Była tak doskonała w swoich słowach, tak powściągliwa i brutalna jednocześnie w swoich słowach, kiedy mierzyła w niego, że kiedy się odzywała zawsze czuł satysfakcjonujący gniew. Była tak doskonała w doprowadzaniu go do furii, że nawet był w stanie zapomnieć, że była brudna w sensie ideologicznym. Nigdy też jej nie wypomniał tego w twarz, bo sam we własnych uszach nie zabrzmiałby szczerze przed sobą. Nie było sensu wzgardzać nią na tle krwi, kiedy poruszała w nim wszystko to co toksyczne jak nikt inny. Ktoś kogo mógłby nazwać mieszańcem, nie mógł być pod żadnym kątem wyjątkowy. A ona wkurwiała go wyjątkowo.
Wyjątkowo i szczególnie. Im bardziej chciał ją ukarać za cokolwiek co zrobiła lub co powiedziała, tym bardziej odnosił wrażenie, że nie jest w stanie tego zrobić. Nie ważne jak bardzo starał się ją złamać, ona zawsze znosiła to na swój, przepiękny sposób. Nie tak jak inni, którzy odszczekali mu cokolwiek im przyszło na jęzor kiedy się z nimi wadził. Powiedzieć o nim, że jest aroganckim, wywyższającym się dupkiem o przerośniętym ego, ty tylko jak na niego spojrzeć. Ci z nieco większym pazurem mogli mu dogryźć, że był nieskutecznym obrońcą cipki własnej siostry. Wycelować jakoś w jego ambicje i w to co było dla niego w okładkowy sposób ważne, z mniejszym, lub z większym skutkiem. Jednak tylko Ambrosia sprawiała, że czuł się bezradny, kiedy w tym samym momencie upadlał ją na kolejny sposób i czuł się bezsilny kiedy brał ją sobie na własne życzenie. Jak ukarać kogoś, kto tej kary właśnie pragnął? Jak złamać coś, co już było rozbite na tysiące elementów?
Więc po co próbował? Być może nie potrafił się powstrzymać. Prędzej umrze z głodu niż przełknie gorycz porażki. Oddał już siostrę, ale zwycięstwa nad McKinnoc nie odda. Mógł ją przeciągnąć na smyczy, na czterech niczym własną sucz. Od Nokturnu pod same drzwi Gringotta, by tam zdeponować ją sobie jak ruchomość, tylko po to żeby zdobyć papier na to, że posiada ją. Jak przedmiot. Mógł zrobić to i jeszcze więcej, ale to wciąż za mało, żeby zaczęła go błagać o litość.
- Przeszło. Odrzucił w krótkiej chwili milczenia. - Normalna zrobiłaby wszystko co w jej mocy, żeby się ode mnie uwolnić. Tym bardziej, że masz możliwości. Wyjaśnił bez oczywistych szczegółów. Nie żyła w próżni, miała znajomości i przyjaciół. Nawet jeśli sama nie była w stanie się odciąć od tego co jej przynosił razem ze swoją obecnością, to miała kogo prosić o pomoc. Jednak tego nie robiła. - Ale ja wiem, że Ty chcesz być uratowana. I chociaż udajesz z całych sił, że jej nie masz, to w głębi duszy pragniesz by on Cię uratował. Kłamała. I to bardzo. Kłamca kłamcę rozpozna i to bez używania słów. Sama wyciągała z siebie ostatnie okruchy człowieczeństwa, by nie zostało w tej smutnej panience nic ludzkiego, nic co mogłoby przynosić ból sercu. Bo jeśli nie ma niczego w środku co mogłoby by ją zaboleć, to ból zniknie razem z nią, prawda? Czasem lepiej nie czuć nic, niż wieczne cierpienie.
- Nawet wroga nie skazałbym na tak marny żywot jak u Twojego boku. Zakpił sobie, chociaż był rozczarowany kolejnym razem kiedy nie mógł jej zranić. Czy potrafiłaby zakpić z niego, aż tak bardzo i na złość jemu donosić ciąże? Nawet nie chciał snuć teraz takich domysłów. Nie spodobało mu się jak obróciła jego kpinę przeciw niemu. Dlatego zareagował tak gwałtownie. Na jej pytanie poderwał się ze stolika na którym przycupnął na momment. Dopadł do niej i chwycił ją u nasady szczęki, odsłaniając bladą szyję. - Radzę to ja Tobie, zabaweczko, przestać być taka ciekawska. Syknął przez zaciśnięte zęby, jakby jadowity wąż. Nie mógł się powstrzymać, więc dobrał się do jej szyi. Był rozgniewany i pobudzony jednocześnie. Chciał smaku jej skóry, ale i zadać jej ból, więc zrywny pocałunek szybko przemienił się w złowrogie ukąszenie. Gdyby był wampirem, gdyby kiedyś wkurwiłby Sauriela na tyle, że postanowiłby się podzielić tym wątpliwym przywilejem łakomstwa hemoglobiny, najpewniej nie miałby teraz żadnych powodów, żeby oderwać się od niej. Zrobił to jednak, bo miał jeszcze kilka słów do powiedzenia. Pchnął nią z impetem w kierunku wyjścia, bliżej w stronę witryny jej przybytku. Dopadł do niej, wciąż używając brutalnej siły, przycisnął ją do szyby, tak mocno, aż mroczny makijaż Lady Macarii odbił się wyraźnym śladem na jej powierzchni. - Czy Ty naprawdę nie widzisz do kogo należy ta noc?! Teraz już w otwartym ryku i wrzasku, wciąż zwracał się do niej pełen agresji i gniewu. Dociskał ją do szkła, jednak uważał, by nie zrobić jej krzywdy. W twarz. - PATRZ! W końcu sam sobie przyrzekał, że nigdy nie uroni piękna z jej twarzy, nawet jeśli posunie się do ostateczności.