21.04.2025, 18:36 ✶
Udało im się wyjść z Nokturnu, z małymi turbulencjami co prawda, a jednak bez większych przeszkód. Pierwszy cel był jasny, toteż przemierzając Horyzontalną kierowali się w stronę domu Skolla, chcąc sprawdzić czy ten wciąż stoi. Horyzontalna wypadała równie źle co Nokturn, o ile nie gorzej, z faktu gęstszego zaludnienia.
Wciągnął powietrze nosem, zaciągając się paskudnym odorem dymu i palonych ciał. Szukając jednego z zapachów, szukając woni najczystszego ze szkarłatów. Jednego z tych poznanych przed laty, jednego z tych, który chciał tej nocy odnaleźć. A jednak nie odnalazł go w tym miejscu, nie tu, nie było jej tu. To było jednocześnie pokrzepiające co przygnębiające. I tak Cię znajdę... - zanucił w głowie. Wiedział, że ją odnajdzie, że przed nim nie była w stanie się skryć, a w nim pojawiła się szaleńcza potrzeba odnalezienia jej. Upewnienia się, że jej aksamitna skóra wciąż pozostawała alabastrowa, gładka, bez żadnej skazy - bo za każdą z tych skaz był gotów mordować. To była cena przeszłości posiadając Milforda. Przeszłości, która nigdy nie była w stanie odejść. Której każda chwila krystalizowała się, osiadając na wieki w komnatach pamięci.
Zerknął na brata, gdy ten ten wyrzekł pierwsze słowa. Powoli przesuwał spojrzeniem po chaosie, zastanawiając się czy to przeżyje, czy z przebodźcowania nie odpierdoli mu do rana. A bardzo by nie chciał, aby mu odjebało. Przebodźcowanie zazwyczaj kończyło się w jego przypadku agresją. Gdy wspomnienia nakładały się na siebie, a On zaczynał się gubić - jak przy ostatnim spotkaniu z Mulciberem. Przejechał dłonią wzdłuż szczęki.
Może i nie przyznałby tego głośno, ale o tego chuja też się martwił, chociaż wiedział, że nie powinien.
Nie powinien, Alexander wszak próbował - a to znaczyło, że ten złamany, uparty chuj musi sobie poradzić, a Greybacka nie obchodziło w jaki sposób. W końcu czekało ich jeszcze kilka pięknych rewanżów i nie miał prawa się na nich nie pojawić. Uporu i determinacji nie mógł mu odmówić, wszak nigdy mu ich nie brakowało, niezależnie od tego jak duże czy marne miał szansę. Jego zaciętość była zarówno tym co podziwiał, jak i tym co niemiłosiernie go wkurwiało w postaci Mulcibera.
-W tej chwili i tak nikogo nie odnajdziesz - mruknął Greyback - Jebie tu dymem, palonym truchłem i spierdoliną, nikim znajomym... a jako wilkołak biegać tu nie będziesz bo cię zapierdolą szybciej niż zdążysz powiedzieć "miałeś racje", a mnie razem z tobą - mruknął, przystając.
-Ha? - powiódł spojrzeniem we wskazany kierunek, marszcząc brwi. Pierdolone piętnaście lat minęło kiedy ostatni raz widział ów twarzyczkę. Co zabawne, dziewczyna wciąż wyglądała jakby miała czternaście lat w ocenie Greybacka. Wciąż posiadała tą uroczą, psotliwą twarzyczkę, która zwiastowała, że ten ancymon zaraz odpierdoli jakiś numer, gdy tylko spuścisz ją z oczu.
-Mona... - mruknął zdziwiony. Jaka była szansa, że ujrzy ją właśnie dziś?
Ruszył w kierunku dziewczyny, od razu zauważając subtelną zmianę w jej wyglądzie. Znaczy... subtelną. Dziewczyna zdawała się nie mieć jednej ręki, więc była to dość drastyczna różnica.
Jak bardzo zmienił się przez te 15 lat? Bardzo. Wtedy nie wyglądał jak przerośnięta pisanka, zresztą Skoll nie był lepszy.
-Co ty tu robisz, Małpiatko? Powinnaś...- mruknął, określając ją tak, jak określał ją za czasów szkolnych, gdy była małym, uroczo wkurwiającym pokurczem, a jednocześnie największą karą dla jego Milforda, który przeżywał przy niej katorgę.
Jednak nie dane było mu dokończyć myśli, gdy do ich uszu dotarł przeraźliwy, rozdzierający krzyk. Krzyk, który wybił się na tle innych. Greyback instynktownie podążył wzrokiem za nowym dźwiękiem, widząc iście dramatyczny obrazek. Kilku mężczyzn właśnie w iście niedelikatny sposób wyszarpało z pobliskiej kamienicy kobietę. Czarownica błagała, prosiła, aczkolwiek jej prośby były zbędne. Jej żałosne krzyki i płacz mieszał się z obelgami, którymi rzucali ci, którzy ślepo poszukiwali zemsty.
Rzucili kobietę na ziemię, zaczynając zrywać z niej szatę, chcąc odsłonić śnieżnobiałą skórę czystokrwistej panienki, aby ją zbrukać, naznaczyć niczym bydło. Jeden z nich trzymał nóż.
-Nie wierć się! - krzyknął jeden z mężczyzn
-głupia sucz - syknął drugi, który szamotał się z ubraniem czarownicy. Szwy pękły.
-Trzymajcie ją - fuknął mężczyzna dzierżący nóż, kierując ostrze w kierunku czystokrwistej czarownicy, która resztką sił wierzgała się, wołając do Boga. Niestety, tego dnia Boga z nimi nie było. Ten odwrócił wzrok.
Wciągnął powietrze nosem, zaciągając się paskudnym odorem dymu i palonych ciał. Szukając jednego z zapachów, szukając woni najczystszego ze szkarłatów. Jednego z tych poznanych przed laty, jednego z tych, który chciał tej nocy odnaleźć. A jednak nie odnalazł go w tym miejscu, nie tu, nie było jej tu. To było jednocześnie pokrzepiające co przygnębiające. I tak Cię znajdę... - zanucił w głowie. Wiedział, że ją odnajdzie, że przed nim nie była w stanie się skryć, a w nim pojawiła się szaleńcza potrzeba odnalezienia jej. Upewnienia się, że jej aksamitna skóra wciąż pozostawała alabastrowa, gładka, bez żadnej skazy - bo za każdą z tych skaz był gotów mordować. To była cena przeszłości posiadając Milforda. Przeszłości, która nigdy nie była w stanie odejść. Której każda chwila krystalizowała się, osiadając na wieki w komnatach pamięci.
Zerknął na brata, gdy ten ten wyrzekł pierwsze słowa. Powoli przesuwał spojrzeniem po chaosie, zastanawiając się czy to przeżyje, czy z przebodźcowania nie odpierdoli mu do rana. A bardzo by nie chciał, aby mu odjebało. Przebodźcowanie zazwyczaj kończyło się w jego przypadku agresją. Gdy wspomnienia nakładały się na siebie, a On zaczynał się gubić - jak przy ostatnim spotkaniu z Mulciberem. Przejechał dłonią wzdłuż szczęki.
Może i nie przyznałby tego głośno, ale o tego chuja też się martwił, chociaż wiedział, że nie powinien.
Nie powinien, Alexander wszak próbował - a to znaczyło, że ten złamany, uparty chuj musi sobie poradzić, a Greybacka nie obchodziło w jaki sposób. W końcu czekało ich jeszcze kilka pięknych rewanżów i nie miał prawa się na nich nie pojawić. Uporu i determinacji nie mógł mu odmówić, wszak nigdy mu ich nie brakowało, niezależnie od tego jak duże czy marne miał szansę. Jego zaciętość była zarówno tym co podziwiał, jak i tym co niemiłosiernie go wkurwiało w postaci Mulcibera.
-W tej chwili i tak nikogo nie odnajdziesz - mruknął Greyback - Jebie tu dymem, palonym truchłem i spierdoliną, nikim znajomym... a jako wilkołak biegać tu nie będziesz bo cię zapierdolą szybciej niż zdążysz powiedzieć "miałeś racje", a mnie razem z tobą - mruknął, przystając.
-Ha? - powiódł spojrzeniem we wskazany kierunek, marszcząc brwi. Pierdolone piętnaście lat minęło kiedy ostatni raz widział ów twarzyczkę. Co zabawne, dziewczyna wciąż wyglądała jakby miała czternaście lat w ocenie Greybacka. Wciąż posiadała tą uroczą, psotliwą twarzyczkę, która zwiastowała, że ten ancymon zaraz odpierdoli jakiś numer, gdy tylko spuścisz ją z oczu.
-Mona... - mruknął zdziwiony. Jaka była szansa, że ujrzy ją właśnie dziś?
Ruszył w kierunku dziewczyny, od razu zauważając subtelną zmianę w jej wyglądzie. Znaczy... subtelną. Dziewczyna zdawała się nie mieć jednej ręki, więc była to dość drastyczna różnica.
Jak bardzo zmienił się przez te 15 lat? Bardzo. Wtedy nie wyglądał jak przerośnięta pisanka, zresztą Skoll nie był lepszy.
-Co ty tu robisz, Małpiatko? Powinnaś...- mruknął, określając ją tak, jak określał ją za czasów szkolnych, gdy była małym, uroczo wkurwiającym pokurczem, a jednocześnie największą karą dla jego Milforda, który przeżywał przy niej katorgę.
Jednak nie dane było mu dokończyć myśli, gdy do ich uszu dotarł przeraźliwy, rozdzierający krzyk. Krzyk, który wybił się na tle innych. Greyback instynktownie podążył wzrokiem za nowym dźwiękiem, widząc iście dramatyczny obrazek. Kilku mężczyzn właśnie w iście niedelikatny sposób wyszarpało z pobliskiej kamienicy kobietę. Czarownica błagała, prosiła, aczkolwiek jej prośby były zbędne. Jej żałosne krzyki i płacz mieszał się z obelgami, którymi rzucali ci, którzy ślepo poszukiwali zemsty.
Rzucili kobietę na ziemię, zaczynając zrywać z niej szatę, chcąc odsłonić śnieżnobiałą skórę czystokrwistej panienki, aby ją zbrukać, naznaczyć niczym bydło. Jeden z nich trzymał nóż.
-Nie wierć się! - krzyknął jeden z mężczyzn
-głupia sucz - syknął drugi, który szamotał się z ubraniem czarownicy. Szwy pękły.
-Trzymajcie ją - fuknął mężczyzna dzierżący nóż, kierując ostrze w kierunku czystokrwistej czarownicy, która resztką sił wierzgała się, wołając do Boga. Niestety, tego dnia Boga z nimi nie było. Ten odwrócił wzrok.