Choć w swojej ocenie jego teatrzyk, który tutaj odstawił był niemalże idealny, musiał jednak nie trafić w gusta patrolowej dwójki. A przecież wszystko zaplanował tak skrupulatnie. Tak dokładnie przedstawił im rysopis śmierciożercy, że powinno to na nich zadziałać jak płachta na byka. Nawet ta jego doskonała charakteryzacja nie zadziałała. Tyle włożył w tę rolę poszkodowanego cywila, podcinając sobie swoją najprzystojniejszą twarzyczkę w Londynie, a oni nawet nie dopytali się o co dokładnie chodzi. Pytania jednak były, ale nie takie jakich spodziewał się od nich słyszeć.
- Uspokój się młodzieńcze. - odezwał się pierwszy z nich odrazu wchodząc w służbowy ton. - To my tu jesteśmy od wydawania poleceń. Imię i nazwisko, słucham. - wtrącił się drugi, lustrując spojrzeniem Lestranga od góry do dołu. Oboje jednak zacisnęli mocniej dłonie na swoich różdżkach, bo najwidoczniej Lou wzbudził w nich bardziej podejrzliwość niż zaufanie. No i tutaj pojawił się kłopot, bo swoich personaliów nie zamierzał im podawać, ale wiedział, że jeśli tego nie zrobi to już na pewno obudzi ich ciekawość. Zawahał się na moment nad tym co powinien powiedzieć, co prawdopodobnie już wydało się bardzo podejrzane. - Powinniście teraz działać, łapać tego bandytę, a nie przesłuchiwać niewinnych czarodziei i czarownice. Ruszcie się do cholery, za co wam kurwa płacę?! Uderzył w bardziej agresywne tony, co zamiast zdyscyplinować mundurowych tylko ich uruchomiło. No bo czemu mieli czuć nagle respekt przed jakimś cywilem w dodatku takim młodzikiem. - Wystarczy tego! Ręce na widoku, zostaniesz przeszukanyi Odpowiedział ten pierwszy, chwytając Louvaina za kołnierz koszuli. Ustawił go na długości swojego ramienia w taki sposób, aby ten nie mógł teraz ani się wycofać, ani ruszyć d przodu, zwyczajnie usztywniony przez jego wyciągniętą rękę. Z kolei ręce Louvaina powędrowały do góry, przeciwnie do tych kilku zimnych kropli stresu, które teraz spłynęły po jego kręgosłupie.
Całe szczęscię swoją scenką udało mu się ich na tyle zaabsorbować, że nie zauważyli, jak podeszła do nich zamaskowana Bellatrix. W swoim przebraniu sługi Czarnego Pana, wyglądała tak groźnie, tak mrocznie i zabójczo. Gdyby tylko miał przy sobie teraz jakikolwiek pierścionek pewnie uklęknąłby przed nią na prawym kolanie. Teraz milczał jednak, nie dlatego że nie chciał bardziej prowokować służbistów, milczał, bo zaniemówił z wrażenia na widok Księżniczki Spaczenia. Zdradził go jednak złowieszczy uśmieszek, który mimowolnie wkradł się na jego usta. Uroki Trixi nigdy jeszcze go nie zawiodły. On mógł odnosić porażki, czego okropnie nienawidził, ale najzdolniejszej czarownicy ich pokolenia to się jednak nie zdarzało. Na jego szczęście. Gest uniesionych rąk zamienił w przyjacielski, ale wciąż sarkastyczny ruch objęcia ich obu w ramionach. - No juuuż. - przeciągnął ironicznie, jakby zachęcał do działania małe dzieci. Bo teraz byli niczym posłuszne dzieci na usługach Meridy Złowieszczej, tylko że brunetki. - Róbcie co pani każe. Posłał ich dalej w głąb ulicy cmokając przy tym jak cmoka się na psy, lub inne zwierzątka domowe. Zachichotał zadowolony z jednak udanej akcji, chociaż jego w tym wszystkim niewielka zasługa.
- Ani przez moment w Ciebie nie zwątpiłem. Odezwał się w końcu do swojego rycerza w mrocznej szacie, który wybronił go od niewątpliwych tarapatów. - Potem Ci podziękuję. Uciekajmy, zanim ktoś nas zauważy.