21.04.2025, 15:05 ✶
Sowa z urzędu pocztowego przyniosła Alexandrowi Mulciberowi 7 września pustą, starą doniczkę oznaczoną etykietką:
W środku znajdowała się karteczka z listem.
Alexander Mulciber
Klasa III
Klasa III
W środku znajdowała się karteczka z listem.
Czy zastanawiałeś się, dlaczego twoja mandragora wciąż żyła, gdy niosłeś ją na zaliczenie trzeciego roku zielarstwa, Alexandrze?
Czy ją przez ów rok choć raz napoiłeś?
Czy ją karmiłeś?
Czy dbałeś o rozmiar donicy, coby mogła rozprostować rączki?
Gdy pierwszy raz zwróciła moją uwagę w studenckich cieplarniach, była najbardziej rozkapryszonym bękartem, mimo że ze wszystkich najsłabszym.
Od tamtej pory odwracałam głowę, gdy słyszałam imię chłopca z jej doniczki. Szukałam twarzy tego niedbalstwa.
A przecież mandragora była pulchniutka i żwawa, gdy pokazałeś ją pani profesor, czy nie?
Nie słucham szumów Londynu, lecz zawierucha przyniosła i w moje strony nazwisko chłopca z doniczki, a wraz z nim cygańskie gwiazdy. I wertując je, słuchając w nich twojego głosu, myślałam, czy może nie oceniłam cię źle. Czy i wtedy patrzyłeś w gwiazdy, gdy owoce twojej ziemi umierały? Czy wtedy rodziło się w twojej głowie to dzieło? Dałoby ci to namiastkę, namiastkę usprawiedliwienia.
Teraz potrzebuję kogoś, kto po cygańsku czyta niebo. Nie byle miejskiego astronoma uczonego, któremu kosmiczne emanacje przesłania emanacja tysiąca londyńskich latarni.
Równowaga kosmiczna nad Knieją Godryka zaburzyła się, a wraz z tym wzburzeniem moje tablice astrologiczne zbiorów straciły na aktualności i wymagają korekt. To gwiazdy zapładniają ziemię, to księżyc sączy w korzenie energie lecznicze, to kosmos dyktuje najprecyzyjniejszy rytm zbiorów. Karty kalendarza astrobotanicznego, z którego wiernie korzystam od lat, zaczęły śpiewać fałsze. Nic się już nie zgadza. Okolica Kniei potrzebuje, aby ktoś od nowa wyliczył prawidła jej astrologii herbalnej.
Przyjdź. Przyjdź, chłopczyku z doniczki.
Nie pożałujesz.
Nikt nigdy nie żałuje.
Znajdź szkolny kuferek, zdrap z donicy swoje nazwisko, a dowiesz się, czyje palce gryzła twoja mandragora, gdy ją przesadzano.
Przyjdź do Doliny. Przyjdź, a może usłyszysz tu imię dziewczynki z nie swojej doniczki. Przyjdź, spójrz w moje gwiazdy, żeby owoce mojej ziemi były nie poszły na zmarnowanie.
Czy ją przez ów rok choć raz napoiłeś?
Czy ją karmiłeś?
Czy dbałeś o rozmiar donicy, coby mogła rozprostować rączki?
Gdy pierwszy raz zwróciła moją uwagę w studenckich cieplarniach, była najbardziej rozkapryszonym bękartem, mimo że ze wszystkich najsłabszym.
Od tamtej pory odwracałam głowę, gdy słyszałam imię chłopca z jej doniczki. Szukałam twarzy tego niedbalstwa.
A przecież mandragora była pulchniutka i żwawa, gdy pokazałeś ją pani profesor, czy nie?
Nie słucham szumów Londynu, lecz zawierucha przyniosła i w moje strony nazwisko chłopca z doniczki, a wraz z nim cygańskie gwiazdy. I wertując je, słuchając w nich twojego głosu, myślałam, czy może nie oceniłam cię źle. Czy i wtedy patrzyłeś w gwiazdy, gdy owoce twojej ziemi umierały? Czy wtedy rodziło się w twojej głowie to dzieło? Dałoby ci to namiastkę, namiastkę usprawiedliwienia.
Teraz potrzebuję kogoś, kto po cygańsku czyta niebo. Nie byle miejskiego astronoma uczonego, któremu kosmiczne emanacje przesłania emanacja tysiąca londyńskich latarni.
Równowaga kosmiczna nad Knieją Godryka zaburzyła się, a wraz z tym wzburzeniem moje tablice astrologiczne zbiorów straciły na aktualności i wymagają korekt. To gwiazdy zapładniają ziemię, to księżyc sączy w korzenie energie lecznicze, to kosmos dyktuje najprecyzyjniejszy rytm zbiorów. Karty kalendarza astrobotanicznego, z którego wiernie korzystam od lat, zaczęły śpiewać fałsze. Nic się już nie zgadza. Okolica Kniei potrzebuje, aby ktoś od nowa wyliczył prawidła jej astrologii herbalnej.
Przyjdź. Przyjdź, chłopczyku z doniczki.
Nie pożałujesz.
Nikt nigdy nie żałuje.
Znajdź szkolny kuferek, zdrap z donicy swoje nazwisko, a dowiesz się, czyje palce gryzła twoja mandragora, gdy ją przesadzano.
Przyjdź do Doliny. Przyjdź, a może usłyszysz tu imię dziewczynki z nie swojej doniczki. Przyjdź, spójrz w moje gwiazdy, żeby owoce mojej ziemi były nie poszły na zmarnowanie.
dotknij trawy