21.04.2025, 17:07 ✶
Cóż, nie wszyscy konserwatyści byli źli, owszem. Ale gdyby Robert dostawał galeona za każdym razem, gdy przedstawiciel tego stronnictwa zachowywał się w Wizengamocie jak chochlik kornwalijski po paru głębszych, miałby... mniej więcej tyle, ile posiadał na koncie w Gringocie obecnie. Co oznaczało fortunę. Nie miał pojęcia, skąd się to brało. Może stąd, że w organie bądź co bądź ustawodawczym, musiano z szacunkiem wysłuchać głosu osób, z którymi niekoniecznie się zgadzano. A niektórzy przedstawicieli tej jakże zacnej instytucji uznawali to za obrazę majestatu czystokrwistych rodów. Robert był ciekawy, kiedy dojdzie do tego, że cały ten światek skończy jak Gauntowie. Wielu coraz to bliższych kuzynów zawierało małżeństwa między sobą, przez co później rodziły się osoby z taką psychiką.
— Przyznaję, może nie każdy jest zły — zgodził się, choć nie uważał, żeby byli oni też specjalnie dobrymi ludźmi. — Ach, bo przecież nie istnieją takie zaklęcia, jak Expeliarmus czy cokolwiek innego, czego uczą nas w Hogwarcie. Zastanawiam się, co on robił na zajęciach z obrony przed czarną magią. Przespał je? Durniejszego argumentu nie słyszałem. Zresztą nie dziwię się, że Rowle to powiedział. Mi zarzucił, że chcę zaburzyć porządek publiczny, bo proponowałem rozszerzenie listy niewybaczalnych o jeszcze kilka pozycji. A on mi mówi, że atakuję wolność naszych obywateli. Wolność do czego? Spalenia kogoś żywcem?
Swego czasu Robert rzeczywiście wysunął pomysł o zmianie definicji zaklęcia niewybaczalnego. Nie chodziło o to, czemu ono służyło, lecz wobec kogo było kierowane. Zwykłe zaklęcie kuchenne mogło zapewnić komuś gorszą śmierć niż Avada Kedavra. Przez te braki w legislacji dochodziło do sytuacji, gdzie szaleniec tnący ludzi zaklęciem do szatkowania składników do eliksirów był sądzony mniej surowo niż ktoś, kto rzucił Avadę w afekcie. Wydawało się, że sąd bardziej obchodziło to, jakie zaklęcie rzucono, niż co dokładnie się stało. W mugolskim systemie, jak sądził Robert, coś takiego nigdy by nie miało miejsca. Oni jednak, w przeciwieństwie do czarodziejskiej społeczności, mieli trochę rozsądku, dzięki czemu wyprzedzali Ministerstwo o jakiś wiek w rozwoju.
— Ach tak, jeszcze raz usłyszę tekst, że "dzieciaków z mugolskich rodzin nie powinniśmy puszczać do Hogwartu, bo tak", to wyjdę z siebie i stanę obok — westchnął, po czym upił trochę herbaty.
Jako były Gryfon, który kumplował się w szkole z mnóstwem dzieciaków z mugolskich rodzin, absolutnie nie rozumiał sensu tej całej idei. Nie było różnicy w umiejętnościach czarowania u takich dzieciaków i u czystokrwistych. Kiedy to wygłaszał na sali obrad, słyszał potem, że jest mugolofilem. A jak mógł ich nie podziwiać? Jak mógł też uznawać tezy, które były sprzeczne z rzeczywistością? Jasne, nie należało rekwirować majątków czystokrwistych rodów, ale systemowa dyskryminacja była absolutnie nie na miejscu. Czarodzieje powinni byli jednoczyć się we własnej społeczności i starać się, by budować jak najbardziej stabilny system. Robert tylko czekał na moment, aż niektórzy schowają do kieszeni swoją dumę i zaczną pracować na rzecz modernizacji świata czarodziejów. Nie... to było tylko marzenie głupiego.
— Wiesz na jaką debatę czekam? Na obronę naszych kochanych walut. To zawsze jest niezła rozrywka, jeśli o funtach i galeonach mowa.
— Przyznaję, może nie każdy jest zły — zgodził się, choć nie uważał, żeby byli oni też specjalnie dobrymi ludźmi. — Ach, bo przecież nie istnieją takie zaklęcia, jak Expeliarmus czy cokolwiek innego, czego uczą nas w Hogwarcie. Zastanawiam się, co on robił na zajęciach z obrony przed czarną magią. Przespał je? Durniejszego argumentu nie słyszałem. Zresztą nie dziwię się, że Rowle to powiedział. Mi zarzucił, że chcę zaburzyć porządek publiczny, bo proponowałem rozszerzenie listy niewybaczalnych o jeszcze kilka pozycji. A on mi mówi, że atakuję wolność naszych obywateli. Wolność do czego? Spalenia kogoś żywcem?
Swego czasu Robert rzeczywiście wysunął pomysł o zmianie definicji zaklęcia niewybaczalnego. Nie chodziło o to, czemu ono służyło, lecz wobec kogo było kierowane. Zwykłe zaklęcie kuchenne mogło zapewnić komuś gorszą śmierć niż Avada Kedavra. Przez te braki w legislacji dochodziło do sytuacji, gdzie szaleniec tnący ludzi zaklęciem do szatkowania składników do eliksirów był sądzony mniej surowo niż ktoś, kto rzucił Avadę w afekcie. Wydawało się, że sąd bardziej obchodziło to, jakie zaklęcie rzucono, niż co dokładnie się stało. W mugolskim systemie, jak sądził Robert, coś takiego nigdy by nie miało miejsca. Oni jednak, w przeciwieństwie do czarodziejskiej społeczności, mieli trochę rozsądku, dzięki czemu wyprzedzali Ministerstwo o jakiś wiek w rozwoju.
— Ach tak, jeszcze raz usłyszę tekst, że "dzieciaków z mugolskich rodzin nie powinniśmy puszczać do Hogwartu, bo tak", to wyjdę z siebie i stanę obok — westchnął, po czym upił trochę herbaty.
Jako były Gryfon, który kumplował się w szkole z mnóstwem dzieciaków z mugolskich rodzin, absolutnie nie rozumiał sensu tej całej idei. Nie było różnicy w umiejętnościach czarowania u takich dzieciaków i u czystokrwistych. Kiedy to wygłaszał na sali obrad, słyszał potem, że jest mugolofilem. A jak mógł ich nie podziwiać? Jak mógł też uznawać tezy, które były sprzeczne z rzeczywistością? Jasne, nie należało rekwirować majątków czystokrwistych rodów, ale systemowa dyskryminacja była absolutnie nie na miejscu. Czarodzieje powinni byli jednoczyć się we własnej społeczności i starać się, by budować jak najbardziej stabilny system. Robert tylko czekał na moment, aż niektórzy schowają do kieszeni swoją dumę i zaczną pracować na rzecz modernizacji świata czarodziejów. Nie... to było tylko marzenie głupiego.
— Wiesz na jaką debatę czekam? Na obronę naszych kochanych walut. To zawsze jest niezła rozrywka, jeśli o funtach i galeonach mowa.