20.04.2025, 20:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2025, 20:52 przez Helloise Rowle.)
Konieczność — wracał do tego, znów próbował przyczepić się wygodnej ścieżki predestynacji i Helloise potrafiła to dostrzec. Choć w świętych pismach była raczej pogubioną niż uczoną, to rozpoznawała pojęcia, wokół których religie budowały swoje nauki, a które ona chłonęła jedno po drugim, wypaczając ich sensy.
— Konieczność. Wstydzisz się apetytu? — Nie spłoszyło jej, że podjął tę grę; ciągnęła ją w najlepsze. Okoliczności dusznej dogasającym ogniem, odosobnionej uliczki oraz wiszące obok nich widmo oczekującego zadania, miotła dociążona koszem z eliksirami, nie wróżyły gry długiej. Tym bardziej zamierzała mieć ostatnie słowo. — Może to jestem ja. Może taka jest konieczność. Wygląda na to, że tak czy inaczej czegoś ode mnie potrzebujesz. — Zabębniła palcami w wieko kosza wypełnionego swoimi wyrobami.
Lecz nuty zaczepnej przekory, którymi do tej pory bawiła się z taką satysfakcją, zaczęły wymykać się jej spod kontroli, gdy tylko Leviathan pociągnął za wrażliwą strunę. Wykruszyła się jej poza, uśmiech w końcu złamał i opadł, spojrzenie pociemniało. Nie podniosła głosu. Słowa popłynęły zza fasady dumy, urażonej, ale jednak dumy, lecz były nieskoordynowane, wymierzone na ślepo i tym samym odsłaniające desperację.
— Mamy nasze lasy? Tak wspaniale, wspaniale słyszeć, że rezerwat ma się pięknie. Knieja. Knieja? Nie tak pięknie. Choć może by ci się spodobała? — Obrysowała ręką kształt jego szaty. — Musisz coś widzieć w czerni. Draconisie. Może ciebie takim widma do Kniei wpuszczą. Może coś w tobie zobaczą. Ona zobaczyła. Musiała coś zobaczyć, skoro spotkałeś ją. Czy może twój Pan zmierzał do mojego lasu? Oczyścić go. Czy też na darmo zdemolowaliście mój dom? Może przemawia przez was wola Matki. Mam nadzieję. Musi. Przecież spotkałeś ją. Coś w tobie dojrzała. — Wczepiła się w tę myśl, zaplątała wokół niej. Nowa doktryna, która zawróciła strumień wzbierającej złości.
Była ponad to, ufała Bogini i jej decyzjom, a skoro Ona uznała Leviathana za godnego objawienia, to Helloise musiała zaakceptować, że był ku temu jakiś wyższy powód. Taka konieczność. Nie dopuszczała do siebie zazdrości. To było takie niskie. Za niskie dla niej. Toteż zebrała się w sobie, naciągnęła na usta upiorny, wymuszony uśmiech, zatamowała nim słowa i emocje.
— Dlaczego mnie pytasz? — Tą samą dłonią, którą wcześniej zebrała popiół z jego maski, pociągnęła po swoim policzku. Nie oczyściła go, rozmazała jedynie czarne ślady w nowy wzór, lecz wciąż mogła udawać, że gdy uniosła palce, aby mu je zaprezentować, pokrywały je wyłącznie prochy z jej twarzy. — To przecież twoje. To należy do Draconisa. I do Czarnego Pana. — Powiodła spojrzeniem w dół, na swoją spódnicę ozdobioną wymowną, ciemną plamą krwi. — To też pochodzi od was. Właściwie… bardzo dawno nie miałam na sobie niczego tak… drogiego. Myślisz, że dużo jest warta dla psów gończych Ministerstwa? Tylko… ćśśś, cichutko. — Położyła palec na ustach. — Nie mów swoim kolegom. Mogliby zechcieć ją odebrać.
Helloise znów świetnie się bawiła. Jakby wciąż grała w tę samą grę, dopuszczając do głosu coraz mniej instynktu samozachowawczego. Testowała granice, szukając tej, na której ustawi swoje ostatnie słowo.
— Konieczność. Wstydzisz się apetytu? — Nie spłoszyło jej, że podjął tę grę; ciągnęła ją w najlepsze. Okoliczności dusznej dogasającym ogniem, odosobnionej uliczki oraz wiszące obok nich widmo oczekującego zadania, miotła dociążona koszem z eliksirami, nie wróżyły gry długiej. Tym bardziej zamierzała mieć ostatnie słowo. — Może to jestem ja. Może taka jest konieczność. Wygląda na to, że tak czy inaczej czegoś ode mnie potrzebujesz. — Zabębniła palcami w wieko kosza wypełnionego swoimi wyrobami.
Lecz nuty zaczepnej przekory, którymi do tej pory bawiła się z taką satysfakcją, zaczęły wymykać się jej spod kontroli, gdy tylko Leviathan pociągnął za wrażliwą strunę. Wykruszyła się jej poza, uśmiech w końcu złamał i opadł, spojrzenie pociemniało. Nie podniosła głosu. Słowa popłynęły zza fasady dumy, urażonej, ale jednak dumy, lecz były nieskoordynowane, wymierzone na ślepo i tym samym odsłaniające desperację.
— Mamy nasze lasy? Tak wspaniale, wspaniale słyszeć, że rezerwat ma się pięknie. Knieja. Knieja? Nie tak pięknie. Choć może by ci się spodobała? — Obrysowała ręką kształt jego szaty. — Musisz coś widzieć w czerni. Draconisie. Może ciebie takim widma do Kniei wpuszczą. Może coś w tobie zobaczą. Ona zobaczyła. Musiała coś zobaczyć, skoro spotkałeś ją. Czy może twój Pan zmierzał do mojego lasu? Oczyścić go. Czy też na darmo zdemolowaliście mój dom? Może przemawia przez was wola Matki. Mam nadzieję. Musi. Przecież spotkałeś ją. Coś w tobie dojrzała. — Wczepiła się w tę myśl, zaplątała wokół niej. Nowa doktryna, która zawróciła strumień wzbierającej złości.
Była ponad to, ufała Bogini i jej decyzjom, a skoro Ona uznała Leviathana za godnego objawienia, to Helloise musiała zaakceptować, że był ku temu jakiś wyższy powód. Taka konieczność. Nie dopuszczała do siebie zazdrości. To było takie niskie. Za niskie dla niej. Toteż zebrała się w sobie, naciągnęła na usta upiorny, wymuszony uśmiech, zatamowała nim słowa i emocje.
— Dlaczego mnie pytasz? — Tą samą dłonią, którą wcześniej zebrała popiół z jego maski, pociągnęła po swoim policzku. Nie oczyściła go, rozmazała jedynie czarne ślady w nowy wzór, lecz wciąż mogła udawać, że gdy uniosła palce, aby mu je zaprezentować, pokrywały je wyłącznie prochy z jej twarzy. — To przecież twoje. To należy do Draconisa. I do Czarnego Pana. — Powiodła spojrzeniem w dół, na swoją spódnicę ozdobioną wymowną, ciemną plamą krwi. — To też pochodzi od was. Właściwie… bardzo dawno nie miałam na sobie niczego tak… drogiego. Myślisz, że dużo jest warta dla psów gończych Ministerstwa? Tylko… ćśśś, cichutko. — Położyła palec na ustach. — Nie mów swoim kolegom. Mogliby zechcieć ją odebrać.
Helloise znów świetnie się bawiła. Jakby wciąż grała w tę samą grę, dopuszczając do głosu coraz mniej instynktu samozachowawczego. Testowała granice, szukając tej, na której ustawi swoje ostatnie słowo.
dotknij trawy