniejsze, kiedy wykluwały się na jego skórze kolejne łuski, powoli połykające go w całości. Może na sam koniec faktycznie wyrośnie mu ogon, a skórę na plecach rozedrą mu skrzydła. To byłby dobry koniec - zmienić się w stworzenie, w którego cieniu żyło się przez całe swoje życie. Na które patrzyło się z podziwem i dumą. A potem wzbić się w powietrze i zniknąć. Teraz jednak wciąż był sobą, w ciemnej alejce, ale przynajmniej palce zmieniły się w szpony - dokładnie tak samo jak i jej, ale on przynajmniej czuł pod opuszkami miękką skórę, przez moment trzymając ją jakby chciał zagarnąć jej nieco więcej dla siebie.
- Prochy matek, ojców czy może dzieci malują twoją twarz? - palce rozluźniły się i ześlizgnęły z niej, kiedy sama cofnęła się. W życiu Leviathana była aktualnie tylko jedna kobieta, którą chciał mieć całą dla siebie i pożreć w całości, tak by zostało z niej nic więcej jak obgryziony z mięsa szkielet. I nie była to niestety Helloise.
- A może konieczność? - zasugerował. - Słyszałem też, że dualizm leży w mojej naturze - matka wywracała na niego oczami, kiedy wskazywała jego nieznośne tendencje, czasem ocierające się o przeciwległe krańce spektrum, którym był jego charakter. Bycie tak samo bestią morską, jak i tą podniebną, również mogło się wpisywać w ten wzorzec. W końcu smoki miały to do siebie, że były zachłanne. Gromadziły swoje skarby, zachowywały je tylko dla siebie i były bardzo niezadowolone, kiedy ktoś chciał je im wyrwać ze szponów. - Brakuje tylko ziemi, prawda? Może to ty, Helloise? - zapytał jej cicho, niemal szeptem, ale w tych słowach dało się pochwycić odpowiedź na jej wyzwanie. Delikatną nutę, która mimo wszystko wyraźnie przebiła się przez magię maski i zawisła między nimi.
- Pamiętasz? Spotkałem ją. Matkę - zaczął, przypominając jej delikatnie o rewelacjach związanych ze świętem Lithy. Pochwalił się jej tym, kiedy snuły się nad nimi opary opium. - Może przemawia przez nas wola Matki, hm? - przez nas, śmierciożerców. Przez niego, odzianego w kotłującą się czerń, która nie pozwalała nikomu dostrzec, kto pod nią się chował. Matka była wyrozumiała, nie to co Dziewica, która wzgardziła darem, jaki na ołtarzu Trójbogini złożyła Isobell. - Londyn dawno stał się zapomnianym przez Dziewicę, Matkę i Staruchę miejscem. Po to mamy nasze lasy, żeby nikt nie wyrwał ich kolejnych kawałków i nie zbezcześcił. Żeby nikt nie wybudował tam kolejnego rynsztoka.
W pewien kwestii się zgadzali, a było to umiłowanie natury. Ona oddała swoje serce Matce Ziemi, on natomiast wszystkiemu temu, co po niej stąpało, a co nie było człowiekiem. Wszystkiemu, co było w stanie koegzystować w świecie naturalnym, zamiast uciekać się do niskich potrzeb nakazujących wykarczowanie drzew i wybicie wszystkiego, co ruszało się i nie znało ludzkiej mowy. Ich rodowa posiadłość wciąż stała otulona ciasno naturalnymi krajobrazami; zielenią, cieniem gór, błękitem nieba i jezior. Stała w Snowdonii, łapiąc w krużganki wiatr zrywany przez smocze skrzydła i niosący przez siebie ich odległe pieśni.
Pieśni, których osłuchiwał się przez całe życie i miał wrażenie, że zawsze snuły mu się po głowie, a czasem stawały się silniejsze, kiedy wykluwały się na jego skórze kolejne łuski, powoli połykające go w całości. Może na sam koniec faktycznie wyrośnie mu ogon, a skórę na plecach rozedrą mu skrzydła. To byłby dobry koniec - zmienić się w stworzenie, w którego cieniu żyło się przez całe swoje życie. Na które patrzyło się z podziwem i dumą. A potem wzbić się w powietrze i zniknąć. Teraz jednak wciąż był sobą, w ciemnej alejce, ale przynajmniej palce zmieniły się w szpony - dokładnie tak samo jak i jej, ale on przynajmniej czuł pod opuszkami miękką skórę, przez moment trzymając ją jakby chciał zagarnąć jej nieco więcej dla siebie.
- Prochy matek, ojców czy może dzieci malują twoją twarz? - palce rozluźniły się i ześlizgnęły z niej, kiedy sama cofnęła się. W życiu Leviathana była aktualnie tylko jedna kobieta, którą chciał mieć całą dla siebie i pożreć w całości, tak by zostało z niej nic więcej jak obgryziony z mięsa szkielet. I nie była to niestety Helloise.
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast